banner ad

Między „Please Kill Me” a „Ferdydurke” – rozmowa z Tymonem Tymańskim o powieści „Sclavus”

21 lutego 2022

Kiedy poprzednio Booklips gościł na swoich łamach Tymona, ten zapowiadał wydanie książki pt. „Sclavus”. Gotowe dzieło doczekało się niedawno premiery, toteż ponownie wzięliśmy na spytki trójmiejskiego muzyka, pisarza i performera. Rozmawialiśmy o samym „Sclavusie”, dziejach Totartu, duchowości, teorii literatury i przytulaniu Jarosława Kaczyńskiego. Brzmi intrygująco? Taki jest też „Sclavus”.

Sebastian Rerak: „Sclavus” pierwotnie nosił podtytuł „Czyńcie swój Totart”. Dlaczego od niego odstąpiłeś? I jak rozumieć „czynienie Totartu”?

Tymon Tymański: Podtytuł wycofałem z tego samego powodu, dla którego kiedyś postanowiłem funkcjonować jako Tymon Tymański – dla prostoty. Hasło „Czyńcie swój Totart” było trochę profuzyjne i ekscesywne, nasuwając wiele konotacji, ale przede wszystkim odwoływało się do filozofii Totartu, zgodnie z którą każdy powinien realizować twórczą rewolucję na własny użytek. Przewidzieliśmy demokratyzację sztuki na długo zanim – dzięki internetowi i różnym ruchom emancypacyjnym – działalnością artystyczną zajęli się niezawodowcy.

W historii mieliśmy już różne przewroty – od futuryzmu, dadaizmu i surrealizmu po rock’n’roll i hip hop. Za każdym razem rewolucja przejawiała się jako działanie grupy ludzi, będąc w zgodzie z filozofią dialogu. To zrozumiałe, bo w grupie zachodzi owa synergia, dzięki której stajemy się silniejsi. W tym kontekście Totart jawi się jako bodaj ostatni zorganizowany ruch awangardowy XX wieku. Także dlatego, że w kolejnym stuleciu podobne grupy straciły sens. W globalnej wiosce doszło do inflacji artyzmu, związanej z nadmiernym wysypem powieści, felietonów, recenzji czy blogów, tworzenia muzyki i filmów, malowania i fotografowania. Totart to przewidział, ogłaszając demokratyzację i egalitaryzację sztuki, która miała stać się językiem globalnego porozumienia i narzędziem autoterapii. Sam nie uznając oceny gremiów krytyczno-jurysdykcyjnych, ogłosił, że każda twórcza działalność jest wartościowa. Ktoś może malować landszafciki, pisać prywatne blogi lub nagrywać amatorską muzykę i umieszczać ją w wyjątkowo egalitarnej przestrzeni publicznej, jaką stworzyła wirtualna sieć. I jeśli dzięki temu staje się szczęśliwszy, jeśli dzięki temu jest w stanie pozbyć się kompleksów czy nawiązać kontakt z drugim człowiekiem, jego twórczość spełnia istotną funkcję, podczas gdy tzw. sztuka staje się sztuczna i redundantna.

Do tego totalnego tworzenia swojego świata ekspresji i komunikacji nawiązuje przytoczone przez ciebie hasło, które z podtytułu przeniosło się do zdania zamykającego książkę. „Czyńcie swój Totart” jest zachętą do nieograniczonej kreacji i spełniania marzeń.

Pytam o to także dlatego, że „Sclavus” przeszedł wiele redakcyjnych zmian, przed ostateczną publikacją miał kilka kolejnych wersji. Co wymuszało następne jego edycje?

Sam wiesz, że jako rozmówca bywam chaotyczny. W przeciwieństwie do mojego yassowego kompana Jerzego Mazzolla, który opowiada rzeczowo i konkretnie, ja często i chętnie odpływam w rejony ezoteryczno-dygresyjne. Pamiętam, że gdy zajrzałem do roboczej wersji „ADHD”, to mój wewnętrzny pedant zadrżał z przerażenia. (śmiech) Na szczęście Rafał Księżyk zmyślnie sformatował tę rozmowę, a ja w przypływie dalszego pedantyzmu opanowałem te pięćset stron swawolnego bełkotu i narzuciłem mu beletrystyczną formę.

Jednocześnie chaotyczność czy dygresyjność nie musi być cechą pejoratywną. Unikamy chaosu w obawie przed własną głupotą, ale zarówno Konfucjusz, Budda, jak i Gombrowicz przekonywali, że szukając mądrości, musimy w pełni przyznać się do własnej głupoty. Autorzy literatury i filozofii od zawsze prężyli muskuły intelektu, przez co niekiedy – jak choćby u Manna – pisali rzeczy tak mądre, że aż nieprawdziwe. Tymczasem oświecona głupota może być wolnością od aberracji ego i pożywką dla mądrości. Uznałem więc, że zostawię coś w książce z tego chaosu, ale nieco go usystematyzuję dla dobra całej historii.

Gdy przez cztery miesiące pracowałem z Księżykiem nad „ADHD”, przyświecał mi pomysł na formę à la rozmowa Miłosza z Watem. Podczas pisania „Sclavusa” też postawiłem na dbałość o szczegóły. A dlaczego w ogóle powstał? Przez lata czytałem kolejne książki Koñja, które wprawdzie mi się podobały, ale miałem z nimi ten problem, że Koñjo wymieszał dzieje Totartu z anegdotami z czasów współpracy z zespołem Ich Troje czy gwiazdami disco polo, a te zaś interesowały mnie nieco mniej. Ja chciałem wyłącznie historii Totartu – w pigułce i w real time’ie. Pisząc książkę, skorzystałem jednakowoż z przepastnej pamięci i niebagatelnego intelektu Koñja, dzwoniąc do niego co dwa-trzy dni, a ten z werwą i detalami, wstrząsająco dokładnie wspominał co, gdzie i kiedy. Końjo był dla mnie wielkim wsparciem i inspiracją przez te kilka miesięcy frenetycznego pisania.

Nawet dla tak doświadczonego twórcy jak ty książka okazała się jednak dużym wyzwaniem.

Kiedy wysłałem pierwsze fragmenty tekstu Księżykowi, ten stwierdził, że są smętne i depresyjne. Doradził, by dołożyć więcej opowiastek „z placu boju”, na co ja odparłem, że w latach 80. niewiele działo się na niwie obyczajowej – co najwyżej jakaś smętna onania. Niektóre historie powyciągałem od Koñja, inne skonfabulowałem, bo nie ma to jak dobra fantazja i transgresja. Poza tym pseudo-ZBoWiDowskie wspominki byłyby zwyczajnie nudne.

Pierwsza wersja „Sclavusa” była więc dość poważna. Potem dołożyłem te wszystkie wtręty transgresyjne, felietony i anegdoty, przy okazji otwierając tekst dla wyeksponowania narracji innych. Dlatego w książce przewijają się anarchiści oraz kobiety Totartu, które nie zawsze miały szanse opowiedzieć swoje historie. Jedna z tych ostatnich oznajmiła wprawdzie, że „Sclavus” jest patriarchalny i przemocowy, ale cóż… Takie były czasy, a ja opisałem tamtą rzeczywistość i ówczesny mental.

Po pół roku pracy napisałem sześćset stron na brudno, po czym przeprowadziłem sześć poprawek i w końcu oddałem tekst oficynie Części Proste. Dwoje bardzo zacnych redaktorów, Maks Wroniszewski i Izabela Jakul, mocno zadbało o to, by z rękopisu wycisnąć sam miąższ. Ostatecznych poprawek dokonała Małgosia Ogonowska, redaktorka i współwłaścicielka Części Prostych.

Swego czasu wspominałeś, że chciałeś, aby „Sclavus” był polskim „Please Kill Me”.

To jeden z punktów odniesienia. Pragnąłem czegoś pomiędzy „Please Kill Me” a „Ferdydurke”, a więc szeroko rozumianego dzieła post-postmodernistycznego. Dlatego w „Sclavusie” są różne style. Jest pamiętnik młodego onanisty à la „Buszujący w zbożu”, jest paranaukowy esej, jest dziennikarstwo gonzo, jest coś na kształt sonetu, który z wolna asemantyzuje się w czarnym zaumie futurystów, są wreszcie glossy, dykteryjki, wspominki i ZBoWiD. Jest ezoteryczne zaklinanie rzeczywistości i są buddyjsko-taoistyczne inkantacje.

Myślę, że można tu znaleźć echa mojej miłości dla wielkiej literatury – Joyce’a, Gombrowicza, Pynchona, Vargasa-Llosy czy Rotha. Swobodnie zestawiam paranaukowość, patafizykę, ezoterykę, fantastykę, duchowość, transgresję i czystą bzdurę… Ot, cała absurdystyka XX wieku. I nawiązałem do niej celowo, żeby przypomnieć o korzeniach Totartu. Wszak nasze dawne teksty inspirowali Jarry, Rousell, Witkacy, Gombro, Schwitters, Charms, Chlebnikow i wielu innych. Warto uzmysłowić to czytelnikom, aby nie myśleli, że wychodziliśmy na scenę, aby li tylko się publicznie wysrać czy rozbić basówkę na głowie kolegi.

Podobne incydenty też jednak opisujesz. Myślisz, że dla niektórych „Sclavus” może okazać się zwyczajnie za mocny?

Zdaję sobie sprawę z tego, że każda wybuchowa treść nie zawsze jest mile widziana w polskiej popkulturze zdominowanej przez obsesję wybielania. To chyba w największej mierze zasługa Kościoła i JP2, ale kiedy czytasz jakiś wywiad – nieważne czy z Muńkiem, czy z Lechem Wałęsą – to jego bohater na siłę próbuje przedstawiać się w jak najlepszym świetle. Ja tego nie toleruję. Nie wiem, czy Lou Reed lubił opowiadać o tym, co walił w żyłę i kto go ruchał w dupala, a jednak to robił i bywało to wstrząsające.

Kiedy ja dodałem do „Sclavusa” wątki obyczajowe, Księżyk skrzywił się, że „zboczyłem w stronę soft porno”. „Sam tego chciałeś!” – odparłem. Pewnie dlatego mój tekst odrzucali duży wydawcy w rodzaju Agory czy Wydawnictwa Literackiego, a przygarnęła go mała oficyna.

Owe wątki obyczajowe nieomal doprowadziły do konfliktów z kilkoma osobami. Nikt nie będzie próbował cię ciągnąć po sądach?

Nie mam co do tego pewności. Na końcowym etapie pracy dzwoniłem do różnych ludzi i pytałem o ich zdanie. Jakieś ¾ było niechętnych pojawieniu się w „Sclavusie”. Tu wdowa po malarzu nie zgadzała się na sposób przedstawienia jej męża, tam jęczał poeta, że scena, w której za dwie marki publicznie brandzluje go Koñjo, owszem, miała wprawdzie miejsce, ale jest on przeciwny jej opisywaniu, bo jego żona jest aktualnie ważną postacią w świecie polityki. Zaktywizował się też Paulus, dociekając, czy muszę pisać o jego inicjacji seksualnej, skoro książka może trafić w ręce jego dzieci. Ktoś miał pretensje wobec użycia w stosunku do ojca słowa „pindol”, ktoś inny alarmował, że nasz wspólny znajomy nie walił heroiny w żyłę, lecz tylko pił wywar z makowych wytłoczek.

Czy jeszcze kogoś urażę? Tego nie wiem. Przyjaciele tacy jak Koñjo czy Mikołaj Trzaska przekonują mnie jednak, że nie powinienem się tym przejmować. Raczej nie popełniłem żadnych błędów faktograficznych, a resztę mogę obronić, mówiąc, że ją po części wyssałem z palca. Myślę, że ewentualne konflikty rozejdą się po kościach, bo ludzie wiedzą, że nie miałem złych intencji. Chciałem udowodnić, że Totart był jedną z ostatnich rzeczowych awangard w polskiej sztuce XX wieku, konstruktywną i poważną, a zarazem dekonstruktywną i sowizdrzalską. Był też ważnym elementem naszego życia, wyrazem afirmacji i synergii, płynącej ze zjednoczenia potencjałów. Cieszę się, że spotkałem tych wszystkich ludzi. Swoją książką chciałem oddać im hołd. Totart był niezwykły i zasłużył sobie na niezwykłą książkę. Tworzyliśmy grupę przyjaciół, formę pierwotną wspólnoty, kierującej się swoistą afirmacją outsiderskiej sztuki. Grupę, w której nie było hierarchii i nie było mowy o przemocowości czy mobbowaniu. Połączyła nas nadwrażliwość, talent, rozpierająca energia i potrzeba ekstremalnego działania.

Opisałeś dzieje Totartu, a zarazem słuszny kawałek swojego życia, ale „Sclavus” to także spełnienie pewnych ambicji literackich.

Już jako młody chłopak nasiąkłem literaturą XX wieku, w tym nowoczesną prozą amerykańską w formie dzieł Vonneguta, Hellera, Rotha, Jong czy Pynchona. Podobnie poruszały mnie filmy Felliniego – jako nastolatek obejrzałem każdy po kilka razy, a podczas seansu „Miasta kobiet” próbowałem nawet dokonać ipsacji w kinie (czyniąc to, oddawałem hołd memu ukochanemu reżyserowi). Fellini, Forman, Polański, Herzog, Bergman, Tarkowski, Pasolini, Fassbinder, Antonioni – kochałem tamto zacne kino autorskie. Jestem dzieckiem tamtych czasów.

W Polsce mamy dziś wielu autorów piszących niezłe czytadła. Nie będę ich deprecjonował, ale gdzie im do literatury klasy Witkacego, Gombrowicza czy Schulza. Chciałem więc zamknąć oczy i cisnąć lancą w słońce. Z nadzieją, że trafię, aby pociekło zeń trochę materii słonecznej. Zrobiłem to z bezczelności i z wielkiej wiary, że się uda. Totart był zarazem totalny i antytotalitarny, bezczelny i ikonoklastyczny. Mam to szczęście, że otaczało mnie wielu ludzi dużego formatu, więc moje pisanie i moja muzyka są często zbiorowe, będąc efektem zdarzenia silnych osobowości i wycieku intersubiektywności.

Nie widzę siebie w oderwaniu od otoczenia. Dzięki Sajnogowi, Konnakowi, Gwincińskiemu, Trzasce, Olterowi, Możdżerowi, Brylewskiemu czy Lesterowi Bowie też staję się wielki. Może nie byliśmy w stanie dorównać Dylanowi, Reedowi czy Zappie, ale oni mieli lepszy paszport i PR. „Sclavus” jest moim peanem dziękczynnym dla wojowników i wojowniczek Totartu. A także wyrazem katharsis, które pchnęły mnie w stronę poszukiwania własnej twórczości totalnej.

Niektórzy z twoich dawnych towarzyszy broni zdążyli mocno zmienić front. Sajnóg wrócił do świata żywych i jest stronnikiem „dobrej zmiany”, ale co ciekawe, cytujesz go w „Sclavusie”. Zupełnie wrogi Totartowi od dawna jest zaś Robert Tekieli, który określa go jako formację satanistyczną. Co sądzisz o przemianach, jakie obaj przeszli?

Napisałem tę książkę również w nadziei, że choć trochę otworzę im oczy. Jesteśmy inni i tak pewnie musi być. Tekieli trzyma się władzy, fetując jej zwycięstwa i ferując wyroki. Sajnóg jest skromniejszy, ale również stał się piewcą konserwatyzmu. Mogę z obydwoma polemizować na poziomie relatywnym, czasem ktoś komuś dopiecze i to jest dość naturalne. Jeden człowiek trzyma się przeszłości, podczas gdy inny koncentruje się na teraźniejszości, wierząc w kosmiczną przyszłość.

Tekieli przykładowo napisał kiedyś, że mój buddyzm jest płytki, co było dla mnie słabe, bo moich doświadczeń z buddyzmem nie może oceniać ktoś, kto nie ma o nim żadnego pojęcia. Tymczasem moja praktyka buddyjska, a także taoistyczna – lata medytacji czy lata ćwiczeń qigongu i taichi – sprawiły, że mam pewne rozumienie poziomu absolutnego, na którym całkowicie wybaczam im odmienność poglądów czy wszelką polemiczną zapiekłość. W „Sclavusie” pojawia się zdanie, że przytulam Jarosława Kaczyńskiego. Domyślam się, że ten człowiek może być całkiem fajnym, dowcipnym dziadziem, który mocno się pogubił. Zamiast go obrażać i grozić, że wynajmę strzelca wyborowego, ażeby go kropnął, wolę napisać, że go przytulam, wybaczam i kocham. Tak samo myślę o Sajnogu, Kurskim czy Kacmajorze. Nie wszystkich ich da się kochać, ale każdemu w pełni wybaczam. Nie wiem, ile mam jeszcze czasu, dlatego nie chcę żyć animozjami i walkami ideowymi, bo są one tymczasowe i pozorne. Zwłaszcza teraz, w czasach wojny ideowej, politycznej i społecznej.

Opisuję dwa modele rozwoju. Pierwszy jest uwikłany w tradycję, przeszłość i patriarchat. Drugi, bardziej liberalny, nakazuje być czułym na wibrację teraźniejszości, wibrację otwarcia na innych, na świat i naturę. O ile konfrontacja tych postaw jest faktem w świecie relatywnym, w świecie absolutnym te przeciwieństwa łączą się w jedno. „Honrai muichi motsu” – wszystko wynika z Pustej Jedności. Z jednej strony proklamuję szacunek dla swoich przeciwników, z drugiej – wszyscy tworzymy całość tego świata. Wyobrażam sobie, że mogę usiąść z Tekielim czy Sajnogiem przy śniadaniu i powiedzieć: „Weź sobie twarożku, a tam masz szczypiorek”. Nie mam z tym problemu, bo różnią nas jedynie poglądy. Mam nadzieję, że wszystkie te ideologiczne wyrwy i uskoki pomiędzy ludźmi ulegną zasypaniu.

„Sclavus” musiał powstać wbrew resentymentom. Może nie spodoba się tym, którzy spodziewali się, że będę kogoś albo coś wybielać, ale sram na to. Serdecznie i szeroko sram na to rzadkim łajnem. Dla dobra Totartu, dla dobra przyjaźni i ludzkości. Wyraziłem swą narrację, wypróżniłem swą pamięć i tyle. Wierzę w to, że moja historia jest empatyczna i uczciwa. Mając dobre intencje, modlę się o to, ażeby moi czytelnicy choć na chwilę zobaczyli świat moimi oczami, a przyjaciele i antagoniści dostrzegli hołd dla wielkiej sprawy Totartu, a nie obrażali się o jakieś gówniane detale.

Rozmawiał: Sebastian Rerak


Tematy: , , , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady