Jedyną nadzieją dla świata są młodzi ludzie, którzy nie akceptują łatwych odpowiedzi – rozmowa z Eoghanem Wallsem, autorem „Ewangelii według Orli”

Eoghan Walls mówi dużo, czasem chaotycznie, niezmiennie z dużym entuzjazmem i silnym północnoirlandzkim akcentem. Melodyjny potok słów jest dokładnie tym, czego można by się spodziewać po autorze „Ewangelii według Orli”, książki, która łączy w sobie powieść drogi, wątki wampiryczno-nadprzyrodzone, polaroidowe obrazki z życia brytyjskiej klasy pracującej i filozoficzne pytania „zgoła kosmicznego kalibru”. Oto zapis naszej rozmowy z pisarzem, oddający być może jej bardzo swobodny przebieg.
Sebastian Rerak: Na początku był… nieumarły kot?
Eoghan Walls: Tak, miałem taką wizję. (śmiech) Wiele dziwnych pomysłów przyczyniło się do powstania tej powieści. Jednym z nich była refleksja nad surrealizmem chrześcijańskiej komunii. Jest coś bardzo dziwnego w tym, że w kościołach spożywa się ciało Chrystusa. Zwłaszcza gdy byłem dzieckiem, religia wydawała mi się czymś niezwykle zagadkowym. Leżałem w łóżku, nie mogąc zasnąć i dręczyło mnie pytanie: dlaczego Bóg nie odpowiada na moje modlitwy? Z perspektywy dziecka to naprawdę dezorientujące.
Kolejną ważną kwestią była śmierć w rodzinie. Najpierw odeszła żona mojego brata. Miała zaledwie 36 lat i pozostawiła dwoje dzieci. Pamiętam jak jej córka, już dwa lata po śmierci matki, w jakiejś bardzo prozaicznej sytuacji po prostu zawołała: „To jest niesprawiedliwe!”. I miała rację, bo śmierć jest potwornie niesprawiedliwa, a ona po raz kolejny zdała sobie z tego sprawę. Niedługo po szwagierce zmarła też moja matka. Kiedy było już z nią źle, brat spytał mnie, czy wierzę w Boga. Zacząłem wtedy głowić się nad tym, że Bóg nie jest wystarczającą odpowiedzią w konfrontacji ze śmiercią.
I tak dochodzimy do wizji nieumarłego kota, która była pierwszą wymyśloną na potrzeby książki. Wyobraziłem sobie kota-zombie i jego spotkanie z dzieckiem, które było jego opiekunem. Ta scena miała w sobie pewien komizm i niedorzeczność, ale też piękno. Wiele cudów może być zupełnie trywialnych. „Ewangelia według Orli” miała więc początek w tym obrazie, jego komizmie, filozoficznym dyskomforcie i emocjonalnym napięciu.
Pragniemy doświadczyć cudowności w świecie?
Dokładnie tak. Życie jest dziwne, a my nie dostrzegamy cudów, które nam się przydarzają. Tymczasem dookoła dzieje się tyle dziwnych rzeczy… Tylko w ciągu ostatnich dwóch tygodni dostałem propozycję ekranizacji książki, miałem wypadek samochodowy, moja żona przygniotła sobie palec, a szkoła mojego dziecka została zamknięta. W prawdziwym życiu wydarza się naprawdę wiele dramatów, tylko nie zawsze je zauważamy. Myślę nawet, że tylko wtedy dostrzegamy cuda, jeśli mają namacalne konsekwencje. W końcu jeśli chcesz nakarmić pięć tysięcy ludzi, potrzebujesz kosza z rybą i chlebem, prawda? W każdym razie chciałem opowiedzieć o cudach w realnym świecie widzianych oczami małej dziewczynki, poniekąd zgorzkniałej i zagniewanej. Ja sam jestem zagniewanym zwierzęciem.
Przyznajesz, że dostrzegasz siebie w bohaterach „Ewangelii…”, ale dodajesz też: „ani mi to nie schlebia, ani nie zawstydza”.
(Śmiech) Orla to być może jedyna pozytywna bohaterka książki, ponieważ jest na tyle odważna, by zadawać pytania, w tym także wielkie pytania zgoła kosmicznego kalibru. Gotowa jest spytać Boga: po co mi życie wieczne? Uważam, że to wyraz odwagi, o jakiej nigdy nie słyszy się w kościele. Poza tym życie wieczne naprawdę nie jest wystarczającą odpowiedzią na dylematy czternastolatki. Lubię postać Orli. Pod wieloma względami jest podobna do mnie. Ja także przeżywałem żałobę poprzez gniew, bywam też zgorzkniały i małostkowy. Cóż, pewnie wszyscy tacy bywamy, ale tylko nastolatkowie są na tyle porywczy, aby tego nie ukrywać.

Wiem, że całymi latami rozmyślałeś nad tą powieścią. Co powstrzymywało cię przed rozpoczęciem pisania?
Nigdy wcześniej nie napisałem powieści. Okej, kłamię – w wieku dwudziestu kilku lat napisałem parę historii dla dzieci, ale nie były dobre i pozostały w szufladzie. W każdym razie wydanie powieści jest trudnym zadaniem. Podczas gdy poeci mają możliwość zamieszczania wierszy w różnych periodykach, powieściopisarz nie może testować fragmentów książki na czytelnikach – musi od razu uderzyć z wysokiego C. Moją przeszkodą był zatem brak odwagi i doświadczenia. Myślałem o sobie jako o autorze jednozadaniowym. Ponieważ utarło się, że musisz wybrać, czy chcesz być poetą, scenarzystą czy powieściopisarzem. Przejście od poezji do prozy wydawało mi się onieśmielające. Uznałem jednak, że teraz albo nigdy, ponieważ spodziewałem się akurat trzeciego dziecka i groziła mi perspektywa braku czasu.
Ostatecznie napisanie powieści okazało się zaskakująco łatwe. Rozplanowałem dokładnie fabułę, po czym pisałem jeden rozdział rano, a jeden wieczorem. Okazało się, że powieść daje mi więcej przestrzeni, co dodatkowo ułatwiało zadanie. Powieściopisarze mogą mnie za to znienawidzić, no bo jak śmiałem wchodzić na ich poletko. (śmiech) Na pocieszenie powiem im jednak, że piszę teraz trzecią powieść i idzie mi ciężko. Mogą więc odetchnąć z ulgą. (śmiech)
Może byłeś też zbyt niecierpliwy? Poezja przyzwyczaja do krótkiego formatu.
Książki poetyckie, tak jak wszystkie inne, podporządkowane są wymogom rynku. Decydującym czynnikiem jest nie prędkość ich pisania, ale czas, w jakim wydawca jest je w stanie sprzedać. Na dniach wychodzi mój nowy tomik poezji „Elsa and the Wolfman”, który na premierę czeka od trzech lat. Tymczasem poprzedni zbiór nadal nie rozszedł się w wystarczającym nakładzie. Publikacja dwóch powieści zajęła mi zatem mniej czasu niż dwóch tomików wierszy. Ale samo pisanie prozy też jest dla mnie szybszym procesem. „Ewangelia…” powstała w trzy miesiące, z czego sześć tygodni zajęło stworzenie rękopisu, a kolejne sześć – redakcja. Ukończenie wiersza zajmuje mi z kolei około dwóch tygodni, więc jedna powieść to w moim przypadku ekwiwalent sześciu wierszy. A i to nie jest pewne.
Przez lata próbowałem napisać wiersz o karmieniu piersią. Znasz niemieckie słowo na tę czynność? To stillen, które oznacza także uciszanie. Kłóciłem się kiedyś z pewnym niemieckim filozofem, kiedy tłumaczyłem wiersz Heideggera. Twierdziłem, że autor pisał o karmieniu piersią, tamten przekonywał, że chodziło mu o ciszę. Uznał, że jestem zboczeńcem myślącym tylko o cyckach, a cisza jest bardziej pierwotnym słowem. „O co ci chodzi?” – odparłem. „Karmienie piersią jest starsze, niż sam język!”
Inna rzecz, że w poezji nie jestem w stanie zawrzeć wszystkich pomysłów, które przyczyniły się do powstania moich powieści. Długo chciałem napisać coś o dziwnej postaci demonicznego Chrystusa, ale nie wychodziło mi to. O wiele lepiej pasowała ona do formatu powieści.
No właśnie, domniemany Chrystus z „Ewangelii…”. Podszedłeś do tworzenia jego postaci z podobną empatią i czułością, co do Orli?
Bardzo dobre pytanie! Chrystusa można odczytywać na kilka sposobów. Po pierwsze może być dosłownie synem Boga. Opcja druga: jest po prostu niezwykle uprzejmym człowiekiem. I nim poniekąd był Jezus, jakiego znamy z Biblii. Trzecia możliwość jest taka, że Chrystus jest uchodźcą. Bo gdyby Jezus pojawił się w dzisiejszej, postbrexitowej Brytanii, to byłby właśnie uchodźcą. Są też inne ewentualności, na przykład wampir albo osoba doświadczająca epizodu psychotycznego, niemniej książkowy Chrystus jest dla mnie postacią, przy pomocy której mogę zadawać filozoficzne pytania na temat śmierci. Osobiście patrzę na niego jak na czystą łagodność.
Niektórzy krytycy zarzucali mi, że nie jest wszechmocny, co zapewne wynika z przekonania, że w każdych warunkach Jezus miałby posłuch u ludzi. W jednej ze scen w książce Chrystus usiłuje nauczać i zostaje zignorowany. Czy jest to jego niepowodzenie? Nie wiem, ale chciałem, aby był omylny i niedoskonały. Nie chciałem za to, aby po prostu zniknął na koniec książki. Skądinąd fascynuje mnie fetyszyzm śmierci obecny w chrześcijaństwie, który jest zarazem piękny i niepokojący. Próbowałem skonfrontować go z radykalną życzliwością mojego Chrystusa.

Twoje doświadczenia z poezją wpływają zapewne na język, jakiego używasz w prozie?
Na pewno tak. Od wielu osób usłyszałem, że język „Ewangelii…” jest brzydki. I bardzo mnie to cieszy, bo brzydkim językiem najlepiej operują poeci. Mój celowo bywa ostry, fizyczny, dość nieprzyjemny… Jednocześnie są w tej powieści momenty piękna, niemniej jest to piękno brudne, zdziczałe i miejskie.
Nie wiem czy się ze mną zgodzisz, ale „Ewangelia…” to także książka o oporze, który nawet jeśli jest daremny, to także bardzo ludzki.
Masz rację, Orla jest czystym oporem. Jest sama, nie ma w nikim oparcia, nikt nie odpowiada na jej potrzeby. Jednocześnie jednak, jak przystało na porządną nastolatkę, nie zadawala się łatwymi odpowiedziami. Uwielbiam tę postać! Wzorowałem ją na swojej córce. Tak się składa, że mam w domu dwie nastoletnie dziewczyny i jedną sześciolatkę. One także nie akceptują łatwych odpowiedzi… i o to chodzi! Jedyną nadzieją dla świata są młodzi ludzie, którzy nie przyjmują bezkrytycznie wszystkiego, co mówi im pokolenie ich rodziców.
Twoja druga powieść, nieopublikowana jeszcze w Polsce „Field Notes From an Extinction”, wydaje się diametralnie inna od „Ewangelii…”. To historia o XIX-wiecznym ornitologu badającym ptaki na odległej irlandzkiej wyspie w trakcie wielkiej klęski głodu. Czy można ją uznać za swoistą odwrotność pierwszej książki, czy była to dla ciebie wyprawa w zupełnie inne rejony?
Podszedłem do „Field Notes…” ponownie z pozycji poety. Tak jak z tym nieumarłym kotem, tak i tym razem zalążkiem była wizja. Wizja ptaków, które w surowym klimacie wychowują z uczuciem swoje dzieci. Wychodzę z założenia, że literatura, jak i każda inna forma sztuki, porusza odbiorcę, o ile nawiedzi go w jego kuchni. Co przez to rozumiem? Emocjonalna prawda najmocniej oddziałuje w domowej przestrzeni. Jedyny obszar, w jakim naprawdę mogę to zrobić, jest ojcostwo. Większość mojego życia upływa na wychowaniu dzieci. Może wydawać się to nudne lub sentymentalne, ale sądzę, że dobrze rozumiem relację ojca z córką. I właśnie dotykając tego doświadczenia, czuję się na siłach, by przekazać pewne pierwotne prawdy. Miałem pewne obawy przed pisaniem powieści historycznej, ale okazało się to całkiem ciekawym wyzwaniem. Jestem mocno związany z uniwersytetem, więc prywatne badania i bycie zagrzebanym w książkach nie są mi straszne. Poza tym „Field Notes…” ma też w sobie chyba więcej realizmu magicznego niż „Ewangelia…”, nawet jeśli jest on bardziej ukryty. Moja żona stwierdziła jednak, że piszę wciąż tę samą książkę. „Dlaczego zawsze musisz pozbyć się matki?” – spytała. Tak też moja trzecia powieść, zamiast zerwać z tą tendencją, opisuje świat, w którym wszystkie matki odchodzą.
Wspomniałeś o planowanej ekranizacji „Ewangelli…”. Przyznam ci się, że w recenzji powieści napisałem, że wyobrażam sobie ewentualną kinową adaptację jako coś w stylu „Terry Gilliam odkrywa Tik Toka”.
Wspaniale! (śmiech) No cóż, mam nadzieję, że film dojdzie do skutku. Jego ekranizacji podjęło się nowe studio, które stara się teraz pozyskać producenta, co jest kluczowe dla zdobycia funduszy. Pewne rzeczy mają ulec zmianom w stosunku do tekstu, m.in. znikną elementy gotycko-wampiryczne, ale nie mam z tym problemów. Podobno rozważanych jest trzech różnych reżyserów. Terry Gilliam byłby idealny, ale raczej pozostaje poza ich zasięgiem. A na pewno przywróciłby do historii wampiryzm!
Rozmawiał: Sebastian Rerak
TweetKategoria: wywiady














