banner ad

Miłość do stolicy jest u mnie nabyta – wywiad z Grzegorzem Piątkiem, laureatem 14. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy

26 lipca 2021

O początkach fascynacji Warszawą, najpiękniejszych i mniej pięknych obiektach architektonicznych i zaskoczeniach podczas pracy nad źródłami rozmawiamy z Grzegorzem Piątkiem, autorem „Najlepszego miasta świata” (Wydawnictwo W.A.B.), wyróżnionego Nagrodą Literacką m.st. Warszawy w kategorii „książka o tematyce warszawskiej”.

Karolina Chymkowska: Pamięta pan początek swojej fascynacji Warszawą i jak się wówczas wyrażała?

Grzegorz Piątek: Wychowałem się w wielkiej płycie, na osiedlu Jelonki, czyli w miejscu bez wielkiej historii. Moja rodzina ma korzenie na Śląsku, ani jednego grobu w Warszawie. Miłość do stolicy jest więc u mnie całkowicie nabyta. Kiedy byłem mały, dostałem albumik „Pomniki Warszawy”, „zaoglądałem” go na śmierć, a potem molestowałem rodziców, żeby zobaczyć te pomniki. Od tego zaczęło się odkrywanie miasta i jego historii.

Patrząc przez pryzmat osobistych architektonicznych przekonań i upodobań, jaki znany budynek w Warszawie uważa pan za szczególnie udany projekt, a jaki wręcz przeciwnie, za wyjątkowo mało estetyczny i źle pomyślany?

Z najlepszych warto wskazać Dom Partii, czyli tak zwany biały dom przy rondzie de Gaulle’a. Powstał po wojnie, jako siedziba partii komunistycznej, potem zamienił się w siedzibę giełdy, w biurowiec, a teraz znany jest głównie jako zagłębie knajpiane. Szlachetna architektura broni się niezależnie od funkcji i symboliki. Z najgorszych – nie mogę przeboleć daszków w kształcie litery M na drugiej linii metra. Agresywne, krzykliwe, niepotrzebnie zróżnicowane kolorystycznie. Najbardziej bolą w oczy na Świętokrzyskiej przy Nowym Świecie, w otoczeniu pełnej umiaru architektury gmachów i kamienic.

W jakiej części Warszawy czuje się pan najlepiej i dlaczego? Lubi pan urządzać sobie wycieczki po mieście?

Najlepiej czuję się tam, gdzie mieszkam, czyli w Śródmieściu Południowym, ale kiedy w czasie pierwszego lockdownu snułem się po mieście na rowerze, zwiedziłem dokładnie Stare Bielany. Są tam kameralne, willowe uliczki, świetne osiedla z lat 50. i 60., bujna zieleń i modernistyczny kampus AWF w Lesie Bielańskim. To moja nowa miłość.

Czy uważa pan, że istnieją stereotypy, czy wręcz błędne przekonania dotyczące Warszawy, jej historii i powojennej odbudowy, z którymi należy walczyć?

Stolica uchodzi za miasto szare i nieprzyjazne. Uważa się też, że przed wojną była znacznie piękniejsza i podczas odbudowy piękno to zaprzepaszczono. Warszawa ma nieprzyjemne momenty, przede wszystkim wokół Dworca Centralnego, ale na ogół jest zielona, ma wiele pięknych miejsc, wygodnych osiedli. Śmiem twierdzić, że właśnie te najlepsze fragmenty powstały podczas powojennej odbudowy. Nawet zabytki mamy ładniejsze niż przed wojną, bo przy okazji odbudowy je poprawiono.

Czy podczas gromadzenia materiałów do „Najlepszego miasta świata” natrafił pan na informacje, które pana zaskoczyły, skierowały na nowe tory czy skłoniły do dodatkowej analizy?

Zawsze trafia się na jakieś materiały, które każą odrzucić wcześniej założone tezy. Trudno wręcz taką książkę zaplanować, zmienia się do ostatniej chwili pod wpływem źródeł. Zaskoczyło mnie na przykład, że odbudowa Warszawy nie zaczynała się pod hasłem budowy miasta dla robotników, ale przede wszystkim dla biurokratów. Chodziło o to, że Warszawa ma być przede wszystkim stolicą, że z tego żyje, jak Gdańsk z morza, a Śląsk z węgla.

Skąd taki pomysł na tytuł – „Najlepsze miasto świata”? Były też jakieś alternatywne koncepcje tytułu?

Po drodze było dużo pomysłów, jakieś dramatyczne z serii „krew i gruz”, „zniszczenie i nadzieja”, ale żaden do końca mi nie leżał. Na hasło „najlepsze miasto świata” trafiłem pod koniec pracy, w tekście z 1946 roku towarzyszącym prezentacji planów przyszłej Warszawy. Nic lepiej nie ujmuje bezczelnego entuzjazmu, optymizmu tamtej epoki, skali ambicji. Wydawało mi się też, że taki tytuł będzie intrygował, prowokował, bo warszawiacy uwielbiają narzekać na swoje miasto, a reszta kraju uważa ją za molocha.

Gdyby rozmawiał pan z turystą planującym zwiedzanie Warszawy, jakie nietypowe, bardziej „niszowe”, rzadziej spotykane w przewodnikach miejsce by mu pan polecił do obejrzenia?

Radziłbym odkryć kawałek Warszawy z mojej książki i skręcić ze Starego Miasta na Mariensztat. To urocze, zaskakująco senne osiedle wystylizowane na małe miasteczko. Można tam spacerować szlakiem fantastycznych dekoracji: posąg przekupki, fontanna, mozaikowy zegar, dzieci i zwierzątka na elewacji przedszkola, sgraffito z rybakami – prawie już niewidoczne, poświęcone odbudowie Warszawy.

Czy w polskiej literaturze pięknej ma pan jakiś szczególnie ulubiony tytuł, który uważa pan za mocno i trafnie osadzony w warszawskiej rzeczywistości?

Moja odpowiedź będzie pewnie oczywista: „Lalka” Prusa i „Zły” Tyrmanda. Nigdy nie przeczytałem ich drugi raz w całości, ale lubię otworzyć je w dowolnym miejscu, zatopić się w warszawskie realia i rozkoszować się towarzystwem fantastycznych postaci. „Lalka” jest oczywiście głębsza i absolutnie ponadczasowa psychologicznie, a poza tym mało jest tak dobrych książek o pieniądzach i kapitalizmie.

Jakie są pańskie najbliższe plany zawodowe? Czy zastanawia się pan nad projektem kolejnej książki?

Właśnie wydałem kolejną, mocno warszawską książkę. „Niezniszczalny. Bohdan Pniewski – architekt salonu i władzy” to portret architekta, który też pojawił się na kartach „Najlepszego miasta świata”. Za młodu postanowił zostać największą gwiazdą polskiej architektury. A już niedługo wychodzę poza swoją strefę komfortu, czyli Warszawę i zabieram się do pracy nad książką o Gdyni.

Rozmawiała: Karolina Chymkowska
fot. Jakub Celej

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady