Koncerty, kasety i namydlane znaczki – rozmowa ze Zdzisławem „Dzidkiem” Jodko o książce „Garaż twoim schronem”

Zdzisław „Dzidek” Jodko to postać doskonale znana na niezależnej scenie muzycznej nie tylko rodzinnego Szczecina. Na początku lat 80. wokalista zespołu Corpus X, potem organizator legendarnego już cyklu koncertów, w nową dekadę wkraczał jako szef wytwórni Rock’n’Roller, a następnie także wydawca magazynu „Garaż”, niestrudzenie popularyzując w Polsce brzmienia punk rocka, hardcore, ska, psychobilly itp. Od przeszło ćwierćwiecza kontynuuje rozpoczętą misję, stojąc na czele oficyny Jimmy Jazz Records. Po publikacji ponad dwustu płyt katalog tej wytwórni wzbogacił się właśnie o pierwszą w historii książkę. Mowa o „Garaż twoim schronem”, czyli pierwszej odsłonie wspomnień samego Dzidka. Na tę okoliczność przeprowadziliśmy z nim poniższy wywiad.
Sebastian Rerak: Słyszałeś może nowy album zespołu Castet?
Zdzisław „Dzidek” Jodko: Nie.
Znalazł się na nim utwór pt. „Każdy teraz książki pisze”, komentujący wysyp publikacji o polskim punk rocku. Masz poczucie, że panuje atmosfera sprzyjająca ich powstawaniu?
Nie przesadzałbym z liczbą tych książek. Jest album Ady Lyons szumnie zatytułowany „Polski punk 1978-84”, a poświęcony w zasadzie pierwszej scenie warszawskiej, ukazało się kiedyś „Nie będę wisiał ukrzyżowany” o scenie we Wrocławiu, a dalej mamy „Nienormalne miasto” dotyczące tego, co działo się w Gliwicach, „Jestem ziarnkiem piasku” Darka Duszy i „Dezerter. Poroniona generacja” oraz „Przyjeżdżajcie, będzie super!” Krzyśka Grabowskiego. Ta ostatnia jest dość specyficzna i bardziej traktuje o realiach koncertowego życia Dezertera na przestrzeni wielu lat. Jest też kilka publikacji opartych o materiały IPN i kilka opracowań akademickich. Możliwe, że pominąłem jeszcze jedną czy dwie istotne pozycje. Jednak przyznasz, że jak na czterdzieści lat historii punka w Polsce nie jest to szczególnie duży dorobek.
Ja swoją książkę zacząłem pisać piętnaście lat temu i długo nie byłem przekonany, czy jest to dobry pomysł. Początkowo przyświecało mi zresztą inne założenie, bo miała to być historia wytwórni Jimmy Jazz Records. Kiedy jednak zacząłem zbierać wszystko do kupy, przekonałem się, że może z tego wyjść epopeja objętości encyklopedii PWN. Musiałem więc sensownie ugryźć całość i podzielić na części. Najbardziej logiczny wydał mi się pomysł, aby zacząć od początku i zamknąć pierwszy etap cezurą czasową roku 1989. Po pierwsze dlatego, że wtedy nastąpił w Polsce przełom społeczno-polityczny, a po drugie – ja stanąłem wówczas przed wyborem dalszego sposobu na życie po tym, jak skończyłem studia i wyszedłem z wojska. Ostatnie zdanie w książce wspomina, że rok później założyłem wytwórnię Rock’n’Roller i zarejestrowałem pismo „Garaż”. Ale te wydarzenia należą już do kolejnego rozdziału mojej historii.
Zacząłeś pisać piętnaście lat temu, ale potem zawiesiłeś projekt na bardzo długo. Dlaczego?
W międzyczasie urodził mi się syn, przez co skończyłem pisanie na jakichś trzech rozdziałach. Wróciłem do książki po latach, co było spowodowane impulsami z różnych stron. Co rusz ktoś mnie poszturchiwał, mówiąc: „Stary, weź coś napisz, będzie fajnie”. Przeczytałem na nowo stare zapiski i pomyślałem, że może warto pociągnąć to dalej.
Patrząc teraz na gotową książkę, zastanawiam się, kiedy ja ją napisałem przy moim obłożeniu rożnymi obowiązkami. Na pewno w jej powstanie duży wkład miała moja żona Joanna, od której otrzymałem dyspensę na wiele obowiązków domowych. Często zamykałem się w weekendy i pisałem, nierzadko zarywając noce. Trwało to łącznie około roku. Gdybym poświęcał się wyłącznie książce, zapewne uwinąłbym się w dwa-trzy miesiące.

Zaczynasz od swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Chodziło ci o wprowadzenie własnej perspektywy czy raczej nakreślenie realiów, które dla młodych mogą być pewną egzotyką?
Zrobiłem to z premedytacją, aby nie zaczynać opowieści „od środka”. Oto bum, jestem ja i robię koncerty w szczecińskim klubie Pinokio – taki początek książki mi nie odpowiadał. Należało wyjaśnić, skąd w ogóle punk pojawił się w moim życiu. W „Garażu…” znalazły się także fragmenty mówiące o tym, jak wielkie było moje rozczarowanie opozycyjną polityką, która była na fali za sprawą Solidarności. Kiedy zaczęły się tarcia społeczne, a potem wybuchł stan wojenny, wszyscy byli przeciwko władzy. Organizacje opozycyjne docierały wszędzie, także do szkół średnich. Zaangażowałem się wtedy w ich działalność, niesiony nadzieją, że coś się w tym kraju zmieni. Szybko jednak przekonałem się, że do tego ruchu podłączyli się ludzie, którzy jeszcze chwilę wcześniej byli czołowymi działaczami partii w zakładach pracy, a nagle spędzali każdą niedzielę na klęczkach w kościele. Zniesmaczało mnie to strasznie. Jednocześnie uderzył we mnie punk rock, podsuwając inny sposób życia. Uznałem, że mogę być w opozycji, nie udzielając się politycznie.
W książce opisuję warunki, w jakich funkcjonowałem jako dzieciak, ale jest to dość skrótowe. Wielu autorów podobnych tekstów podchodzi do tematu mocno autobiograficznie i te wątki są nierzadko zbyt rozwlekłe, przez co zwyczajnie nużące. Starałem się więc zrobić to esencjalnie i zmieścić w dwóch rozdziałach. Moje prywatne historie szybko przechodzą do opowieści o muzyce lat 70., pozwalających z kolei zrozumieć, dlaczego punk rock znalazł przyjazne podłoże w kraju, w którym działało wcześniej tak naprawdę tylko kilka fajnych zespołów. Potem pojawiają się kwestie związane z moją działalnością klubową, w tym etap działalności grupy Corpus X.
O niej jednak jest stosunkowo niewiele, a odegrała pewną pionierską rolę. Ogólnie „Garaż…” pisany jest z perspektywy twojej jako organizatora koncertów, co odróżnia książkę od innych publikacji o punk rocku powstałych w Polsce, bo te pisali albo muzycy, albo ludzie wykonujący poniekąd pracę archeologiczną.
To chyba dobrze, bo mamy spojrzenie z innej strony i jest jakieś urozmaicenie. A co się tyczy Corpusu X, to w rozdziale „Szczecin – pierwszy powiew rewolucji” jest moim zdaniem całkiem sporo o nim. Nie chciałem ciągnąć opowieści w stronę zespołu, bo był to jeden z elementów mojej działalności, z pewnością nie ten kluczowy. Corpus funkcjonował kilka lat, udało mu się zrobić parę fajnych rzeczy, ale takich składów były wtedy w Polsce setki. Gdybym zaczął pisać o jakichś pomniejszych koncertach, to książka rozrosłaby się do niebotycznych rozmiarów, a i tak ma 470 stron. Chciałem przedstawić w miarę zwięźle rzeczy najistotniejsze dla ciągłości opisywanych wydarzeń w zrozumiały i spójny sposób.
Warto wspomnieć, że w książce pojawia się mnóstwo materiałów wizualnych niepublikowanych wcześniej, głównie zdjęcia z twojego archiwum.
To prawda. Część z tych zdjęć dostali wprawdzie przed laty muzycy zespołów, które fotografowałem, ale kiedy teraz kontaktowałem się z nimi w trakcie pracy nad książką, niejeden łapał się za głowę, mówiąc: „Kurde, nie wiedziałem, że tyle tego masz!”. Ostatnio rozmawiałem z Jackiem Wiśniewskim z Trybuny Brudu i także był zaskoczony, że jego zespół znalazł się na tylu zdjęciach.
Już te piętnaście lat temu uznałem, że w książce powinna znaleźć się dokumentacja fotograficzna, która nie była dotąd szeroko dostępna. Od tamtego czasu dbałem więc, aby zdjęcia nigdzie nie wyciekły, choć zdarzało mi się sporadycznie udostępniać niektóre, na przykład na płytę Dezertera z nagraniem nielegalnej sesji na Wawrzyszewie lub na album Konwentu A, który sam wydałem. Zdecydowana większość materiałów w „Garażu…” nie była jednak publikowana wcześniej. I taki był też zamysł – aby dać czytelnikowi coś ekstra.

Zdzisław „Dzidek” Jodko w czasach Corpusu X (fot. archiwum Zdzisława Jodko)
Krzysiek Grabowski w wywiadzie dla Booklips powiedział, że „Przyjeżdżajcie, będzie super!” napisał m.in. dlatego, że chciał opowiedzieć historię punk rocka w Polsce „bez farmazonów”. Chyba towarzyszył ci podobny zamiar?
Szczerze mówiąc, nie miałem żadnych ambicji związanych z „Garażem…”. Zanim nie zobaczyłem wydrukowanej już książki, nie wiedziałem, czy jest ona komuś w ogóle potrzebna. Jak wspomniałem, pisałem ją pod wpływem delikatnych nacisków, ale kiedy już się wkręciłem, to zaczęło mi się to podobać. Miałem też sygnały od osób, które czytały kolejne fragmenty, że dobrze się to czyta, więc pojawił się element dodatkowej mobilizacji. Na pewno fajnie jest pisać ze świadomością, że pewna liczba osób, niemających pojęcia o punk rocku, otworzy oczy na takie historie. Każdy z nas żyje w jakiejś bańce – funkcjonujemy w środowiskach, które są mniej lub bardziej zamknięte. Jakiś czas temu brałem udział w spotkaniu poświęconym scenie niezależnej lat 80. Na widowni było trochę osób, które znam od bardzo dawna, i byłem przekonany, że historie, które przy tej okazji opowiadałem, są im doskonale znane. Tymczasem ludzie podchodzili do mnie potem, mówiąc: „Łał, Dzidek, jestem w szoku, nie wiedziałem, że to tak wyglądało!”. Wtedy zrozumiałem, że nawet kilka lat różnicy wieku może lokować nas w różnych epokach, a co dopiero gdy mowa o kontaktach z dzisiejszymi szesnasto- czy dwudziestolatkami.
Podczas pisania książki nie było żadnej presji, raczej ciekawość. Mam pewien nawyk wyniesiony chyba jeszcze z czasów, kiedy zajmowałem się dziennikarstwem, aby pisać rzetelnie, bez zaciemniania i bez afirmacji. Zauważ, że rzadko używam nazwisk. Jest w tekście wątek dotyczący pewnego funkcjonariusza SB. Był on moim znajomym z podstawówki, a po latach spotkałem go ponownie, kiedy przyszedł do klubu Pinokio w sprawie – jak się okazało – moich koncertów. Nie przywołałem jego nazwiska, bo nie chcę nikogo rozliczać ani mu dokopywać. Takie rzeczy można sprawdzić samemu, wystarczy wejść do serwisu IPN-u. To są dane jawne. Ja tylko opisuję realia związane niegdyś z początkiem sceny, kontaktami środowiskowymi, organizacją koncertów, nagrywaniem ich na magnetofon, kopiowaniem kaset, mydleniem znaczków, problemami formalnymi i technicznymi, itd. One dodają specjalnego kolorytu i są wątkiem spajającym większe wydarzenia, takie jak koncerty właśnie.
Młodym czytelnikom wyjaśnijmy, że mydlenie znaczków pocztowych miało umożliwić zmycie z nich stempla i ponowne wykorzystanie.
Był jeszcze inny podobny manewr, który pojawi się w kolejnej książce, jeśli do niej usiądę… W czasach, kiedy współpracowałem z zespołem Kolaboranci, mieliśmy swój patent na tanie przejazdy pociągami. Chcąc dostać się na przykład do Krakowa, nie kupowaliśmy biletu bezpośredniego, tylko szliśmy na małą stację Szczecin-Niebuszewo. Tam kupowało się bilet do Stargardu, który kosztował grosze i był wypisywany ręcznie. Po powrocie do domu, bilet wrzucało się do acetonu, wywabiało długopis i wpisywało trasę Szczecin – Kraków dla pięciu osób. Tak potrafiliśmy zjeździć za bezcen pół Polski, podróżując na koncerty.
Wiesz, mówimy o czasach, kiedy ludzie nie mieli komórek, komunikacja odbywała się listownie, a w porywach za pomocą telefonu stacjonarnego, najczęściej dzwoniąc z budki. Dla kogoś może być to ciekawy folklor z przeszłości.
Schyłek lat 80. nie jawi się w twojej książce czasem optymizmu i oczekiwania na zmiany. To moment, w którym organizacja koncertów podupada. Z jednej strony z powodu wszechobecnej przemocy, z drugiej zaś – z powodu zwyczajnie większej konkurencji i spadku zainteresowania publiki.
Tak, w Szczecinie zaczęły pojawiać się nowe knajpy i te odciągały ludzi od naszych imprez. To wybuchło nagle, przez co nastąpił efekt zachłyśnięcia się czymś nowym. Kiedy otwierano kolejny lokal, to wszyscy szli do niego, porzucając dotychczasowe miejsce spotkań. Aż do tamtego momentu klub Pinokio działał naprawdę prężnie, był alternatywnym centrum miasta i przystanią dla kilku zespołów, które odbywały w nim próby.
Bardziej niż z powodu konkurencji koncerty wyczerpały się jednak w wyniku przemocy. Nagle masowo w całej Polsce pojawili się skinheadzi. Okolice roku 1988 to preludium tego, co eskalowało już w kolejnej dekadzie. Pojawiły się jakieś partyjki prawicowe mieszające w głowach skinom, w większości niemającym pojęcia o korzeniach ruchu. Zwróć uwagę na symptomatyczny wydźwięk wspomnień ludzi, którzy nakręcali załogę skinowską w Szczecinie. Kiedy w tym wszystkim pojawiła się polityka, oni zaczęli się wycofywać, bo interesowała ich wyłącznie chuliganerka. Oczywiście ta ostatnia też nie jest niczym fajnym, ale wynikała z reakcji na inną agresję. Trzeba wiedzieć, że szeregi skinheadów zasilali punkowcy broniący się przed metalami. Z czasem poszło to w radykalne i przegięte rejony, a kiedy wlazła w to jeszcze polityka, to zaczął się prawdziwy gnój.
Mniej więcej w tym samym czasie ja byłem w wojsku i gdy wyszedłem z niego po dziesięciu miesiącach, zrobiłem jeszcze jeden koncert, który pozostawił straszne wspomnienie. Raz, że przyszło znacznie mniej osób niż zazwyczaj, a dwa – jakaś banda idiotów rozkręciła dym i doszło m.in. do tego, że kierownik klubu został ugryziony w nogę. To sprawiło, że straciłem chęć do dalszego działania. W książce Krzyśka Grabowskiego też zresztą znajdziesz wzmianki o tym, jak w podobnym okresie Dezerter miał moment zwątpienia i przysiadł koncertowo. Przemoc była zjawiskiem, które skutecznie paraliżowało życie klubowe. Można było z nią walczyć lub przeczekać. Mnie trochę życie zmusiło do wyboru opcji numer dwa, bo po skończeniu studiów stanąłem przed pytaniem: co dalej? No i zdecydowałem, że zakładam wytwórnię fonograficzną. Miałem pewne doświadczenie związane z wydaniem kompilacji „Garaż”, a że wokół było sporo zespołów, których nie miał kto wydać, chciałem im pomóc. Najpierw otworzyłem sklep muzyczny pod szyldem Rock’n’Roller, a ten dość szybko został przekształcony w wytwórnię. Ale to już opowieść wykraczająca poza czasy opisywane w „Garażu…”.
No właśnie, bo książka będzie mieć kontynuację.
Jak łatwo zauważyć, „Garaż…” kończy się netflixowo. Mam plan na kolejny sezon, jeśli nic mnie nie zaskoczy. Muszę tylko podgonić kilka spraw bieżących i mogę usiąść do pisania. Wątków jest dużo, kontynuacji domaga się m.in. magazyn „Garaż”, który zaczął ukazywać się jeszcze w latach 80. jako informator koncertowy. Kolejny temat to wytwórnia, a jeszcze następny – współpraca z zespołami, które były i są z nią związane. Jest dużo ciekawych nitek wiodących w różne strony, które muszę poukładać. Na pewno druga książka będzie kolejnym elementem większej całości. Być może powstanie jeszcze trzecia.
Wydaniu „Garażu…” towarzyszyć miały inne wydarzenia – była mowa o specjalnych koncertach, wydawnictwach płytowych… Co z tymi planami teraz?
Mój kolega zaproponował przeprowadzenie kompleksowej akcji. Twierdził, że jest nią zainteresowana pewna fundacja i znajdą się na to pieniądze. Był więc plan na wydanie dwóch lub trzech płyt winylowych oraz organizację koncertów – w Szczecinie i w takiej bardzo alternatywnej enklawie po niemieckiej stronie granicy. Ponadto książka miała ukazać się po angielsku w stu egzemplarzach, który to nakład planowano rozdawać na tym niemieckim koncercie. A do tego jeszcze padł pomysł wystawy poświęconej szczecińskiej scenie niezależnej lat 80.
Ostatecznie okazało się, że wątek z fundacją upadł, ale ja stwierdziłem, że tak łatwo nie odpuszczę. Szczecińskie Centrum Dialogu „Przełomy” zorganizowało wystawę, korzystając głownie z artefaktów moich i mojego kolegi Michała Przyborowskiego. Ja skupiłem się na lokalnym punku i początkach sceny niezależnej, a Michał dostarczył materiały o szczecińskim anarchizmie. Sporo osób odwiedziło wystawę, zaliczyłem kilka oprowadzeń kuratorskich, a zainteresowanie było większe, niż się spodziewaliśmy. Aktualnie myślę o płytach. Sporo osób namawia mnie na wydanie materiału Corpusu X, więc może zrobię to w jakimś limitowanym nakładzie. Byłem też blisko organizacji dużego koncertu, ale urządzałem go w kiepskim momencie, bo imprezy w Szczecinie mają teraz słabą frekwencję i niewiele biletów rozeszło się w przedsprzedaży. Po raz pierwszy w życiu musiałem więc odwołać swój koncert, ale i z tego udało się wybrnąć, bo jeden z zespołów zagrał w mniejszym klubie. Jest plan, aby zorganizować kolejną wystawę – tym razem o latach 90., a także kilka innych pomysłów, których nie chcę na razie zdradzać. W każdym razie książka jest już dostępna, płyty ukażą się za jakiś czas… a zatem powoli zmierzamy do celu.
Rozmawiał: Sebastian Rerak
TweetKategoria: wywiady














