Moje jedenaście procent – rozmowa z Marcinem Prytem

Wśród gości tegorocznej edycji festiwalu Komiksowa Warszawa znajdziemy Marcina Pryta. Weteran łódzkiego undergroundu – zarówno komiksowego, jak i muzycznego, opublikował jakiś czas temu album „Inicjacja” (wyd. Nagle!), zbierający jego prace z połowy burzliwych lat 90. Rozmawialiśmy z nim o tym tytule, fanzinie „Striptiz”, pionierskich czasach sceny DIY, spacerach po betonowych wąwozach i tworzeniu punkowej drogi krzyżowej.
Sebastian Rerak: Kojarzony jesteś przede wszystkim z działalnością muzyczną, a zwłaszcza z 19 Wiosnami, o których powiedziałeś swego czasu, że stanowiły margines marginesu. Jak bardzo outsiderska jest z kolei twoja działalność komiksowa?
Marcin Pryt: Zawsze poruszałem się po marginesie marginesu marginesu, jakby to ujął Franek, mój kolega z pierwszego składu 19 Wiosen. Sam mówię, że działam w jedenastym obiegu, bo lubię liczbę 11. Wiadomo, że jest pierwszy, drugi i trzeci obieg… a ja swoją twórczość komiksową umiejscawiam w jedanastym.
Do tworzenia komiksów zachęcił cię punk i scena niezależna czy już wcześniej przejawiałeś takie zainteresowania?
Od dziecka słyszałem, że dobrze rysuję, co niektórym może wydawać się dziwne. Poza tym jestem z rocznika 1971, więc należę do pokolenia, które wychowało się na „Tytusie, Romku i A’Tomku”, Tadeuszu Baranowskim czy pierwszych numerach „Relaxu”. Do dziś pamiętam kolory ich okładek w kioskach Ruchu. Miałem także kolegów, którzy dostawali komiksy od krewnych z zagranicy. Dla przykładu jednemu kumplowi z podstawówki ojciec przysyłał z placówki w Bangladeszu anglojęzyczne „Asteriksy”. Mogę powiedzieć, że wszystkie te wczesne komiksowe fascynacje ukształtowały moją kulturę.
Punk z kolei pojawił się w moim życiu, kiedy miałem siedemnaście-osiemnaście lat, a przyciągnęło mnie do niego to samo, co wcześniej odkryłem w komiksie. Po prostu zobaczyłem coś bezpretensjonalnego i niepozbawionego humoru. Jeśli wcześniej za sprawą ojca słuchasz rocka progresywnego z dziesięciominutowymi solówkami, to siłą rzeczy przeżywasz szok, gdy natrafiasz na trzy akordy Ramones. Oprócz tego, że ośmieliło mnie to do założenia zespołu, pomyślałem sobie, że mam w zasięgu ręki narzędzie, które zawsze kochałem, czyli ołówek. Bo o cienkopisy nie było jeszcze łatwo.
I powołałeś do życia fanzin „Striptiz”. Jak wspominasz ten boom połowy lat 90. na wydawniczej scenie DIY?
Bardzo miło wspominam! W tamtym czasie przeprowadziłem się na skłot, zostałem współzałożycielem 19 Wiosen i zacząłem tworzyć komiksowego zina. Pierwszy numer „Striptizu” zawierał jeszcze kolaże z kserówek komiksów z prasy zagranicznej, a więc rzeczy czysto fanowskie, ale już drugi spełniał ambicje moje i kolegów, bo znalazły się w nim projekty autorskie. Po prostu ogłosiłem pospolite ruszenie w załodze, i tak Fagot z 19 Wiosen przekazał mi kilka ilustracji w swoim stylu, niejaki Gagz zrobił kolaże rysunkowe, a kolega ze szkoły plastycznej Piotr Łoziński – kolaże szablonowe. Okazało się, że miałem dość materiału na osiemdziesięciostronicowy zeszyt. Nie było sensu powielać go na ksero, więc uzbierałem pieniądze na drukarnię i wypuściłem pięćset egzemplarzy na offsecie. Co ciekawe, w ramach składki na druk pewien kumpel, który pracował w kinie, urządził projekcję głośnego filmu „Fresh”. A że akurat panował boom na hip-hop, to przyszedł komplet widowni. Drugi numer „Striptizu” miał premierę we wrześniu 1995 roku na festiwalu komiksu w Łodzi.
A wracając do pytania o scenę niezależną, to była ona wtedy bardzo rozległa. Ukazywało się sporo tytułów – „AQQ”, „Saturator”, „Zakazany Owoc”… Wydana po latach antologia tego ostatniego, który tworzył legendarny Pała, jest dla mnie swoistą pigułką tamtych czasów. I chociaż – jak już wspomniałem – moja działalność była marginesem marginesu marginesu, to jestem szczęśliwy na myśl o tym, że gdzieś w przyrodzie egzystuje te pięćset „Striptizów” wydanych na offsecie. Niektóre może gniją po jakichś zakamarkach, ale pewnie są ludzie, którzy wciąż je mają i doceniają.

Z tamtego okresu pochodzą też prace, które znalazły się w „Inicjacji”. I dają one ciekawy wgląd w twoje ówczesne inspiracje.
Nieco wcześniej zetknąłem się z komiksami niemymi, zwłaszcza tymi zamieszczanymi przez amerykański magazyn „World War 3 Illustrated”, do którego tworzyli m.in. Seth Tobocman, Peter Kuper czy Eric Drooker. Dzięki nim dostrzegłem możliwość opowiadania historii bez słów, co bardzo do mnie przemawiało. Nie miałem wtedy jeszcze pojęcia o takich artystach, jak Frans Masereel czy Lynd Ward, a więc prekursorach tzw. wordless novels, niemniej zawsze fascynowały mnie na przykład drogi krzyżowe. Lubiłem zaglądać do kościołów, żeby oglądać różne ich interpretacje i wymyśliłem sobie, że jako dojrzały komiksiarz stworzę drogę krzyżową we własnej, punkowej wersji.
„Inicjacja” to także wyraz twojej odwiecznej fascynacji miastem. Zapytam wprost: czy komiksowe miasto to Łódź?
Nie do końca. Mogę zdradzić, że bloki poniekąd są blokami Widzewa. Kiedy zacząłem rysować „Inicjację”, akurat wyrzucono mnie ze skłotu. Tzn. właściwie sam się wyeksmitowałem, bo miałem dość ciągłych nalotów policji. Wróciłem więc do mieszkania rodziców, które mieściło się właśnie na Widzewie i w sposób wściekły zacząłem rysować bloki. Uświadomiłem sobie wówczas, że wszyscy wychowaliśmy się w takiej samej architekturze. A ponieważ wcześnie zacząłem pracować, to codziennie idąc do pracy przez różne osiedla, ten spacer oddziaływał na mnie tak, że musiałem go potem odreagować w rysunkach. Sceneria „Inicjacji” jest zatem trochę takim sennym Widzewem. Chciałem, aby komiks był zrozumiały na całym świecie, dlatego moje miasto miało być mityczne, metaforyczne.
Notabene dziś mieszkam na Bałutach i nadal lubię spacerować tymi betonowymi wąwozami. Fascynuje mnie moment, w którym ludzie wracają do domów z pracy, kiedy panuje cisza i wielka pustka. Jeszcze w latach 90., a już zwłaszcza w 80. całe osiedla oglądały ten sam kanał telewizyjny i każda zmiana na przykład ujęcia montażowego w filmie sprawiała, że we wszystkich oknach pojawiał się blask. Wyobraź sobie poświaty na blokach ciągnące się wzdłuż horyzontu i słyszalny zewsząd ten sam głos lektora. Podziwiałem to niczym spektakl typu światło-cień.

Marcin Pryt w czasach powstawania „Inicjacji”
Mówisz, że zależało ci na tym, aby komiks był zrozumiały wszędzie. Tymczasem w recenzjach, które zresztą sam gorliwie udostępniasz, pojawia się sporo głosów mówiących, że w zasadzie nie wiadomo, o czym „Inicjacja” jest. Masz poczucie, że ten komiks może być konfundujący na przykład z powodu nawyków czytelników w Polsce?
Mam takie poczucie, ale dzięki praktyce tworzenia muzyki i za sprawą mojego wieku cieszy mnie każde pochylenie się nad „Inicjacją”. Nie chcę teraz sprzedawać jakiejś czołobitnej gadki, ale jestem bardzo wdzięczny wydawnictwu Nagle!, które uznało, że jest to komiks ciekawy i warty wydania. Krzysiek Ostrowski pomógł mi w redakcji i składzie, a ponadto zasugerował, żeby Krzysztof „Kuki” Iwański zaprojektował okładkę. Dzięki temu tomowi – wydanemu profesjonalnie i przepięknie – przekonałem się, jak wiele sensu mają pewne ingerencje redaktorsko-edytorskie. Dzięki nim ja, utytłany mazakami i tuszem Astra, mogę przebywać w swoim własnym świecie, podczas gdy ktoś inny dba o to, aby czytelnik dostał gotowy produkt. Ja z kolei ten produkt totalnie akceptuję i tu zaczyna się przygoda.
Tak też wracamy do pytania o recenzje. Rozumiem, że „Inicjacja” może odrzucać ludzi wychowanych na klasycznych komiksach, że mogą pewnych rzeczy nie rozumieć, ale jestem wdzięczny za wszystkie opinie, także te negatywne. Jakakolwiek krytyczna relacja może skutkować wymianą intelektualną, co jest bardzo istotne. Jeśli ktoś stwierdzi, że uprawiam bełkot albo przerost czerni nad treścią, bo i z takimi opiniami się spotkałem, to nieistotne. Przynajmniej wiem, że skonfrontował się z moim przekazem. I jako autor tego komiksu mogę zapewnić, że nie ma w nim ani jednego rysunku, który byłby kalkulacją. To kondensacja moich wizji sprzed trzydziestu lat. Moje 11 procent, które jest totalnie uczciwe. (śmiech)
Mam takie marzenie, że może jakiś dzieciak natknie się na „Inicjację” gdzieś w bibliotece i tak odkryje niemy komiks. Oczywiście jestem tylko jednym z wielu przedstawicieli gatunku, który jest odrębny jak punk czy heavy metal, ale ktoś może nie być świadomy jego istnienia. Ja w dzieciństwie nie byłem.
Warto dodać, że „Striptiz” powrócił. W ubiegłym roku ukazał się numer trzeci, a ty masz już gotowy materiał na kolejny. Co daje ci dzisiaj samodzielna działalność wydawnicza?
Z pewnością nie gratyfikację ekonomiczną, bo tej nigdy nie było i nie będzie. Wymieniam się „Striptizem” na inne komiksy, a jeśli coś sprzedam, to może starczy mi na nowe mazaki. Ja po prostu muszę działać! Jestem takim wijem, który wciąż się kręci. Po tym jak rozpadło się 19 Wiosen, mam wprawdzie kilka składów, ale te grają bardzo sporadycznie.
Powrót do świata komiksu okazał się dla mnie przeżyciem wręcz duchowym. Dostałem zresztą zamówienie na kolejny, bardziej klasyczny komiks z wydawnictwa Nagle!, a jeśli biologia mi pozwoli, to chciałbym zrealizować jeszcze kolejne, tym razem ponownie nieme. Wiesz, mam 54 lata i pewne problemy zdrowotne, ale sam fakt, że wydałem „Inicjację”, tworzę coś nowego i mam w zanadrzu pomysły na jakieś następne trzy scenariusze, daje mi siłę życiową, która nie jest przeliczalna na jakąkolwiek walutę istniejącą w tym kosmosie!
Rozmawiał: Sebastian Rerak
TweetKategoria: wywiady















