Jedną kreskę można wykorzystać na wiele sposobów – rozmowa z Łukaszem Wojciechowskim, laureatem 19. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy za komiks „Dum-dum”

Rok 1930. Młody mężczyzna – weteran I wojny światowej – przybywa do Berlina, gdzie zostaje kreślarzem. Pochłaniający go pęd życia i nowoczesności nieuchronnie zmierza ku wielkiemu kataklizmowi, a my śledzimy tę historię zrekonstruowaną w bardzo niekonwencjonalnej formie. Taki z grubsza jest „Dum-dum” (wyd. Kultura Gniewu), na wskroś oryginalny komiks Łukasza Wojciechowskiego, laureata tegorocznej edycji Nagrody Literackiej m. st. Warszawy. Oto nasza rozmowa z autorem.
Sebastian Rerak: „Dum-dum” miało swój początek w dwóch zdjęciach z rodzinnego archiwum?
Łukasz Wojciechowski: Tak, choć skłamałbym, że powstawanie komiksu jest u mnie procesem liniowym. Tu musiało nałożyć się wiele czynników. Faktem jest, że znalazłem dwa upozowane zdjęcia – jedno przedstawia mojego pradziadka Kazimierza w polskim mundurze, drugie z kolei wykonano na grobie jego brata Stanisława, który zginął, służąc w pruskiej armii. Zacząłem wyobrażać sobie pewną historię – dopowiadać co mogło wydarzyć się wcześniej i później. Może zresztą poddam w ten sposób czytelnikom inspirację, aby sami pogrzebali w starych fotografiach. Jeśli jednak chodzi o koncepcję „Dum-dum”, to złożyło się na nią kilka czynników związanych z moimi zainteresowaniami. Jako architekta zawsze fascynował mnie ekspresjonizm, a szczególnie twórczość Hansa Poelziga. Poelzig był ciekawą postacią, związaną zarówno z Berlinem, jak i z Wrocławiem, w którym stoją trzy sławne realizacje. Przez pewien czas nosiłem się z pomysłem stworzenia jego komiksowej biografii, ale nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. W każdym razie ta ekspresjonistyczna architektura wciąż we mnie rezonowała, podobnie jak ogólnie sztuka, literatura i film z tamtej epoki.
Musiałem chyba odczekać aż kilka tych warstw zainteresowań nałoży się na siebie, aby ten komiks mógł powstać. Od czasu, gdy zacząłem pisać o architekturze, przekonałem się, jak wiele informacji można odkryć samemu, i to stało się moją metodą. Po prostu odkrywanie napędza pracę. Nie umiem działać systematycznie, ale umiem robić projekty i wiem, od czego zacząć. (śmiech)

Komiks jest poniekąd alternatywną biografią Stanisława. Jej wymyślenie nie było dla ciebie wyrazem niezgody na to, że zginął w młodym wieku i nie zdążył doświadczyć więcej świata, który akurat tak dynamicznie się zmieniał?
Chyba tak. Myślę, że użyłeś dobrego słowa: „niezgoda”. Tym bardziej, że mój ostatni komiks „Loin de Paris” poświęcony jest mojej babci, która popełniła samobójstwo w 1965 roku. On także wyniknął właśnie z pewnej niezgody na to, że nie zdążyłem jej poznać, choć bardzo chciałbym. Faktycznie zależało mi na tym, aby bohater „Dum-dum” coś przeżył, tym bardziej, że historia mojej rodziny jest bardzo… normalna. Dość powiedzieć, że kiedy przeprowadziłem się 150 kilometrów od rodzinnego domu, to wydawało mi się to jakimś niewyobrażalnym skokiem. (śmiech) Szukałem więc pewnej sensacji czy fantazji w życiu młodego człowieka, skądinąd cierpiącego z powodu powojennej traumy. Czasami mówię, że nie piszę o tym, co wiem, ale o tym, co chcę odkryć.
Wśród internetowych opinii na temat „Dum-dum” często pojawia się uwaga, że jego forma może być trudna do zaakceptowania dla fanów komiksu. Sądzisz, że to uzasadniona wątpliwość? Środowisko komiksowe miewa problem z tym, co robisz?
Kiedyś chciałem sprezentować „Dum-dum” swojemu kuzynowi, na co on podziękował, mówiąc, że mu się nie podoba. (śmiech) Jestem pogodzony z tym, że nie każdemu może odpowiadać graficznie. Sam jestem fanem komiksu realistycznego, nawet nadrabiam aktualnie „XIII” według scenariusza Van Hamme’a, ale dla mnie forma nie do końca jest kwestią wyboru. To nie było tak, że usiadłem pod drzewem i wykoncypowałem sobie, że będę rysował w AutoCAD-zie, żeby być oryginalnym. Rysunek w architekturze ma swoje specjalne miejsce, szczególnie na etapie koncepcji, kiedy korzysta się ze zróżnicowanego, nieograniczonego normami języka graficznego. Czasem rysuje się ludzi, sceny na elewacjach czy w perspektywach, czasem tworzy się także scenariusze pewnego wydarzenia. Kiedy szkicowałem sobie coś na boku lub układałem na szybko diagramy w AutoCAD-zie, tak naturalnie z przerzucania okien w trakcie pracy przeszło to u mnie w rysowanie komiksów.
Kiedyś przeczytałem, że moje rysunki są mechaniczne i nie zastąpią rysunku odręcznego. Całe szczęście, że nie zastąpią! (śmiech) Bardzo podziwiam ludzi tworzących odręcznie, bo to ogromna praca i wymagające rzemiosło. Ja po prostu nie mam na to cierpliwości, poza tym zawsze w zakłopotanie wprawiała mnie myśl, że rysunek realistyczny jest zbędny, skoro można zrobić zdjęcie. Wiadomo, można rysować nierealistycznie, na przykład jak Mike Mignola. Ja jednak zawsze starałem się połączyć swoje możliwości z opowiadaniem historii, i chyba widać to dobrze w „Dum-dum”. Linia, którą stosuję, jest linią CAD-owską, ale może być zarówno ramką, postacią, obiektem lub tekstem. Chciałem postawić znak równości między nimi wszystkimi, ponieważ są dla mnie równorzędne. Starałem się także, razem z Jarkiem Składankiem z Kultury Gniewu, odpowiednio dobrać krój pisma, aby miał mniej więcej tę samą grubość, co kreska.

Łukasz Wojciechowski z Nagrodą Literacką m.st. Warszawy za komiks „Dum-dum” (fot. Marcin Kłusak)
Akcja „Dum-dum” rozgrywa się w czasach podszytych katastrofizmem, a sam bohater cierpi z powodu zespołu stresu pourazowego, przez co towarzyszy mu ciągłe napięcie. Mam wrażenie, że ilustracje – z pozoru niewinne i niegroźne – mogą równie dobrze potęgować to napięcie, jak i usypiać czujność.
Ta dwoistość daje o sobie znać w sytuacjach, gdy dla jednych czytelników ilustracje nie są dość sugestywne, a dla innych wystarczają w zupełności, by sobie coś wyobrazić. Dla mnie tymczasem stanowią także pewne niedopowiedzenie i pozostawienie możliwości interpretacji. Język komiksu celowo jest oszczędny. Moim ulubionym rysownikiem jest Saul Steinberg, z którym zetknąłem się jeszcze jako dziecko za sprawą „Przekroju”, a dziś mam na półce antologię jego prac „All in Line” i inne książki. Jego język prostej kreski zawsze mnie fascynował.
Kiedy prowadzę zajęcia ze studentami pierwszego roku architektury, daję im czasem zadanie stworzenia projektu za pomocą najmniejszej liczby kresek. Ile trzeba narysować, aby wystarczało – taki rygor jest moim zdaniem bardzo inspirujący. Bo jedna kreska może być wykorzystana na wiele sposobów, jeśli stanie się kropkowana albo postawimy ją pionowo. Lubię podrzucać czytelnikowi takie sugestie.
No właśnie, zajmujesz się architekturą jako teoretyk i praktyk. A gdzie w twojej aktywności plasuje się komiks? Jest częścią większego portfolio czy formą odskoczni?
Jest formą odskoczni, ale bardzo istotną. Sam zachęcam innych do szukania czegoś, co da im pewien komfort psychiczny. Ja doświadczam sporo stresu, ale komiks przynosi mi poczucie bezpieczeństwa. Jest to jakiś mój mały świat, do którego uciekam. Ciągle przerzucam myśli na historię, dobudowuję dialogi itd. Beckett stwierdził kiedyś, że rozmowa jest najistotniejszą formą przeżywania. Komiks pozwala mi wyskoczyć poza bańkę, w której skądinąd w miarę dobrze się czuję. To daje mi odskocznię, równowagę, a także niesamowity świat do odkrycia.
Jak przyjąłeś uhonorowanie „Dum-dum” Nagrodą Literacką m. st. Warszawy?
Nadal w nią nie wierzę. (śmiech) Wiem, że ktoś jest gotów odebrać to jako kokieterię, ale dla mnie spełnieniem marzeń było już narysowanie komiksu. Fakt, że Kultura Gniewu postanowiła go wydać, był już przekroczeniem spektrum moich oczekiwań, a nagroda literacka dała mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. Nawet w architekturze nie czuję pewności siebie, dopiero sygnał zwrotny przekonuje mnie, że robię coś dobrze. I podobnie jest z tą nagrodą. Nawet teraz spoglądam na swój komputer, na którym tworzę nowy komiks. Próbuję przekraczać kolejne granice, nie powtarzać schematów z „Dum-dum”. A nagroda literacka dała mi poczucie, że cały ten wysiłek nie jest stratą czasu. (śmiech)
Możesz zdradzić coś na temat powstającego właśnie komiksu?
Tak, to moja adaptacja powieści „Fabryka absolutu” Karela Čapka. Pierwszy raz przeczytałem ją ponad dwadzieścia lat temu i zafascynowało mnie w niej połączenie grozy, czeskiego humoru i naukowości. Idealnie pasuje moim zdaniem do czasów ekspansji sztucznej inteligencji. Swoją drogą ostatnio musiałem po raz pierwszy skorzystać z ChatGPT, ale tylko po to, by napisać e-mail z prośbą o wsparcie finansowe dla naszego wydziału. (śmiech) W każdym razie za sprawą nowego komiksu mierzę się z literaturą, którą można świetnie zilustrować w AutoCAD-zie, bo ten pozwala na multiplikowanie form, co jest bardzo zgodne z treścią książki. Nie wiem, czy ten komiks wyjdzie, to się okaże, ale nawet jeśli nie, to najważniejsza jest dla mnie sama praca. Czasem bywa męcząca, bo to jest jednak sporo siedzenia przy komputerze, ale samo rozkminianie, wchodzenie w różne wątki i obserwowanie, co z tego wszystkiego wychodzi, jest niezmiennie fascynujące!
Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: Marcin Kłusak
Materiał powstał we współpracy z Biurem Kultury m.st. Warszawy.
Kategoria: wywiady














