Ludzki mózg potrzebuje opowieści – rozmowa z Johnem Ironmongerem

Jego książki cieszą się popularnością w kilkunastu krajach, ale John Ironmonger nie jest typowym dostarczycielem bestsellerów. Z wykształcenia doktor zoologii, debiutował mając blisko 60 lat, a swoją wiedzę na temat przyrody i klimatu wplata do literatury z angielskim wdziękiem i poczuciem humoru. Największą popularność zapewniły mu dwa tytuły, których akcja przynajmniej częściowo rozgrywa się w fikcyjnej kornwalijskiej wiosce St Piran, „Wieloryb i koniec świata” oraz „Niedźwiedź i zakład o przyszłość”. Druga z powieści właśnie trafiła do rąk polskich czytelników, my z kolei mogliśmy zamienić kilka zdań z autorem.
Sebastian Rerak: Gdzie pana zastałem? Chyba nie w St Piran?
John Ironmonger: Nie. (śmiech) Jestem właśnie w małym domu w Snowdonii, w samym sercu północnej Walii.
Jak to się stało, że człowiek urodzony w Kenii, a dziś mieszkający w Cheshire został piewcą prowincjonalnej Kornwalii?
Moja matka pochodzi z Kornwalii i kiedy ojciec przeszedł na emeryturę, uznała, że nasza rodzina musi się tam przeprowadzić. Jako szenasto-siedemnastolatek trafiłem więc do małego miasteczka całkiem podobnego do St Piran. Z początku nienawidziłem go, bo wydawało mi się końcem świata. Kiedy jednak ojciec kupił lokalny sklep, a ja zacząłem pomagać mu, dostarczając produkty spożywcze do domów i okolicznych chat, przekonałem się, jak urzekające jest to miejsce. Od bardzo dawna chciałem napisać powieść, której akcja rozgrywałaby się w Kornwalii i cieszę się, że mi się to udało.
St Piran jest jednym z łączników pomiędzy „Niedźwiedziem i zakładem o przyszłość” a wcześniejszą pana powieścią, „Wielorybem i końcem świata”. Czy powinno się przeczytać „Wieloryba…” przed sięgnięciem po „Niedźwiedzia…”?
Nie, nie ma takiej potrzeby. To prawda, że w obu pojawiają się te same miejsca i niektórzy bohaterowie, ale poza tym opowiadają one zupełnie odrębne historie. Domyślam się, że niektórzy nazywają „Niedźwiedzia…” książką towarzyszącą, a nawet sequelem „Wieloryba…”, ale nie mogę zgodzić się z tymi określeniami. Choć pewnie są użyteczne z punktu widzenia wydawcy, który może w ten sposób zainteresować czytelników wcześniejszą powieścią.

Główny bohater „Niedźwiedzia…”, Tom, jest bardzo idealistycznym młodym człowiekiem, którego jedyną motywacją wydaje się chęć zmieniania świata. Czy to młody John Ironmonger? A może nadal można go uznać za pańskie alter ego?
(Śmiech) Myślę, że ma w sobie wiele ze mnie z czasów, kiedy sam miałem dwadzieścia lat. Jest idealistyczny, ale też porywczy i przekonany do własnego zdania. Z drugiej strony na swój sposób bliski jest mi także Monty. Przypuszczam, że niemal każdy bohater literacki nosi w sobie cząstkę swojego twórcy.
Monty wpisuje się w bogatą galerię bohaterów obecnych od zawsze w angielskiej kulturze – uprzywilejowanych, zadufanych w sobie konserwatystów. Ten typ istnieje od zawsze i jest odporny na zmiany?
Zdecydowanie tak. Muszę przyznać, że kiedy pisałem dialogi z udziałem Monty’ego, w moich uszach zawsze słyszałem go mówiącego głosem Borisa Johnsona. (śmiech) Faktem jest też, że tacy ludzie zawsze byli z nami i śmiem twierdzić, że niestety pozostaną na zawsze.
Ktoś mógłby dodać, że niedźwiedź również jest bohaterem powieści na własnych prawach.
Zgadza się. Chociaż pojawia się w tekście stosunkowo późno, moment ten jest punktem kulminacyjnym, a napięcie poprzedzające go narasta przez cały czas. Niedźwiedź reprezentuje wiele rzeczy, przede wszystkim świat, w którym żyjemy i dynamikę panującą w przyrodzie, którą zakłócamy. Kiedy już się objawia, pytanie, które powinniśmy sobie zadać, brzmi: czy doprowadzimy niedźwiedzia do zagłady, czy pozwolimy mu żyć? I właśnie ta myśl towarzyszyła mi w trakcie pisania powieści.
Czy jako zoolog z wykształcenia zastanawia się pan nad tym, jak wykorzystać swoje zainteresowania naukowe w pisarstwie bez dydaktyzmu lub stronniczości?
To bardzo dobre pytanie, którego – o dziwo – nikt mi dotąd nie zadał. Niewątpliwie czuję, że mam do przekazania coś, co wymaga pewnej dozy zrozumienia tematu. Jednocześnie jednak ważne jest dla mnie, aby zrobić to, nie popadając w akademizm, pompatyczny ton czy przemądrzalstwo. Przeczytałem sporo książek o kryzysie klimatycznym, których autorzy ewidentnie nie znali dobrze zagadnienia. Daleki jestem od tego, by ich potępiać, niemniej sam czuję się zobowiązany pozostać wiernym wiedzy naukowej, będąc przy tym zrozumiałym i bezpośrednim. Nie snuję fantazji o podróżach na inne planety albo o świecie po upadku cywilizacji rodem z filmów typu „Mad Max”. Moje książki opowiadają raczej o stopniowej degradacji – dzień po dniu – naszego świata.

John Ironmonger w Polsce (fot. Wydawnictwo Relacja)
A propos książek o kryzysie klimatycznym, mówi się dzisiaj nawet o cli-fi (climate fiction). Przeszkadza panu, gdy tę etykietkę przykleja się również pana książkom?
Nie, nie mam z tym problemu. Chciałbym jednak, aby cli-fi nie było odrębnym podgatunkiem, lecz po prostu częścią literackiego mainstreamu. Pisarze tworzący współczesną beletrystykę muszą zauważać wszystkie zmiany, jakie zachodzą w naszej rzeczywistości – zarówno polityczne czy technologiczne, jak i klimatyczne. To niejako warunek tego, by ich książki były aktualne. Zwłaszcza jeśli przy okazji wybiegają w przyszłość. Nie sposób dziś ekstrapolować czegokolwiek, jeśli nie bierze się pod uwagę na przykład ekspansji sztucznej inteligencji czy wstrząsów w globalnej polityce.
Pewną ślepą uliczką dla podobnych powieści bywa brnięcie w drastycznie mroczne scenariusze apokalipsy lub zgoła hollywoodzką wizję wyścigu o uratowanie planety.
Dlatego bardzo mocno stawiam na zakorzenienie moich powieści w rzeczywistości. Tym bardziej, że na obecnym etapie kryzys klimatyczny jest w pewnym stopniu do zatrzymania, a dźwignię zwrotnicy mamy wciąż w zasięgu ręki. Nie powinniśmy brnąć w przerażające apokaliptyczne wizje. Choć te oczywiście mogą się sprawdzić, o ile się nie przebudzimy.
Zapytam wprost: jest pan optymistą?
Mogę odpowiedzieć słowami Toma z „Niedźwiedzia…”: we wtorki jestem optymistą, w środy i piątki pesymistą, a przez resztę tygodnia nie jestem pewien. (śmiech) W zasadzie mógłbym nazwać siebie optymistą, ponieważ uważam, że ludzkość generalnie przejawia skłonność do rozwiązywania problemów. Wprawdzie coraz trudniej o nadzieję w dobie trumpizmu, to jednak uważam, że nadal możemy coś zmienić. Spójrzmy choćby na Węgry, gdzie właśnie wybrano nową władzę, choć jeszcze niedawno wydawało się to mało realne.
Może to właśnie małe społeczności, takie jak książkowe St Piran, dostarczają nam przykładu do naśladowania w kwestii międzyludzkich relacji?
Tak właśnie uważam. Rozwiązania na skalę globalną zależą od rządów i wielkiego biznesu, ale cała reszta świata podejmuje miliard codziennych decyzji, które sumują się w działanie. Małe społeczności mogą zmieniać otoczenie, w jakim żyją. Zaczyna się na poziomie wioski czy miasteczka, potem hrabstwa, a wreszcie kraju. Są zatem dwa mechanizmy zmiany – ten wychodzący od społeczności w górę i ten od szczytu władzy w dół. Oba powinny być wprawione w ruch.
Myśl globalnie, działaj lokalnie?
Zdecydowanie tak, to hasło nigdy nie traci na aktualności.

W tym roku ma się ukazać najnowsza pana powieść.
Tak, wyjdzie we wrześniu – jednocześnie po angielsku i niemiecku. Mam nadzieję, że doczeka się także polskiej edycji. Tytuł książki to „The Angel of St Piran”. Nie pamiętam tytułu niemieckiego, ale tłumaczy się bodajże jako „Wyspa szympansów”.
St Piran już w samym tytule?
Tak, główna bohaterka pochodzi z St Piran i trochę podróżuję pomiędzy rodzinną wioską a dżunglą, w której bada szympansy i mieszka w ich otoczeniu. Poza tym ma na imię Angel i jest trochę inspirowana postacią Jane Goodall. Kiedy pewnego dnia w okolicy zjawiają się łowcy trofeów, musi znaleźć sposób, aby dać im odpór razem ze swoimi podopiecznymi. To powieść przygodowa z przyrodniczym sznytem. Od dawna chciałem napisać coś o łowiectwe, bo jest czymś, czemu silnie się sprzeciwiam i chciałbym, aby zupełnie zniknęło.
Zgadzam się całkowicie. Tymczasem zapytam o pewne pańskie wyznanie. Powiedział pan, że pomimo pisania przez znaczną część życia, zawsze zmagał się ze „skrajnym brakiem pewności siebie”.
To prawda.
Po publikacji książek, które świetnie sprzedają się w kilkunastu krajach, takie obawy nie znikają?
Bynajmniej. (śmiech) Wciąż dokucza mi swoisty syndromu oszusta i czuję się zwyczanie zaskoczony, widząc efekty swojej pracy w druku. Pierwszą powieść wydałem, będąc sporo po pięćdziesiątce. Wcześniej pisałem do szuflady, część tych tekstów całkiem zaginęła, bo nie wierzyłem, że to zajęcie dla mnie. Moja obecna działalność jest dla mnie źródłem nieustającego zaskoczenia.
Inna ciekawa rzecz, jaką pan powiedział, to ta, że wielka historia składa się z opowieści.
Bez opowieści nie zrozumiemy ani przeszłości ani przyszłości. Jako osoba zajmująca się kreatywnym pisaniem też z pewnością pan to dostrzega. Myśląc o wielkiej historii, nie myślimy o trybach machiny dziejów, lecz skupiamy się na pewnym jej wysiłku, który sprawia, że jest dla nas bardziej realna. Weźmy legendę o Robin Hoodzie. Zna ją każdy w Anglii i niezależnie od tego, ile w niej prawdy, to daje ona ludziom pewne pojęcie o realiach średniowiecza. Przypuszczam, że podobnie jest w każdej kulturze. Opowieści przybliżają nam historię, jednocześnie pozwalając spojrzeć w przyszłość. Ludzki mózg potrzebuje opowieści!
Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: Wydawnictwo Relacja
Kategoria: wywiady















