banner ad

Los przeznaczył dla mnie rolę „kryminalistki” – wywiad z Hanną Greń, autorką „Północnej zmiany”

21 kwietnia 2021

O przywiązywaniu się do bohaterów, odwzorowywaniu realiów, fabularnych zwrotach i literackich wzorcach rozmawiamy z Hanną Greń, autorką opublikowanego przez Wydawnictwo Czwarta Strona kryminału „Północna zmiana”.

Maciej Bachorski: W „Północnej zmianie” po raz pierwszy spotykamy się z nową główną bohaterką. Czy z pani perspektywy rozstawanie się z postaciami z poprzednich powieści jest trudne i jak wygląda proces kreacji nowej wiodącej postaci?

Hanna Greń: Bardzo ciężko przychodzą mi rozstania z wykreowanymi przeze mnie postaciami. Traktuję ich jak przyjaciół, dlatego nie lubię ich porzucać. Głównie z tego powodu tworzę cykle powieściowe. Proces tworzenia nowej wiodącej postaci jest trudny o tyle, że jest to bohater pozytywny, a z nimi zawsze mam najwięcej problemów. Muszę odpowiednio wyważyć jego cechy, żeby nie stworzyć cukierkowej postaci. Zalety równoważyć wadami, sukcesy porażkami, a mądrość popełnionymi błędami. Mój bohater musi być dobry, ale nie idealny, inaczej nie będzie prawdziwy.

Inga Piątkowska to silna osobowość, która musi mierzyć się ze skomplikowanymi relacjami rodzinnymi i walczyć o swoje miejsce w świecie – trudno jej za ten hart ducha nie polubić. Jak pani uważa, co decyduje o tym, czy odbiorca będzie z danym bohaterem sympatyzował?

Myślę, że sposób postrzegania bohatera zależy od osobowości czytelnika, jego charakteru i osobistych sympatii lub antypatii. Na ogół jest tak, że lubimy takich bohaterów, którzy są do nas w jakiejś mierze podobni, lub takich, jakimi pragnęlibyśmy być. To z nimi się identyfikujemy i podchodzimy emocjonalnie do ich losów. Przyznam się jednak, że tworząc danego bohatera, nie myślę o tym, czy spodoba się on czytelnikom. On ma podobać się mnie jako postać wykreowana w celu odegrania wyznaczonej mu roli. Zastanawianie się, jak będą postrzegać go odbiorcy, byłoby stratą czasu, bo ile czytelników, tyle opinii.

Nieco odwrócę poprzednie pytanie – a czy zdarza się pani w swoich powieściach tworzyć postaci, których nie darzy pani sympatią?

Oczywiście, że tworzę nielubiane przeze mnie postacie, w dodatku nie przysparzają mi tylu problemów, co pozytywne. Dobrych łatwo przedobrzyć, natomiast zło nigdy nie jest aż tak wielkie, by nie mogło być jeszcze większe.

„Północna zmiana”, chociaż bardzo zakorzeniona w naszej rzeczywistości lat 80., w tle ma również zarysowaną międzynarodową, przygodową epopeję. Czy myślała pani nad tym, żeby rozszerzyć tę tematykę w kolejnych powieściach, a może nawet – spróbować sił w nowym gatunku?

Być może w drugiej części „Północnej zmiany” sięgnę jeszcze po kanadyjski wątek, ale z pewnością będzie on grać rolę bardzo poboczną. Raczej się nie widzę w innym gatunku, czego dowiodły próby napisania powieści typowo obyczajowej. Za każdym razem prędzej czy później zdryfowałam w stronę kryminału, jest zatem oczywiste, że los przeznaczył dla mnie rolę „kryminalistki”.

W pani powieściach obyczaj często występuje obok elementów rasowego kryminału. Jak stara się pani równoważyć oba te gatunki tak, aby żaden nie stał się dominującym?

Jest mi o tyle łatwo, że nie piszę po kolei, tylko opisuję sceny ujrzane w wyobraźni. W danej chwili nie wiem, w którym miejscu wykorzystam pisany właśnie fragment. Co jakiś czas za pomocą funkcji wytnij-wklej układam tekst w optymalnej kolejności i wówczas mogę stwierdzić, czy wszystko ze sobą konweniuje i czy wątki się równoważą. Wówczas robię dopiski lub wycinam zbędne akapity.

A czy uchyliłaby pani rąbka tajemnicy i powiedziała nam, jaką książkę uważa za wzorcową dla kryminału?

Od lat wzorem są dla mnie książki Heleny Sekuły i Rossa Macdonalda. W ich powieściach bardzo dużą rolę grają wątki obyczajowe, z których czytelnik nie tylko może się wiele dowiedzieć o bezpośrednich motywach zbrodni, ale także prześledzić cały ciąg przyczynowo-skutkowy prowadzący do zbrodni.

Nie zdradzając szczegółów, w „Północnej zmianie” spotkamy się z kilkoma znaczącymi twistami fabularnymi, które potrafią odwrócić nasze spojrzenie na niektóre postaci o 180 stopni. Czy rozpoczynając pisanie powieści, planuje pani użycie tego typu zabiegów?

Absolutnie nie. Nigdy nie robię szczegółowych planów, bo to odbiera mi radość tworzenia. Gdy kiedyś na życzenie wydawnictwa napisałam szczegółowe streszczenie planowanej powieści, męczyłam się później okrutnie, gdyż cały czas miałam wrażenie, że już tę książkę napisałam. Dopiero gdy odeszłam od rozpisanego przebiegu akcji, praca ruszyła z kopyta. Dlatego ograniczam się do wyznaczenia sobie „trasy”, w której znam tylko stację początkową, czyli pierwsze zabójstwo, kilka przystanków po drodze oraz stację końcową, czyli ujęcie sprawcy. Z tego względu wszelkie zwroty fabularne powstają na bieżąco.

Tworząc książkę osadzoną w kontekście historycznym, stara się pani zawsze zwracać uwagę na dokładność przedstawianych realiów, czy pozwala pani sobie na pewną dowolność?

Pod względem dokładności przedstawianych realiów jestem prawdziwym maniakiem. Przy pisaniu „Północnej zmiany” bazowałam głównie na własnych wspomnieniach, jednak niektóre sprawy zdążyły już zatrzeć się w pamięci, z innymi zaś nigdy nie miałam do czynienia. Dlatego posiłkowałam się starymi mapami, opracowaniami historycznymi i wiedzą innych ludzi. Muszę się przyznać, że przy pisaniu książek, których akcja rozgrywa się współcześnie, również zadaję sobie trud sprawdzania faktów i prawdopodobieństwa opisywanych zdarzeń. Gdy pisałam o śnieżycy w Wiśle pod koniec grudnia 2014 roku, prześledziłam komunikaty meteorologiczne z tamtego okresu, by na czas zdarzenia wybrać dni, w których taki stan pogodowy mógł wystąpić.

Wiemy, że pani mąż jest emerytowanym policjantem. Jak jego doświadczenie zawodowe wpływa na pani pisanie kryminałów?

Mam prawdziwe szczęście, że mąż w swojej karierze policjanta kilkakrotnie zmieniał etat. Służył w komisariacie, w wydziale dochodzeniowo-śledczym, w sekcji do spraw zwalczania narkotyków i w Centralnym Biurze Śledczym. Tym samym poznał ich specyfikę działań, a ja mogę czerpać z jego wiedzy i urealniać opisywane zdarzenia. Dzięki temu ustrzegłam się wielu błędów, gdyż mąż nie zalicza się do łagodnych krytyków i bezlitośnie wytyka wszystkie nieścisłości. Dla mnie to bardzo ważne, bo sama tej wiedzy nie posiadam.

Jakie są zatem kolejne plany pisarskie Hanny Greń?

Zastanowiłam się nad tym pytaniem i odkryłam, że chyba zabraknie mi życia na zrealizowanie wszystkich pomysłów. Postaram się zatem wprowadzić w czyn przynajmniej ich część. 5 maja ukaże się „Miasto głupców”, czyli czwarta część cyklu z Dionizą Remańską, a wydanie piątej i zarazem ostatniej części zaplanowane jest na jesień. Obecnie piszę trzeci tom „Śmiertelnych wyliczanek”, noszący tytuł „Rolnik sam w dolinie”, i jednocześnie zaczęłam pisać powieść niezwiązaną z żadnym cyklem, o roboczym tytule „Gasnące światło”. Jej początkowe fragmenty można przeczytać na mojej stronie autorskiej na Facebooku. Później mam zamiar zasiąść do pisania kontynuacji „Północnej zmiany”, nazwanej roboczo „Kolekcjoner Dorot”, gdyż w czeluści pamięci komputera mam gdzieś plik z początkiem tej powieści, a w głowie zarys całej fabuły. Następne w kolejności będą dwa ostatnie tomy „Śmiertelnych wyliczanek” – „Stary niedźwiedź mocno śpi” i „Ojciec Wergiliusz uczył dzieci swoje”. Ostatnio podpisałam z wydawnictwem umowę na cztery książki, a jak łatwo policzyć, planowanych książek jest pięć, więc już wystąpił nadmiar, toteż wolę nie zapeszać i poprzestanę na ich przedstawieniu.

Rozmawiał: Maciej Bachorski
fot. Ogniskova

Tematy: , , , ,

Kategoria: wywiady