Musiałem opuścić kosmos i powstrzymać się od pochłaniania – rozmowa z Pawłem „Koñjem” Konnakiem

Paweł Konnak pojawił się wcześniej na łamach Booklips.pl w listopadzie 2022 roku w wywiadzie, który odbił się dość szerokim echem. Koñjo po raz pierwszy opowiedział wówczas o swoim uzależnieniu od alkoholu, które wyautowało go z działalności publicznej na blisko dziesięć lat. Jednocześnie dawny motor napędowy Totartu, wpółtwórca programu „Lalamido”, reżyser-dokumentalista, performer i pisarz zapowiedział wydanie książki „Krążenie miłości (sikała obok)”, mającej być dla niego katalizatorem powrotu „do świata żywych”. I wreszcie jest! Typowo Koñjowe dzieło hybrydowe – połączenie autobiografii, kroniki artystycznego podziemia i punkowo-fanzinowego freestyle’u doczekało się swojej premiery. A oto, co na jego temat ma do powiedzenia sam autor.
Sebastian Rerak: Publikację „Krążenia miłości” zapowiadałeś podczas naszego poprzedniego wywiadu. Czy doprowadzenie do wydania książki okazało się dla ciebie elementem wychodzenia z kryzysu, o którym wówczas rozmawialiśmy?
Paweł „Koñjo” Konnak: To, co przydarzyło mi się w trakcie ostatniej dekady, odbieram nie tyle jako kryzys, co raczej odlot, który jakoś kontrolowałem (z naciskiem na „jakoś”). Niewątpliwie książka jest częścią powrotu do świata żywych artystów i myślę, że spełniła swoją rolę terapeutyczną. Dostaję już bardzo miłe sygnały, że istnieje zapotrzebowanie na spotkania autorskie i konfrontację z przemyśleniami zawartymi w tym dziele.
Jej pisanie ukończyłeś cztery lata temu. Co działo się później z rękopisem?
Okazało się, że wszyscy moi dawni wydawcy zniknęli w chaosie dziejów, a że nie mogłem znaleźć nowego, toteż trwałem na literackim standby. Niespodziewanie jednak na słynnej nadmorskiej ławeczce spotkałem sympatycznego kolegę Łukasza, który – jako człowiek sukcesu i przedsiębiorca w branży budowlanej – postanowił zainwestować w mój wątpliwy geniusz literacki. Rzeczywistość jest jaka jest, ale nie obrażam się na nią. Uważam, że „Krążenie miłości” to dzieło ponadczasowe, więc kilka lat obsuwy w żaden sposób mu nie zaszkodziło. Można nawet powiedzieć, że jest dobre niczym stare wino.
Czy sytuacja, w jakiej się w tamtym czasie znajdowałeś, sprzyjała refleksji i spoglądaniu w przeszłość, które serwujesz w „Krążeniu…”?
Najwyraźniej tak. Sam jestem zdziwiony własną sprawnością logistyczną, bo zazwyczaj przebywałem podówczas w stanie permanentnie kosmicznym, a ten nie do końca sprzyja wnikliwym procesom kreacyjnym. Jak widać, udało się jednak – nieskromnie powiem – przemóc sytuację upodlenia. Być może uznałem, że pisanie zastąpi mi esperal, i chyba tak było, bo przejrzyste przekazanie intuicji literackich i doświadczenia życiowego wymagało wiele skupienia. Co prawda papier jest wytrzymały na różnorakie przekroczki, ale zbyt dużej dawki bełkotu mógłby nie znieść.
Jak sam zauważyłeś, minęło kilka lat od wykreowania tej książki i nawet nie pamiętam, co takiego wydarzyło się w moim życiu, że dotknęła mnie potrzeba tworzenia. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wydałem też wprawdzie dwa tomy poetyckie, aczkolwiek mówi się, że do pisania wierszy stan nieważkości bywa wskazany. Do tego rodzaju literatury, jaką prezentuję w „Krążeniu…” – już zdecydowanie nie. Musiałem powstrzymać się od pochłaniania, opuścić kosmos i zejść na twardą glebę doczesności. Wszystko to po to, aby skupić się na esencji przekazu.

I udało ci się, a przy okazji znów prezentujesz swój charakterystyczny styl. Czytając „Krążenie…”, mam wrażenie, jakbym obcował z połączeniem „Please Kill Me” z opowiadaniami Tyrmanda.
Taka parabola bardzo mi pochlebia, bo „Please Kill Me” jest moją ulubioną załogancką lekturą, którą przeczytałem sześć razy. Fascynuje mnie do tego stopnia, że podobną książkę chętnie przeczytałbym o losach jazzmanów, bluesmanów czy choćby artystów country. Nie ukrywam, że pisząc „Krążenie…”, intuicyjnie chciałem ścigać się z najlepszymi, to jest ze Stasiukiem i Świetlickim. Jestem fanem ich twórczości, ale uznałem, że dorzucę własną lilijkę do tego pięknego ogrodu zasiedlonego przez barbarzyńców i stanę się równoprawnym kreatorem wobec moich słynnych kolegów. Czy mi się udało, dowiem się, kiedy zaczną przychodzić sygnały zwrotne od miłych czytelników. Póki co staram się nakierować książkę pod sarmackie strzechy, ale już rękopis cieszył się w załodze życzliwym zainteresowaniem. A w każdym razie nie doprowadził do wybuchu paniki.
No właśnie, wspominasz w książce o perypetiach Tymona, który poddał „Sclavus” pewnej autocenzurze po protestach niektórych uczestników opisywanych w nim wydarzeń. Nie obawiałeś się podobnych reakcji?
Ja wyciągnąłem wnioski z tymonowych doświadczeń, więc po pierwsze nie rozsyłałem ufnie rękopisu wszystkim zainteresowanym, a po drugie – zabezpieczyłem się, przykrywając personalia realnych postaci pseudonimami. Każdy, kto zna środowisko, prędzej czy później i tak skapnie się, o kogo chodzi i dlatego spodziewam się pewnego wstrząsu w towarzystwie. No cóż, nie moja wina – nie ja wymyśliłem, że artyści są przeczuleni na swoim punkcie. Ja też jestem, ale jakoś nikt się nade mną specjalnie nie pastwi (albo pastwi w internecie, a ja jestem nieinternetowy). Przeżyliśmy to, co przeżyliśmy, i nie widzę powodu, by odcinać się od burzliwej w każdym wymiarze młodości. Pocieszam więc swoich adwersarzy słowami starych Indian: na starość człowiek bardziej żałuję tego, czego nie zrobił, niż tego, co zrobił. W związku z tym mogę jedynie zaprosić do ponownego przeżywania naszego złotego wieku zapisanego na kartach tej załoganckiej opowieści, spokojnie oczekując na głosy krytyki i oburzenia.

Skiba, Wiesia i Koñjo, molo w Sopocie, koncert „Lalamido”, 1992 rok (fot. archiwum Pawła „Koñja” Konnaka)
A zdarzyło ci się samemu powstrzymać od opisania jakiejś historii, która ostatecznie wydała ci się zbyt przekroczona?
Na pewno było kilka takich sytuacji, których nie ruszałem, ale nie z powodu autocenzury. Dla każdej opowieści szukałem określonego kontekstu, bo – powiedzmy sobie szczerze – jest to książka sowizdrzalska, mięsopustna i karnawałowa. Ogólnie optymistyczna i oddająca wiarę w szaleństwo ludzkie oraz jego kreacyjną moc. Nie opisałem więc pewnych wydarzeń, które przypominają, że nasze życie usłane jest nie tylko różami, ale i nożami. Podprogowo zostawiam je na inną okazję. Na pewno nie poruszyłem tematu ważnego dla niektórych, szczególnie przy okazji premiery serialu o sekcie Niebo, mianowicie kwestii odlotu kolegi Zbyszka Sajnoga. Dostatecznie jednak omawiałem go już w innych książkach i licznych wywiadach, by mieć czyste sumienie.
Mówisz, że to optymistyczna książka, a jednak nie brak w niej życiorysów, które ostatecznie zmierzają do tragicznego finału. I mogą skłaniać do przykrych wniosków na temat tego, co stało się z uczestnikami podziemia artystycznego.
Mimo wszystko podchodziłem do moich bohaterów z czułością. Także wtedy, kiedy upadali, a czasem się podnosili (częściej jednak nie), starałem się ich otulić i przekazać dużą dawkę pozytywnej energii. Pamiętam rozmowę, jaką odbyłem u schyłku lat 90. z Marcinem Krzyżanowskim, wówczas jednym z dyrektorów TVP2 i twórcą programu „Art Noc”. Byłem wtedy świeżo po nakręceniu filmu „Exodus” poświęconego postaci Roberta Brylewskiego i z perspektywy czasu widzę, że był to ostatni moment, w którym Robert trzymał się rzeczywistości przed skokiem w otchłań zatracenia. Powiedziałem Marcinowi, że odlot Brylewskiego jest przykrym i niesprawiedliwym wydarzeniem, jako że zrobił on tyle dobrego dla świata. „Źle do tego podchodzisz” – odparł Krzyżanowski. „To jest jego wybór, tak jak i wybór wielu naszych przyjaciół, którzy postawili na taką, a nie inną drogę, i pewnie są na niej szczęśliwi. Jest to kolejny etap może burzliwego, ale jednak rozwoju i powinniśmy pogodzić się z tym, afirmując go”.
Widocznie tak samo musiało wydarzyć się moje odklejenie od rzeczywistości w każdym z możliwych wymiarów. Nie wiem, czemu ono służyło, ale mniej więcej wiem, czemu służyły wcześniejsze trzy dekady mojej dość intensywnej aktywności artystycznej na każdym z możliwych pól. Skoro los zaprosił mnie do przeżywania tego sezonu w mało higienicznym kontekście, widocznie było to potrzebne. Choćby po to, abym mógł napisać ostatni rozdział książki pt. „Krążownik”. Wszystko ma jakiś ukryty sens. Sensu mojego pobytu w kosmosie jeszcze nie odkryłem, ale wszystko przede mną.

Koñjo w KIS C14 w 1991 roku, plakat Totartu z 1990 roku (fot. archiwum Pawła „Koñja” Konnaka)
Myślisz, że uda ci się powrócić do obiegu, z którego wypadłeś niejako na własne życzenie?
Zawsze miałem wiele planów na życie. Jestem też prostym i praktycznym kaszubskim chłopakiem, który nie będzie kopał się z koniem. Czekam na okazję do reanimacji pewnych działań, być może przy okazji czterdziestolecia Totartu. Tak jak na mojej ławeczce zjawił się sympatyczny kolega Łukasz, podobnie znajdą się kolejni poczciwcy gotowi we mnie zainwestować.
Mam do wydania jeszcze trochę archiwalnych, a istotnych materiałów Totartu, choć nie ukrywam, że publikację niektórych z nich blokuje Zbyszek Sajnóg. Zdaje się jednak, że jest już coraz bardziej pogodzony ze swoją burzliwą młodzieńczą przeszłością postartystyczną i może nie będzie groził mi procesem, co miało miejsce w czasach, kiedy zaczynałem pracę nad swoimi księgami historycznymi, a zwłaszcza nad „Artystami, wariatami, anarchistami”. Mam świadomość, że po czterdziestu latach od napisania tych tekstów, zainteresują one wyłącznie fanatyków podziemia i naszej metody twórczej. Fakt, że nie wydobyłem ich nadal na światło dzienne stanowi jednakże mój chodzący wyrzut sumienia. Teoretycznie mogłem to zrobić piętnaście lat temu, kiedy cieszyłem się życzliwym mecenatem Narodowego Centrum Kultury, ale Zbyszek groził mi procesem, a ja miałem za dużo spraw na głowie, aby jeszcze chodzić z nim na salę sądową, więc odpuściłem. Teraz nie mam już wsparcia NCK, bo mój przyjaciel i wydawca Krzysiu Dudek został usunięty ze stanowiska dyrektora tej instytucji w ramach czystek etnicznych związanych z tworzeniem IV RP. Wierzę jednak, że dopóki żyję, mam dwie ręce, dwie nogi i resztki mózgu, a przy tym ograniczyłem pochłanianie płynów i kontroluję sytuację, to sygnały zwrotne nadejdą i może ktoś zadzwoni do artysty Konika ze słowami: „Panie Pawle, zapraszamy, mamy tu worek złota, proszę czynić swoją powinność”.
Zdradź zatem, co znajdzie się w archiwach Totartu.
Chcę wydać księgę zatytułowaną „Totart krytycznie” zawierającą m.in. stustronicowy zbiór manifestów Sajnoga i rozmaitych tekstów teoretycznych z początków działalności Totartu. Jest to dzieło, które złożyłem do kupy w 1988 roku i jestem z niego bardzo dumny, ale do tej pory ukazało się jedynie w 1990 roku w nakładzie 25 egzemplarzy dzięki kolegom z zielonogórskiej Galerii Po. Ponadto w tomie znajdą się m.in. zebrane w całości słynne „Poezyje” Tymona. Co prawda wcześniej zamieściłem część ich maszynopisów – ocalałych z pożogi dziejów – w mojej „Eksplozji zlewu”, ale autor boleje, że to tylko ułamek jego dorobku poetyckiego z tamtego okresu.
Dodatkowo chciałbym w tej książce ujawnić działalność naszych plastyków, bo Totart silnie nakierowany był także na działalność wizualną. Mieliśmy w załodze wspaniałych malarzy, Asię Kabalę i nieżyjącego już niestety Andrzeja Awsieja, którzy byli jednymi z istotniejszych artystów swojego pokolenia, a których prace ciągle znajdują się w głębokim podziemiu. Najwyższa pora wreszcie je udostępnić, tym bardziej, że czas płynie, kolejni bohaterowie mojej opowieści odchodzą i trzeba się najnormalniej w świecie śpieszyć. Mnie samemu jeszcze dwa lata temu dawano najwyżej kilka miesięcy życia, na co sam ciężko zapracowałem, ale o dziwo przeżyłem, czuję się dobrze i mam ochotę kontynuować drogę twórczą.
I właśnie tego rodzaju totartalne perełki znajdują się w kontenerze, który przez wszystkie te lata gromadziłem. Znając siebie, swój upór i konsekwencję realizacji pragnień, to uda mi się doprowadzić do ich upublicznienia. Prędzej czy później, ale ja nigdzie się nie śpieszę i z nikim nie ścigam. Póki co spokojnie korzystam z uroków wiosny nad Zatoką Gdańską.
Rozmawiał: Sebastian Rerak
TweetKategoria: wywiady















