Każda opinia na jakikolwiek temat poza pieczeniem sernika jest w tym kraju radykalna – rozmowa z Przemysławem Wojcieszkiem

Sentymentalna opowieść bożonarodzeniowa obok satanistycznej baśni, obie zaś przedzielone alternatywnym kryminałem, w którym w rolę prywatnego detektywa wciela się Rafał Wojaczek. Tak w największym skrócie opisać można ostatnie książkowe wydawnictwa Przemysława Wojcieszka, autora, który na dobre przedzierzgnął się z reżysera produkcji filmowych i teatralnych w pisarza. Kolejna nasza rozmowa tym razem stała się przyczynkiem do poruszenia takich tematów, jak niezależny model wydawniczy, atmosfera Wrocławia, polski klerykalizm czy wreszcie zapowiedź wybuchowego monodramu o Zbigniewie Ziobrze.
Sebastian Rerak: Dostajesz nadal hate maile?
Przemysław Wojcieszek: Od pewnego czasu nie, co zaczyna mnie niepokoić. Może sytuacja w Polsce trochę się uspokoiła, a może po prostu zbanowałem już wszystkich skurwysynów. (śmiech) W każdym razie przestałem dostawać hate maile i chyba trochę za tym tęsknię.
Twoja publicystyka w internecie pozostaje radykalna, ale książki, które zdążyłeś już wydać w tym roku, są stosunkowo lekkimi pozycjami w twoim dorobku.
Każda opinia na jakikolwiek temat poza pieczeniem sernika jest w tym kraju radykalna. Dziś szedłem przez miasto, widziałem w kilku miejscach plakaty ONR-u i byłem bodaj jedyną osobą, która je zrywała. Żyjemy w społeczeństwie apatycznych półanalfabetów, co sprawia, że przekaz radykalizuje się w sposób naturalny.
A co do wspomnianych książek, to bardzo lubię obie te pozycje. „Boże Narodzenie we Wrocławiu” to sentymentalna opowieść o tym mieście z punktu widzenia imigranta, co samo w sobie nie jest takie oczywiste. Z jednej strony jest to bowiem świetny motyw, z drugiej – porusza trudne tematy. Te są mi jednak bliskie, bo sam byłem imigrantem… i może znów nim zostanę.
Druga powieść, „Prywatny detektyw Rafał Wojaczek”, to z kolei meta-kryminał, też rozgrywający się wokół Wrocławia. Jakiś czas temu powróciłem do tego miasta i uznałem, że ciekawie byłoby uchwycić jego klimat, ponieważ zmieniło się bardzo od czasu, gdy mieszkałem w nim po raz ostatni. Myślę, że takie bardziej lokalne rzeczy dobrze mi wychodzą.

Gdy mowa o „Bożym Narodzeniu we Wrocławiu”, przyznajesz się nie tylko do inspiracji Jaroslavem Rudišem, ale też do tego, że książka powstała w efekcie zamówienia.
Raczej propozycji. Początkowo chciałem ją wydać sam, ale nie byłem w stanie udźwignąć publikacji dwóch tytułów naraz. Cieszę się, że Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu wziął to na siebie, zwłaszcza że chciałem, aby książka była ilustrowana, tak jak powieści Rudiša ilustrowane są przez jego stałego współpracownika, rysownika Jaromira 99. OKiS przychylnie patrzy na rzeczy może nie tyle komercyjne, co mające szansę trafić do szerszego czytelnika. A „Boże Narodzenie…” to towar wielosezonowy, który powinien sprzedawać się nie tylko w święta. Poza tym jest to tekst stosunkowo krótki – planowałem go na opowieść do przeczytania w jeden wieczór.
A skąd pomysł na takie nowatorskie odczytanie postaci Wojaczka?
Dużo czytałem autorów, którzy dość swobodnie żonglują postaciami rzeczywistymi, mieszając je z fikcją. Roberto Bolaño wymyślał z kolei nieistniejących pisarzy i książki. „Prywatny detektyw…” dał mi pretekst do podobnego mashupu – wprowadzenia historycznych bohaterów we współczesny kontekst. W tej książce dużo jest ostrych osądów dotyczących dzisiejszej Polski, a przy okazji przywołania do życia postaci właściwie już zapomnianych.
Jednocześnie jest to powieść mocno wrocławska, bo i ja jestem terytorialny. Mieszkając w Berlinie, pisałem o Berlinie, potem na pograniczu czesko-polsko-niemieckim zainicjowałem serię o komisarzu Borovce (trzecia jej część wyjdzie w tym roku). No a kiedy przyjechałem do Wrocławia, wkręciłem się na nowo w to miasto. Jego historia wykreowała szereg interesujących postaci, z których można ulepić coś, co jest – mam nadzieję – świeżym spojrzeniem na współczesność.

Można powiedzieć, że obie nowe powieści uzupełniają się, ukazując różne strony Wrocławia?
Trochę tak, również w tym sensie, że „Prywatny detektyw…” jest bardziej mroczny, dlatego czułem potrzebę napisania dodatkowo czegoś lżejszego. Piszę książki od trzech lat, mam swoich czytelników i poczucie, że zaczynam znajdować własne miejsce w tej zabawie. Kompletnie odkleiłem się od tzw. branży literackiej i gówno mnie ona obchodzi, bo zawsze starałem się być niezależny. Pisząc „Berlin heroin”, mój debiut, który ukazał się w lutym 2023 roku, nie wiedziałem czym się to skończy. Dziś mam stałą grupę czytelników i z fascynacją obserwuję, jak ten krąg bardzo powoli się rozszerza. Piszę dużo, choć nie robię tego na akord – po prostu mam pomysły i działam. I albo znajduję wydawcę, albo biorę publikację na siebie. Support ze strony odbiorców pozwala mi z kolei finansować cały proces, co jest fajne, bo z każdą książką pozwalam sobie na eksperyment. Stworzyłem samonapędzający się mechanizm i mogę sobie pozwolić na to, by mieć totalnie wyjebane na środowisko literackie. Nie widzę zresztą innej drogi.
Warto w tym miejscu wspomnieć o książce, którą wydałeś w ubiegłym roku, bo to uderzenie z jeszcze innej flanki. „King ov Hell”, bo o niej mowa, nazywasz satanistyczną baśnią.
Książka ukazała się w limitowanym nakładzie, nie była specjalnie promowana, ale cały czas się sprzedaje, co jest niesamowite. Notabene nie jest tania, bo wydałem ją naprawdę dobrze i koszt produkcji był wysoki. Być może już niebawem zabiorę się za pisanie kontynuacji, bo rzecz planowana jest jako trylogia.
Promocja „King ov Hell” jest jednak o tyle problematyczna, że Polska jest krajem skrajnie konserwatywnym, doświadczającym powrotu fanatycznego katolicyzmu, co wynika chyba z ogólnego upadku umysłowego. Kiedy napiszę coś o tej książce w social mediach, to natychmiast dostaję wiadomości od ludzi zapowiadających, że będą się za mnie modlić. I chociaż generalnie mam progresywnych znajomych, to parę osób z tzw. środowiska artystycznego też miało problem z tym, że taką książkę wydaję. Chcąc promować „King ov Hell”, muszę zgodzić się na uśmiercanie innych tematów, a także na konfrontację z jakąś paranoją i aberracją intelektualną. Mówiąc wprost – czeka mnie pół roku przepychanki z debilami w internecie. Niemniej wrócę do tej serii, kiedy tylko wyklaruje się moja sytuacja osobista, bo ostatni rok spędziłem na układaniu sobie życia we Wrocławiu.
Po dwóch krótszych książkach, nowy tom „King ov Hell” wymaga ode mnie kilku miesięcy pracy, ale chcę to kontynuować. Polski klerykalizm jest najgorszą klątwą ciążącą nad tym narodem i trzeba w niego po prostu napierdalać. Nawet w tak śmieszny sposób, jak pisanie satanistycznych powieści.

Przemysław Wojcieszek (fot. Krzysztof Saj)
Jak godzisz z sobą pisanie kilku serii? Poza „King ov Hell” zainicjowałeś też w końcu cykl o Borovce…
W ciągu ostatnich kilku lat często się przeprowadzałem, co wiązało się z koniecznością zmieniania pracy. Gdybym chciał żyć tylko i wyłącznie z projektów książkowych, to pewnie jakoś bym przetrwał, ale chcąc je także wydawać, potrzebuję gotówki. Nawet jeśli poniesione koszty się zwracają, to trwa to na przykład rok. Muszę więc podejmować się różnych dżobów. Dwie książki o Borovce powstały w momencie, kiedy miałem dobrą sytuację i więcej czasu dla siebie. Obie opublikował zresztą Ośrodek Kultury i Sztuki, co dawało mi dodatkowy komfort.
Nie jest więc tak, że siedzę jak Grażyna i napierdalam. Nawet pracując na etacie, można jednak pisać sporo. Hrabal na stworzenie książki potrzebował siedmiu tygodni, więc jest to wykonalne. Inną sprawą jest jakość, ale grunt to mieć dobry pomysł. Z kolei sam cykl wydawniczy jest nie do przeskoczenia i trwa około pół roku. To jest konieczne, aby nie wypuszczać na rynek śmiecia, a w Polsce niestety nie brak książek poskładanych niechlujnie i pozbawionych porządnej redakcji.
W każdym razie liczę na to, że w ciągu roku-dwóch będę miał na tyle dużą płynność finansową, aby wydawać jeszcze więcej. Na razie wszystko się spina… jakoś. Czasem trzeba to dopychać kolanem, ale generalnie moja wizja wydawanie książek się rozkręca i bardzo mnie to jara.
W całym tym zamieszaniu nie porzuciłeś teatru. Niebawem premierę ma mieć monodram twojego autorstwa inspirowany ostatnimi perypetiami Zbigniewa Ziobry.
Tak, jesteś pierwszą osobą, której zdradzam tytuł spektaklu, który zostanie wystawiony 21 marca w Wolimierzu – „Kurwy, porno i kokaina, czyli Ziobro w Budapeszcie”. Historia o tym, jak Zbigniew zostaje bonzem w branży pornograficznej i kręci na Węgrzech filmy razem z Rocco Siffredim. Wiesz, odkąd wkręciłem się w książki, kompletnie przestało mnie interesować bujanie się po teatrach. W cieniu nadchodzącego faszyzmu wbijanie do instytucji, która robi rzeczy skrajnie zachowawcze i bezpieczne jest bez sensu. Mam jednak na tyle dobrą sytuację, że nie muszę reżyserować Fredry w jakichś pipidówach. Po roku rozbratu z teatrem przedstawiłem jednak monodram „Karol Nawrocki to sutener i gangus”, który okazał się fajnym strzałem. Obejrzało go sporo ludzi, także tych, którzy kupują moje książki, i tak naprawdę teatr zamienił się trochę w spotkanie autorskie. Postanowiłem więc ciągnąć to dalej. Opowieść o Ziobrze, który kręci pornosy i wali koks w Budapeszcie jest czymś, czego nikt inny w Polsce nie zrobi. A my to zrobimy i będzie fantastyczna impreza!
Rozmawiał: Sebastian Rerak
TweetKategoria: wywiady
















