Kiedy wpadnę w króliczą norę, nie mogę przestać jej zgłębiać – rozmowa z Agatą Romaniuk o powieści „Dina, Dina”

„Niszczo ne wiczne”, czyli „nic nie jest na zawsze”. To zdanie padło w rozmowie ukraińskiej dziewczyny z włoskim mężczyzną, której świadkiem była w Bolonii Agata Romaniuk. I poniekąd to właśnie jemu zawdzięczamy nową powieść autorki, „Dina, Dina”. O procesie, który wydarzył się pomiędzy zasłyszanymi słowami a publikacją książki, mieliśmy okazję porozmawiać z samą pisarką.
Sebastian Rerak: „Dina, Dina” jest dowodem na to, że nawet zasłyszany przypadkiem strzęp rozmowy może stać się zaczynem całej rozgałęzionej historii.
Agata Romaniuk: Czasem wystarczy jeszcze mniej, na przykład zaobserwowanie jakiegoś przedmiotu lub sceny pozbawionej dialogu. Jestem reporterką, moje pierwsze książki były książkami non-fiction, więc w naturalny sposób interesują mnie prawdziwe ludzkie historie. W pewnym momencie chciałam nawet pojechać do Ukrainy i napisać serię reportaży, ale z różnych powodów tego nie zrobiłam. Po pierwsze dlatego, że nie znam języka, a praca z tłumaczem w tak trudnych warunkach powodowałaby jakieś przekłamanie. A po drugie – nie mam doświadczenia w pracy reporterki wojennej. Ponieważ jednak chciałam napisać coś o Ukrainie lub z Ukrainą w tle, to zasłyszany przypadkiem fragment rozmowy ukraińskiej dziewczyny stał się pretekstem do stworzenia fikcyjnej historii.
Jest jeszcze jeden powód powstania tej książki. Przez pierwsze pół roku trwania wojny gościłam u siebie pięć rodzin z Ukrainy, w tym rodzinę z Charkowa w składzie: babcia, mama i córka. Ich losy poruszyły mnie na tyle, że znalazły odbicie w powieści.
Bo Dina istnieje naprawdę, choć jest w zupełnie innym wieku niż bohaterka książki.
I w ogóle poza imieniem, miejscem pochodzenia i częściowo wyglądem niewiele je łączy. Jej mama jest krawcową, tata – z tego, co pamiętam – księgowym, który jest teraz na froncie. Skądinąd szczęśliwe młode małżeństwo. Od prawdziwej Diny pożyczyłam przede wszystkim imię, zresztą za zgodą jej matki.
Czy twoje wyczulenie na szczegóły, objawiające się także w tej powieści, jest pewnym spadkiem po reportażu?
Na pewno tak, to część warsztatu. Pamiętam, że Hanna Krall powiedziała kiedyś, że nawet gdy opowiada się historię sprzed sześćdziesięciu lat i w tej historii występuje torebka, to ona chce wiedzieć, jaką ta torebka miała podszewkę. Ludzie często zapominają, jak interpretować emocje lub czyjeś słowa, ale rzadko zapominają szczegóły. I to właśnie one są kruszcem, z którego buduje się stelaż opowieści.
Ta skłonność na pewno ma źródło w reportażu, ale jest też chyba moją osobniczą cechą. Jestem szczególarą i każdy obiekt staram się obejrzeć z każdej strony. Pewna instagramerka napisała mi, że „Dina, Dina” jest bardzo szczególarska i chyba rzeczywiście taka jest. Wiem, że to niemodne i mało kto teraz tak pisze. Tomasz Mann w „Buddenbrookach” opisywał każdą filiżankę, ale nikt by dzisiaj nie wydał powieści mającej ponad siedemset stron.
Czy na pewno niemodne? Taki Knausgård cieszy się sporą popularnością.
To prawda, aczkolwiek w takiej szeroko czytanej prozie w typie Sally Rooney wszystko jest wydestylowane i pozbawione zbędnych opisów.

Ważną rolę w „Dinie…” odgrywają ilustracje. Wiem skądinąd, że namówiłaś ilustratorkę do dość specyficznego podejścia?
Zgadza się. Wzięło się ono stąd, że wydałam kiedyś książkę dla dzieci „Bal u lamorożca. Polsko-ukraińskie bajki o przyjaźni” zilustrowaną przez Olgę Grebennik, która jako jedna z nielicznych rysuje kredkami i piórkiem, i nie korzysta z komputera. Uciekając w pierwszych dniach wojny, Olga prowadziła szkicownik. Niektórzy robią zdjęcia, aby coś zapamiętać, a ona po prostu rysowała, co ją spotyka. Pomyślałam, że dla wielu osób uzdolnionych plastycznie, jest to sposób na oswojenie sytuacji lub poradzenie sobie z nią, i dlatego moja Dina powinna szkicować. Generalnie bohaterka książki maluje akwarelami, a te wymagają spokoju, światła, stabilnej powierzchni itd. Porzucając życie w Bolonii, musi jednak zamienić malarstwo na pospieszny rysunek. I właśnie o coś takiego poprosiłam Juliannę Kubanek. Zależało mi na pracy z młodą ilustratorką, która być może nie ma bardzo wyrobionej kreski, właśnie po to, aby szkice wyglądały na tworzone w pośpiechu, niemal na kolanie. Aby czytelnik miał wrażenie, że otrzymał szkice Diny i zobaczył w nich trochę przypadkowy zbiór rysunków.
Ogólnie sporo uwagi poświęcasz malarstwu jako czynności bardzo istotnej dla bohaterki. Można odnieść wrażenie, że zdążyłaś się zainteresować malarskim warsztatem.
To kolejna moja cecha – kiedy wpadnę w jakąś króliczą norę, to nie mogę przestać jej zgłębiać. Moja poprzednia powieść poświęcona była skrzypaczkom i dlatego dużo w niej technikaliów muzycznych, budowy instrumentów, ćwiczeń itd. Uważam, że rolą piszących jest przeczytanie wszystkiego na dany temat, ale niekoniecznie już dzielenie się z czytelnikiem każdą zdobytą informacją. Chciałam wczuć się w swoją bohaterkę, a skoro dla niej coś jest ważne, to nie mogło być nieważne dla mnie. Nie mogłam jej pasji skwitować stwierdzeniem, że malowała kolorowe obrazki. Dlatego w tekście jest mowa na przykład o tym, że inspirowała się takim, a nie innym zapomnianym portugalskim artystą. Potem zresztą dostaję od czytelników wiadomości w rodzaju: „Znalazłam w sieci jego akwarele i są przepiękne!”.
Myślę, że to dobrze, jeśli możemy dowiedzieć się czegoś nie tylko z literatury non-fiction, ale i z powieści. Nie tylko o bohaterze i jego przeżyciach, ale o sztuce, chirurgii, życiu w jakimś kraju… Stąd na przykład w „Dinie…” informacje o codzienności żołnierzy w Afganistanie w latach 80.
No właśnie, mamy w książce różne plany historyczne, a wraz z miejscem akcji zmienia się sposób narracji. Czy dużo uwagi poświęciłaś zachowaniu spójności historii?
Bardzo dużo i dlatego na etapie redakcji sporo rzeczy zostało usuniętych lub dopisanych. Mnie na przykład od początku wydawało się jasne, że w pierwszej części narratorką jest Isa, przyjaciółka matki Diny, a jednak dla pierwszych czytelników nie było to oczywiste. Nie było też wiadomo, skąd Isa wie tyle o Dinie, dlatego dopisałam fragmenty głosówek, które dziewczyna nagrywa. Być może dla niektórych powoduje to zamieszanie, ale dla mnie jest ważne jako element budowy postaci. Dlatego pewnym oszustwem jest, kiedy mówię, że powieść rozgrywa się na przestrzeni pierwszych sześciu tygodni wojny. Bo cofamy się też do Afganistanu lat 80. i do Warszawy wczesnych lat 90., a także przenosimy się na Podlasie, do Bolonii czy do rodzinnego miasteczka Chiary.
Mówisz, że to książka dla młodych dorosłych, co może budzić ryzykowne skojarzenia z literaturą young adult, a ta nakierowuje na dość konkretny sort powieści.
Dlatego podkreślam, że jest dla starszych młodych dorosłych, bo young adult jest jednak głównie dla dzieciaków 13+. Co ciekawe, napisałam kiedyś książkę reporterską „Krótko i szczęśliwie” poświęconą późnym miłościom. Byłam przekonana, że trafi do bardzo dojrzałych czytelników, a okazało się, że w większości sięgnęli po nią ludzie w okolicach dwudziestki. Potem zresztą pisali do mnie, że choć nie przeżyli jeszcze pierwszej miłości, moja książka daje im wielką nadzieję.
I właśnie w świecie, w którym zdezaktualizowały się niektóre obietnice przyszłości, młodzi, którzy wchodzą w dorosłość, potrzebują wiele nadziei i wsparcia. Mamy kryzys klimatyczny, wojny – jedną za drugą, problemy na rynku pracy, zagrożenie ze strony sztucznej inteligencji… To powoduje strach przed tym, że wszystko w końcu runie. A „Dina…” jest także o tym, że nawet w najtrudniejszym momencie, jakim jest wojna, zostają pewne szczeliny, przez która wpada światło. Może jest ciężko, ale to jeszcze nie jest koniec. Nie jest za późno, aby się zakochać albo naprawić relacje z rodziną. I dlatego – sądząc także po reakcjach czytelników – po tę powieść sięga wielu młodych ludzi. Takich w wieku Diny+.

Agata Romaniuk
Warto także dodać, że nie jest to książka po prostu o wojnie, a raczej o dorastaniu. Albo może nawet bardziej adekwatne byłoby powiedzenie: o stawaniu się.
Bardzo trafnie to odczytujesz. Wojna jest w tle, ale równie dobrze mógłby to być kryzys polityczny, katastrofa ekologiczna lub gospodarcza, cokolwiek, co stawia ludzi przed trudnymi wyborami. Kim innym bowiem chcemy być w cieplarnianych warunkach, a kim innym, kiedy sytuacja drastycznie się zmienia. Przeprowadziłam wiele wywiadów na potrzeby tej książki i często słyszałam, że niektóre rzeczy stają się nieważne wobec wojny. Nagle naprawiamy relacje z ojcem lub z matką, z którymi przez lata nie rozmawialiśmy, albo ogólnie dajemy sobie spokój z jakimś bullshitem w relacjach. Ważne staje się tylko przeżycie.
Powiedziałaś kiedyś bardzo ciekawą rzecz – że młodość jest teraz trudniejsza niż kiedykolwiek. W naszej rozmowie zostało już poniekąd zasygnalizowane dlaczego, ale nadal jest to zdanie wręcz szokujące, kiedy młodość jest nadal mocno romantyzowana.
Tak, to bardzo ludzka, wręcz fizjologiczna postawa. Jako starzejąca się kobieta też pewnie ulegam trochę takiemu myśleniu, że „kiedyś to były czasy”. Bardziej jednak staram się myśleć, że bycie dziś młodym oznacza stawanie twarzą w twarz z poczuciem, że ktoś wszystko już wcześniej wynalazł. Sztuka wyboru jest narzędziem, które uszlachetniamy i uczymy się nim posługiwać. Tu pojawia się paradoks chińskiej restauracji, czyli czysta ekonomia behawioralna – im więcej masz możliwości, tym trudniej zdecydować się na jedną. I w sumie odkrywasz, że nie wiesz czego chcesz.
Mam kontakt z młodymi ludźmi poprzez starszego syna i widzę, jak starają się oni odsunąć pewne decyzje. Nigdy też nie było tylu narzędzi komunikacji, co teraz, a zarazem tylu problemów, by faktycznie się komunikować. Bo to, że jest Signal, WhatsApp, Messenger i Discord, nie oznacza, że jesteśmy w lepszych relacjach. Przeciwnie – są one bardziej fragmentaryczne, a przez to niesatysfakcjonujące. No i wreszcie wszystkie te wielkie problemy, czyli wojna, klimat itd. Kazik Staszewski zawsze mówił, że jedyną pretensją, jaką ma do młodzieży, jest ta, że już do niej nie należy. Ja z kolei ogromnie się cieszę, że już nie jestem młoda. (śmiech)
Warto jeszcze wspomnieć o wydaniu audiobookowym „Diny…”, bo podczas jego realizacji pokusiłaś się o pewien eksperyment.
Z tego, co wiem, nikt wcześniej nie zrobił w Polsce niczego podobnego. Książka w wersji audio ma dziesięć improwizowanych fragmentów – blisko godzinę dodatkowego materiału. Można go przesłuchać albo i nie. W każdym razie dodatki te powstały na życzenie różnych osób, które chciały dowiedzieć się więcej o jakimś bohaterze lub poznać zakończenie danej sceny. Tak też powstały krótkie, w całości improwizowane fragmenty, będące rozszerzeniem powieściowego świata. Co jest szczególnie ciekawe, czytelnicy nie chcieli, aby te improwizacje zaprzeczały temu, co już wiedzieli. Nie mogliby znieść sytuacji, w której dowiadują się, że bohaterowie nie spotkali się jednak na Piazza Maggiore w Bolonii, że ona wyjechała cztery dni wcześniej bez pożegnania, wsiadła do pociągu i nie odebrała telefonu. Szybko przekonałam się, że nie mogę im tego zrobić – nie mogę na przykład zabić postaci, która w książce żyje. Bardzo wzruszył mnie także fakt, że ludzie prosząc o te improwizacje, ewidentnie prosili o nadzieję. Chcieli przykładowo upewnić się, że wzięta do niewoli sanitariuszka przeżyje. Wszyscy chcemy takich dobrych wiadomości. Zwłaszcza że wojna trwa już długo i jeszcze pewnie potrwa.
Piszesz powieści, reportaże, książki dla dzieci. Co taki literacki płodozmian daje ci jako autorce – nie tylko w kwestii rozwoju warsztatu, ale też chociażby komfortu psychicznego?
To jest dla mnie jak zróżnicowana dieta. Niezależnie od tego, że bardzo lubię bułkę z bananem, jak Adam Małysz, nie mogłabym jej jeść codziennie. Zaraz po naszej rozmowie wracam do pisania kolejnej książki dla dzieci, tym razem o kotach – skoczkach narciarskich (stąd przypomniała mi się ta bułka). Jednocześnie piszę też esej o chodzeniu, różnych jego tropach w literaturze i sztuce.
Inną metaforą, jakiej mogę użyć, jest WF. Raz ćwiczę bicepsy, potem mięśnie brzucha i ogólnie staram się być w formie. Pytaniu, które zadałeś, często towarzyszy kolejne: „Dlaczego nie zdecydujesz się na jedno?”. Właśnie dlatego, że mogę robić różne rzeczy. Moje książki dla dzieci sprzedały się w znakomitym nakładzie i mogłabym się skupić wyłącznie na nich, ale wtedy miałabym jedną rączkę niewyćwiczoną. Czasem to nawet zabawne, kiedy rodzice znający mnie z książek kupowanych dzieciom, odkrywają moją „dorosłą” twórczość i mówią: „O Jezu, to przecież ta sama baba!”. (śmiech) Mogę zatem być Panią Wieczorynką piszącą o kotkach oraz autorką reportażu o Nietzschem i nadal dostarczam różnym odbiorcom jakiejś czytelniczej przyjemności.
Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. mat. prasowe W.A.B.
Kategoria: wywiady















