Literatura dziecięco-młodzieżowa kształtuje przyszłych czytelników – rozmowa z Katarzyną Wasilkowską, laureatką 19. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy za książkę „Złodziejka”

21 sierpnia 2026

Pisarka Katarzyna Wasilkowska na tle betonowej ściany

„Złodziejka” Katarzyny Wasilkowskiej to powieść, która portretuje swoich bohaterów – jak czytamy w laudacji tegorocznej Nagrody Literackiej Warszawy„w momencie liminalnym, w którym od piętnastoletnich dzieci wymaga się, by się dookreśliły (…), choć wciąż są przecież w trudnym momencie samopoznawania siebie i szukania swojego miejsca w świecie, testowania granic i ról wyznaczanych przez grupę rówieśniczą, sprawdzania, czym może być prawdziwa bliskość”. W rozmowie z Booklips.pl autorka książki opowiedziała o procesie jej powstawania i wszystkich związanych z tym wyzwaniach i trudnościach, sprawiających, że niedawno odebrany laur wydaje się tym bardziej zasłużony.

Sebastian Rerak: Nagrody są z pewnością bardzo nobilitujące dla autorów, ale czy „Złodziejka” spotkała się z równie dobrym odbiorem wśród czytelników?

Katarzyna Wasilkowska: Myślę, że tak. Nie jest to może bestseller na skalę największych sukcesów boomu na literaturę young adult, ale odbiór jest bardzo pozytywny, a książka dobrze się sprzedaje. Świetnie rozmawia mi się z czytelnikami na spotkaniach autorskich, ale dostaję też dużo wiadomości przez internet, w tym także od rodziców, co również jest niezwykle miłe. I nie ukrywam, że jest to ten odzew, na którym szczególnie mi zależy.

Pytam także dlatego, że bohaterowie pani powieści są w bardzo konkretnym wieku, w ściśle określonym momencie życia. Wydawałoby się, że to zawęża grono odbiorców.

Na pewno grupa, do której przede wszystkim kierowałam tę książkę jest bardzo wąska. W dodatku jest to grupa czytająca niewiele poza lekturami szkolnymi. Młodzież w wieku mniej więcej piętnastu lat jeśli już sięga po jakieś książki, to zazwyczaj po rzeczy z półki literatury ogólnodostępnej, a więc raczej po „dorosłą” powieść gatunkową – fantasy, kryminał lub tytuły obyczajowe. Dlatego też w trakcie pisania „Złodziejki” obawiałam się trochę, że nie trafi ona do nikogo. Z drugiej jednak strony książki o nastoletnich bohaterach często czytają ludzie nieco od nich młodsi, w tym wypadku na przykład dwunasto-, trzynastolatkowie. Sięgają po nie też rodzice, co może świadczyć o tym, że starają się zrozumieć swoje dzieci, ewentualnie chcą przypomnieć sobie problemy i uczucia z czasów własnego coming of age. To pomaga życzliwiej spojrzeć na własne dzieci i ich rozterki związane z podejmowaniem pierwszych decyzji, takich jak wybór szkoły średniej. Ogólnie dojrzewanie nie jest łatwym czasem.

Okładka książki "Złodziejka" Katarzyna Wasilkowskiej, która przedstawia główną bohaterkę, Marikę, w bluzie dresowej i słuchawkach na uszach. Dziewczynę widzimy przez dziurkę od klucza.

Młodzież w okolicach piętnastego roku to także grupa wiekowa, wśród której bodaj najbardziej dynamicznie zmienia się język. Dużo zapożycza, podchwytuje, ale też wykazuje się własną inwencją. Czy pisanie dla niej wiązało się z koniecznością przyswajania języka, jakim posługują się – nazwijmy ich – środkowi nastolatkowie?

Oczywiście tak. To kolejny powód, dla którego broniłam się przed napisaniem „Złodziejki”. Mówię „broniłam”, dlatego że o ile pomysł i fabuła książki są rzecz jasna moje, tak silne zapotrzebowanie na powieść młodzieżową wyraziło Wydawnictwo Literatura. Musiałam stworzyć coś, co zainteresuje szczególną grupę czytelników, nie unikając własnej perspektywy. O ile bowiem narracja jest pierwszoosobowa i podąża za nastoletnimi bohaterami, tak historię opowiada dojrzała osoba. Język był zatem istotnie wielkim wyzwaniem. Tworząc utwór literacki, posługuję się nim jak dekorem. Starałam się, aby zwłaszcza w brzmieniu dialogów – charakterystycznie krótkich i szorstkich wypowiedziach – był on bliski współczesnemu młodemu odbiorcy.

Zaobserwowałam też, że skończył się czas swoistych fal językowych, które kiedyś sprawiały, że w całej Polsce mówiono podobnie. Dziś język jest tak płynny, że trudno mówić o jednym lingo typowym dla całego pokolenia. Piętnastolatkowie grający w daną grę porozumiewają się swoim żargonem, inni przywracają wyrażenia, którymi posługiwali się ich rodzice lub dziadkowie, a jeszcze inni używają hojnie naleciałości z angielskiego. Wszystko to składa się na koktajl, w którym trudno szukać jednego prawidła. W efekcie, w określonym mieście, uczniowie danej szkoły mogą wysławiać się inaczej niż ich rówieśnicy z innej szkoły.

Najważniejsze było więc dla mnie, w jakim tonie rozmawiają moi bohaterowie, jak się do siebie zwracają i czego sobie nie mówią. Skupiałam się bardziej na emocjach niż konkretnych zwrotach i frazach.

Wspomniała pani o problemach i rozterkach towarzyszących temu etapowi życia. Jak dorosły pisarz może wejść w tę szczególną przestrzeń myślową, jaka im towarzyszy?

Jest to kolejne wyzwanie. Zwłaszcza, że świat bardzo przyspieszył w stosunku do realiów sprzed dziesięciu czy piętnastu lat, a co dopiero w stosunku do czasów mojego dorastania. Uważam jednak, że to, co w człowieku siedzi najgłębiej, czyli potrzeby: bliskości, zrozumienia, odbierania rzeczywistości, nie zmieniło się aż tak znacząco. One siedzą także i we mnie, co stanowi część kompleksji pisarza. Niezależnie od tego, czy piszę dla dzieci w wieku trzech lat, nastolatków czy dla dorosłych, zawsze najbardziej interesuje mnie człowiek, jego droga i jego przeżycia. Z jednej strony cofam się więc do własnych doświadczeń, z drugiej – obserwuję bardzo uważnie to, co dzieje się dookoła. Moje najmłodsze dzieci są w wieku zbliżonym do bohaterów „Złodziejki” i każda okazja do komunikacji z nimi i ich rówieśnikami jest dla mnie swoistym polem badawczym.

Dorastanie jest czasem silnego skupienia na sobie, co jest naturalne, bo świat wydaje się wówczas bardziej dotkliwy. Młody człowiek potrzebuje bliskości i zainteresowania, jednocześnie obawiając się świata zewnętrznego. Widać to często w relacjach pomiędzy nastolatkami a ich rodzicami, w których pojawiają się krzyki, trzaskanie drzwiami, te wszystkie „daj mi spokój”. W gruncie rzeczy jednak młodzi potrzebują czułości, nawet jeśli z pozoru ją odrzucają. I to jest coś, o czym piszę w „Złodziejce”. Chciałam stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której czytelnik mógłby poczuć się otulony i zrozumiany, a nie przytłoczony czy obnażony. W dużej mierze było to pisanie intuicyjne.

Czarno-biały portret Katarzyny Wasilkowskiej, która opiera rękę na brodzie

Katarzyna Wasilkowska (fot. Piotr Vasco Wasilkowski)

W pani bibliografii można znaleźć utwory dla czytelników w różnym wieku. Tworząc je, zawsze musi pani przestawiać myślenie na inne tory?

Tak, zawsze jest to okupione pewnym wysiłkiem. W zeszłym roku napisałam dwa teksty dla dorosłych. Nie zostały jeszcze opublikowane, ale potrzebowałam tego, by móc zrobić coś własnym językiem i zafundować sobie emocjonalny reset. Kiedy tworzę dla młodych, nie przestaję się zastanawiać, czy czytelnik zrozumie, co chciałam powiedzieć. Posłużę się przykładem. Kiedy sięgam po odniesienia do innych tekstów kultury, małe dziecko może ich nie znać. Im jest starsze, pole rozumienia poszerza się, ale nadal nie każde nawiązanie do filmu czy literatury będzie klarowne. Tymczasem te skojarzenia mogą budować daną scenę lub atmosferę samego tekstu, znajome kody oswajają czytelnika, a nowe mogą stać się intrygującymi tropami, które poszerzą horyzont. Nie wchodzę w tryb pouczania, nie biadolę nad niewiedzą moich czytelników. Jeśli ich zaciekawię, zaczną poszukiwać własnych odpowiedzi. Traktuję swojego czytelnika poważnie, niezależnie od jego wieku. Kiedy opowiadam historię pięciolatkowi, muszę szanować jego doświadczenie w poznaniu świata. Nie mogę narzucać zbyt wielu informacji, które sprawią, że tekst będzie dla niego niezrozumiały lub nieczytelny. Jest to człowiek z takimi samymi emocjami, co osoba dorosła – także odczuwa strach, wstyd, życzliwość, miłość itd. Natomiast może nie rozumieć wielu problemów, nie mieć szerokiego zasobu słów ani wyobrażenia o świecie. Bardzo ważne jest, aby stworzyć tekst dla niego, nie protekcjonalny ani infantylny. Małym dzieciom czytają ich rodzice lub dziadkowie. Jeśli w trakcie lektury dorosły cofa się do swojego dzieciństwa, rozpoznaje swoje uczucia z tamtego okresu, to czyni to książkę atrakcyjną także dla niego.

Czy pewne trudności i wyzwania, o których wspomnieliśmy, sprawiły, że „Złodziejka” powstawała przez pół roku?

Tak, z pewnością spowodowały wydłużenie całego procesu. Pisałam stosunkowo wolno, z dużym namysłem, a także z momentami pewnego zawieszenia. Kiedy jednak stworzy się bohaterów z krwi i kości, a więc takich, których można polubić, a nawet pokochać, o wiele łatwiej jest ich poprowadzić. I przyglądać się ich drodze.

Biorąc pod uwagę zmiany w języku i sytuacji młodego człowieka w świecie, książka dla dzieci i młodzieży jest bardziej podatna na ugryzienie zębem czasu?

Tak, dlatego staram się pisać tak, aby w moich utworach nie dominowała współczesność. Ona jest scenografią, pojawia się na przykład w opisach korzystania z komunikatorów, które pewnie za dziesięć lat będą wyglądać zupełnie inaczej. Bardziej jednak niż na jej opisie koncentruję się na relacjach pomiędzy bohaterami, bo te przedłużają żywot książki. Do dzisiaj czytamy powieści w rodzaju „Małych kobietek”, „Ani z Zielonego Wzgórza” czy „Przygód Tomka Sawyera”, które pomimo wielu elementów charakterystycznych dla swojej epoki, zawierają w sobie coś ponadczasowego. Ambicją autora jest, aby jego dzieło żyło jak najdłużej, ale to weryfikuje czas i nowe fale czytelników.

Pochodzi pani z Gdańska, ale zdążyła związać się z Mazowszem. Co oznacza dla pani wyróżnienie Nagrodą Literacką m.st. Warszawy?

To wyjątkowo miłe dostrzeżenie. Jestem związana z Warszawą poprzez mojego męża, który jest rdzennym Warszawiakiem, natomiast sama na Mazowszu mieszkam już od szesnastu lat. Ta nagroda jest dla mnie zaszczytną także dlatego, że jest jedną z najważniejszych w Polsce nagród literackich, a nie zapomina o literaturze dziecięco-młodzieżowej, dając jej własną kategorię. Oczywiście są odrębne prestiżowe laury dla tego działu książek, by wspomnieć choćy Nagrodę Literacką im. Kornela Makuszyńskiego, Literacką Podróż Hestii czy Książkę Roku IBBY. Literatura dla dzieci i młodzieży długo traktowana była po macoszemu, jako coś niepoważnego, a tymczasem to ona kształtuje przyszłych czytelników. Jeśli młodzi mają co czytać, to potem sięgają po książki z różnych półek. Dostrzeżenie tej literatury na równi z literaturą piękną i poezją jest nobilitacją i przywracaniem jej rangi jako pełnoprawnej dziedziny pisarstwa.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: Piotr Vasco Wasilkowski
Materiał powstał we współpracy z Urzędem m.st. Warszawy.

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: wywiady