banner ad

Historie na wskroś angielskie – wywiad z Jeffreyem Archerem

29 listopada 2021

Polityk, lord, a przede wszystkim niezwykle płodny i poczytny pisarz, którego książki od 45 lat wiodą spokojny żywot na światowych listach bestsellerów. Od pewnego czasu Jeffrey Archer poświęca swoją uwagę kolejnym powieściom z cyklu o detektywie Williamie Warwicku – w Polsce nakładem Domu Wydawniczego Rebis ukazały się już dwie jej odsłony, w Wielkiej Brytanii premierę miała niedawno część czwarta. Poniższa rozmowa dotyczyła jednak nie tylko tego cyklu.

Sebastian Rerak: Łączą pana z Polską chyba dość szczególne relacje?

Jeffrey Archer: Bardzo szczególne. Kiedy blisko 45 lat temu pisałem powieść „Kane i Abel”, postanowiłem, że Abel, jeden z tytułowych bohaterów, będzie Polakiem. Jako kraj jego pochodzenia rozważałem Polskę, Węgry i Czechosłowację. Stanęło na Polsce i to był początek moich relacji z tym krajem.

A czy docierają już do pana jakieś reakcje od polskich czytelników na książki o Williamie Warwicku?

Tak, codziennie otrzymuję odzew z całego świata, w tym także z Polski. Jest to dla mnie tym bardziej zaskakujące, że te książki są na wskroś brytyjskie. Czytelnik śledzi Warwicka, gdy ten zaciąga się do Metropolitalnej Służby Policyjnej i stopniowo awansuje w jej strukturze. Bardzo angielska historia, więc z satysfakcją dowiaduje się, że zdołała zafascynować wielu ludzi spoza Anglii.

Z każdą kolejną powieścią Warwick rozwija się jako policjant, ale też i jako człowiek. Czy ten proces jest zaplanowany i w pewien sposób rządzi pan jego przeznaczeniem…

Poniekąd tak. (śmiech)

…czy też może czuje się pan bardziej jak rodzic obserwujący rozwój dziecka? Być może ewolucja Warwicka zaskakuje niekiedy pana samego?

Do pewnego stopnia jedno i drugie jest prawdziwe. Z góry zaplanowałem, że Warwick będzie awansował – od konstabla, poprzez sierżanta, inspektora, aż po nadinspektora, którym jest w najnowszej książce „Over My Dead Body”. Potem prawdopodobnie zostanie superintendentem, komendantem, a wreszcie i komisarzem Scotland Yardu. Fabuła kolejnych powieści rozwija się jednak odrębnie, w miarę jak piszę. Książki mają zupełnie różne tematy, bo „Nic bez ryzyka” opowiada o kradzieży dzieł sztuki (konkretnie obrazu Rembrandta), „Ukryte na widoku” – o narkotykach, „Turn a Blind Eye” – o korupcji wewnątrz policji, a „Over My Dead Body” – o morderstwie. Dlatego też każda książka jest oddzielną historią, można sięgnąć po ostatnią, nie znając wcale wcześniejszych.

Jak to się stało, że William Warwick doczekał się własnego cyklu?

Czytelnicy tego chcieli! Warwick pojawił się wcześniej w Kronikach rodziny Cliftonów. Głównym bohaterem serii jest powieściopisarz Harry Clifton, ale na dalszym planie przewija się także William. Dostawałem listy z całego świata z pytaniami na jego temat, ludzie chcieli dowiedzieć się czegoś więcej. Wtedy też zaświtała mi w głowie myśl, że mógłbym tę postać rozwinąć i poświęcić jej odrębną powieść.

Powieść kryminalna jest dzisiaj bodaj najpopularniejszym gatunkiem prozy. Czy nadal jest w nim dość miejsca na nowatorstwo?

Mam nadzieję, że tak, i staram się wnieść coś nowego. Dlatego też zawsze podkreślam, że nie piszę powieści detektywistycznych, lecz powieści o detektywie. Poza tym, że śledzimy karierę Warwicka, jego awanse na kolejne rangi i śledztwa w sprawie różnych przestępstw, bardzo ważne są również np. jego relacje rodzinne. W centrum uwagi cyklu jest Warwick oraz jego rodzina.

Skąd w ogóle u pana to zamiłowanie do cyklów?

Podoba mi się taki swoisty maraton. W pewnym sensie ułatwia mi to zadanie, bo już na wstępie mam tę samą obsadę – bohaterów, których znam i którzy stali się już częścią mojego własnego życia. Tak jest też z bieżącą serią. Jest William, jego żona Beth, są detektywi: Ross, Paul, Rebecca, Jackie, jest ich przełożony itd. Całe grono ludzi już tam jest, zanim jeszcze chwycę za pióro. Oczywiście nadal muszę wymyślić nową intrygę, ale przynajmniej znam już bohaterów. I znają ich także czytelnicy.

Tworzenie serii ułatwia chyba systematyczność? Wiem, że ma pan swój własny rytuał pracy w dwugodzinnych interwałach…

I przestrzegam go bardzo rygorystycznie. Właściwie nie jestem już chyba w stanie pracować inaczej. Budzę się o 5:30, o 6:00 zaczynam pracę i piszę do 8:00. Potem robię dwugodzinną przerwę i znów piszę do 12:00. I tak dalej – między 14:00 a 16:00, między 18:00 a 20:00, po czym idę spać o 21:30 lub 22:00. A następnego dnia schemat się powtarza. Po około czterdziestu dniach, a więc nieco ponad trzystu godzinach pisania mam gotową pierwszą wersję książki.

Padło już pytanie o Polskę, gdzie wielką popularnością cieszyły się „Kane i Abel” oraz pana debiut „Co do grosza”. Dlaczego po latach postanowił pan wydać obie te książki w zmienionej formie?

Ich sukces bardzo mnie zaskoczył, bo trzeba wspomnieć, że sprzedały się w wielomilionowych nakładach. Jako dojrzały pisarz wróciłem do nich, aby przekonać się jak odbieram swoją wczesną twórczość po dwudziestu latach. Nie chciałem zmieniać niczego w fabule, niemniej przekonałem się, że w ciągu tych dwóch dekad stałem się po prostu lepszym rzemieślnikiem. W „Co do grosza” zaprowadziłem jakieś kosmetyczne zmiany, za to „Kane i Abel” stracił na objętości blisko osiem tysięcy słów. Myślę, że dzięki temu książka stała się bardziej zwięzła i lepiej skomponowana.

Nie ma w tym jednak aby pewnego oszustwa? Retuszowania zdjęć z przeszłości?

Poniekąd tak, ale niczego nie żałuję. „Kane i Abel” doczekał się niedawno 134. wydania. Wszystko wskazuje na to, że ta książka jeszcze wiele lat pozostanie w obiegu. Chciałbym więc, aby była jak najlepsza od strony formalnej.

Niektórych autorów łączą wyjątkowe relacje także z tłumaczami. Pan upamiętnił polską tłumaczkę w powieści „Tajemnica autoportretu”.

Tak, jedna z bohaterek nosi jej nazwisko – Danuta Sękalska. Danuta była pierwszą osobą, która przetłumaczyła mój debiut na obcy język. Przyjaźnię się z nią od ponad czterdziestu lat. To, że odniosłem w Polsce jakikolwiek sukces, jest w dużej mierze zasługą jej zaangażowania i entuzjazmu. Uwierzyła w „Co do grosza” jako pierwsza osoba spoza Anglii. I będę jej za to wdzięczny aż do końca życia.

Równolegle z pisarstwem zajmował się pan także polityką. Chyba niewiele łączy te dwie – nazwijmy to – profesje?

Zdecydowanie niewiele. Świat polityki wymusza na człowieku otwartość, świat pisarstwa jest z gruntu introwertyczny. Jedynym łącznikiem pomiędzy oboma jest moja wiedza. Dzięki zamiłowaniu do polityki mam rozeznanie w sytuacji na świecie, które przenoszę następnie na papier. I robię to w taki sposób, by czytelnik miał pewne pojęcie o tym, jak to jest być politykiem.

A zdarzyło się kiedykolwiek, że pana polityczne koneksje alienowały część czytelników?

Chyba nie. Swego czasu napisałem powieść „Pierwszy między równymi” opowiadającą o rywalizacji czterech mężczyzn ubiegających się o urząd premiera. Ten, któremu ostatecznie się to udaje, jest członkiem Partii Pracy, podczas gdy ja całe dorosłe życie należę do Partii Konserwatywnej. Ludzie postrzegają mnie jako polityka środka, który nie ma skrajnych poglądów w żadnej kwestii.

Wprawdzie ciężko cokolwiek planować w obecnym świecie, ale czy jest szansa, że ponownie pojawi się pan w Polsce?

Mam wielką nadzieję, że tak. Zawsze świetnie spędzałem czas podczas każdego pobytu w Polsce. Zanim zacznę wyprawiać się w dalekie zagraniczne podróże, chcę mieć jednak pewność, że Covid nie stanowi już żadnej przeszkody. Niemniej tak, na pewno chcę znów zawitać do Polski!

Rozmawiał: Sebastian Rerak

Tematy: , , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady