Fanem horroru pozostanę na zawsze – wywiad z Richardem Chizmarem, współautorem ze Stephenem Kingiem trylogii o Gwendy

21 kwietnia 2022

Mówią, że pasja może być sposobem na życie. Powiadają też, że marzenia się spełniają. Wątpiących w te pozornie wyświechtane prawdy powinna przekonać kariera Richarda Chizmara. Wieloletni admirator horroru, redaktor i wydawca magazynu „Cemetery Dance” jest dziś jednym z bardziej poczytnych twórców literatury grozy, a na swojej liście planów do realizacji może z dumą odfajkować ten najambitniejszy – współpracę z mistrzem Stephenem Kingiem. Niebawem w Polsce będzie mieć miejsce premiera ostatniego wspólnego dzieła obu autorów, „Ostatniej misji Gwendy”, zwieńczenia trzyczęściowego cyklu o strażniczce pewnego tajemniczego pudełka. Oto rozmowa, której Richard Chizmar udzielił Booklips.pl.

Sebastian Rerak: „Ostatnia misja Gwendy” ukaże się w Polsce 18 maja. Pewnie wyrażę tu opinię wielu czytelników, którzy zdążyli polubić poprzednie dwie części cyklu, kiedy powiem, że oczekuję jej jak wizyty dobrego znajomego.

Richard Chizmar: O tak, zarówno ja, jak i Stephen otrzymaliśmy mnóstwo wiadomości od ludzi cieszących się z kolejnego spotkania z Gwendy. Niektórzy pytają nas, jak doszło do tego, że jej historia rozrosła się do rozmiarów trylogii, a odpowiedź jest bardzo prosta: po prostu zakochaliśmy się w niej! Podoba nam się postać Gwendy i chcieliśmy spędzić więcej czasu w jej towarzystwie. Kiedy bowiem powstawało „Pudełko z guzikami Gwendy”, nie myśleliśmy jeszcze o kontynuacji, a co dopiero dwóch. Po prostu po napisaniu książki spojrzeliśmy na siebie nawzajem i zapytaliśmy: „to co teraz?”. Potem, podczas promocji, ciągle ktoś pytał, czy pojawi się sequel, a ja i Stephen odpowiadaliśmy, że niczego nie wykluczamy. Musiało jednak minąć sporo czasu, zanim wpadłem na pomysł kolejnej powieści. I nie był to nawet efekt jakichś intensywnych namysłów – po prostu pewnego dnia obudziłem się z myślą: „łał, chyba wiem, co teraz zrobi Gwendy”. (śmiech) Wysłałem Stephenowi e-mail, w którym streściłem swój pomysł w dwóch-trzech zdaniach, na co odpisał, że muszę napisać tę książkę sam, bo on jest zbyt zajęty cyklem o Holly Gibney. Dlatego też „Magiczne piórko Gwendy” sygnowane jest wyłącznie moim nazwiskiem. Z kolei z „Ostatnią misją Gwendy” było tak, że Stephen napisał do mnie w pewien niedzielny wieczór i zdradził, że chce wysłać Gwendy na stację kosmiczną. Fakt, że stworzyliśmy trylogię, nie byłby możliwy, gdyby pierwsza z książek nie miała otwartego zakończenia. Możemy więc mówić o szczęśliwym zrządzeniu losu.

Gwendy leci w kosmos, można więc powiedzieć, że nawet niebo nie jest limitem dla jej aspiracji. Co sprawia, że jest tak ambitna?

Jej ambicje wypływają z dobrego serca. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to typowy powód, dla którego ktoś angażuje się w politykę. (śmiech) Jeśli cofniemy się do pierwszej książki, do czasów, kiedy Gwendy jest nastolatką z Castle Rock, to musimy pamiętać, że Richard Farris nieprzypadkowo powierzył jej tajemnicze drewniane pudełko. Zrobił to właśnie ze względu na to, że kieruje się ona czystymi intencjami. Objawia je także w „Magicznym piórku…”, w którym toczy wielką wewnętrzną walkę i zmaga się z dylematem, czy jej życiowe sukcesy są efektem ciężkiej pracy czy mocy pudełka. Ambicje Gwendy wynikają z chęci pomagania innym, lecz jednocześnie jest bardzo ludzka, więc także popełnia błędy.

Pytam również dlatego, że historia Gwendy jest w pewnym sensie nowym odczytaniem bardzo archetypowego motywu człowieka, którego życzenia zostają spełnione w zamian za jakieś tajemnicze zobowiązanie. Zazwyczaj taki bohater ulega zepsuciu. Gwendy jednak nie.

Tak, i w każdej z książek staraliśmy się zbadać przyczyny, dla których opiera się złym pokusom. W „Ostatniej misji…” czytelnik zaś odkryje, co stało się z poprzednimi strażnikami pudełka. Naturalna ludzka ciekawość każe tego dociekać, a odpowiedź niestety jest dość tragiczna. Gwendy ma w sobie jednak coś wyjątkowego i dlatego Richard Farris odwiedza ją co jakiś czas. Jak już wspomniałem, jest też ludzka i omylna. W „Pudełku z guzikami…” bierze na siebie odpowiedzialność za masakrę w Jonestown. Był to efekt jej pomyłki, ale jednak tragicznej w skutkach pomyłki. Pomimo niedoskonałości Gwendy stara się zachować dobre intencje w tym pokręconym świecie. I zazwyczaj jej się to udaje.

Czy trudno było wcielić się w kobietę na trzech różnych etapach jej życia, biorąc pod uwagę, że nadal jest to ta sama osoba, tyle że wciąż dorastająca i kształtowana przez doświadczenia?

Pamiętam, że ktoś zadał podobne pytanie po premierze „Pudełka z guzikami…” – czy trudno było wcielić się w dziewczynę w wieku licealnym i studenckim? Stephen odpowiedział, że było nam o tyle łatwiej, że w ramach naszej współpracy musieliśmy połączyć dwa głosy w jeden. Myślę, że udało nam się to ze świetnym rezultatem. Wierz lub nie, ale są w książkach fragmenty, co do których nie pamiętamy już, który z nas je napisał. Z połączenia naszych dwóch głosów wyłonił się ten trzeci – młodej kobiety, a więc osoby nam odległej. Potem w „Magicznym piórku…”, kiedy poznajemy rodzinę Gwendy, celowo starałem się nie wprowadzać żadnych drastycznych zwrotów akcji ani cliffhangerów. To programowo spokojniejsza książka, pozwalająca bohaterce powrócić w rodzinne strony i dowiedzieć się czegoś więcej o sobie. Ktoś może zarzucić, że przez to jest nudniejsza i mniej ekscytująca, a jednak wielu czytelników powiedziało mi, że właśnie wtedy zachwycili się postacią Gwendy. W „Magicznym piórku…” ma już trzydzieści kilka lat, jest zaangażowana w związek, a przede wszystkim dostaje się do Kongresu, co powoduje wielkie zmiany w jej życiu. Przedstawienie jej rodziny i pewne poszerzenie osobowości pozwala też poznać ją lepiej.

Pytanie z innej beczki: pamięta pan jak brzmiał blurb napisany przez Stephena Kinga dla wydawanego przez pana magazynu „Cemetery Dance”?

„’Cemetery Dance’ jest wśród najlepszych – czytam go zawsze, ilekroć wychodzi”. Jestem pewien, że tak to brzmiało. (śmiech) Stephen napisał tego blurba, na długo zanim nawiązaliśmy regularną korespondencję. A ponieważ magazyn ukazuje się od roku 1988, to musiało to być dwa lata później, jakoś po wydaniu czterech czy pięciu numerów. Pamiętam, jak otworzyłem list od Shirley Sonderegger, ówczesnej asystentki Kinga, i odkryłem w nim to zdanie. Byłem w siódmym niebie! A mniej więcej rok później Stephen przysłał mi „Gryziszczękę”, premierowe opowiadanie do publikacji w „Cemetery Dance” (zamieszczone następnie także w zbiorze „Marzenia i koszmary” – przyp. red.). Tak wyglądały nasze pierwsze kontakty. Ja osobiście od początku wysyłałem mu każdy numer magazynu do Maine. Powiem szczerze: To jemu zawdzięczam zamiłowanie do horroru i dark fantasy. Zawsze marzyłem o współpracy ze Steve’em. I to marzenie się spełniło.

„Cemetery Dance” to notabene najdłużej działający niezależny magazyn poświęcony horrorowi w USA. 34 lata – to robi wrażenie.

Z przykrością przyznaję jednak, że od pewnego czasu nie wkładam dość wysiłku w utrzymanie regularnego cyklu wydawniczego. Jednym z powodów była pandemia, która doprowadziła do spowolnienia pracy drukarni, ale przede wszystkim to ja skupiłem się na swoich autorskich projektach. Nadal mamy jednak spore grono czytelników i subskrybentów, więc plan na rok 2022 jest taki, by „Cemetery Dance” znów ukazywało się regularnie. Magazyn nigdy nie był dla mnie komercyjnym przedsięwzięciem, lecz efektem pasji. Bywały chwile, w których rozważałem jego zamknięcie. Zapewne byłaby to rozsądna decyzja z finansowego punktu widzenia, ale „Cemetery Dance” zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Wolałem więc czasowo zawiesić jego wydawanie, zamiast wyprawiać mu pogrzeb.

A był taki moment w pana karierze, w którym zdał sobie pan sprawę z tego, że poza fanem horroru jest także jego twórcą?

Tak, kiedy wracałem samochodem z urzędu pocztowego, a na tylnym siedzeniu leżały listy z redakcji czasopism, które przyjęły moje opowiadania do druku. Wtedy po raz pierwszy myślałem: „jestem pisarzem”, nawet jeśli czytało mnie może z pięćdziesiąt osób. (śmiech) Fanem horroru pozostanę zaś na zawsze. Wciąż zaglądam na Constant Readers (serwis poświęcony twórczości Stephena Kinga i horrorowi w ogóle – przyp. red.), śledzę grupy facebookowe… Chociaż dostaję tony publikacji do recenzji, to nadal zostawiam aż za dużo pieniędzy w księgarniach, a ponadto płacę za pay-per-view, żeby oglądać – jak mawia mój syn – wyjątkowo złe filmy. No i przeszukuję eBaya w poszukiwaniu czasopism i książek z lat 80. i 90. Pod tym względem jestem szalenie nostalgiczny. A zatem odpowiadając na pytanie w jednym zdaniu: profesjonalnym pisarzem czuję się od dawna, a w sercu pozostanę fanem aż do śmierci. Zajmuję się horrorem od prawie 35 lat, a wciąż każdego dnia budzę się z ekscytacją na myśl o tym, co robię.

Czy horror może być jeszcze oryginalny i nowatorski?

Myślę, że tak. Może jestem staroświecki, ale dla mnie historia jest wszystkim. Jeśli masz umiejętność dobrego opowiadania, to możesz własnym, osobistym głosem opowiedzieć starą historię w nowym wydaniu i będzie to wystarczająco oryginalne. Ja nigdy nie staram się tworzyć jakichś nowych jakości, ale co ciekawe, wielu recenzentów stwierdziło, że stworzyłem odrębny gatunek za sprawą ostatniej mojej powieści, „Chasing the Boogeyman”. Mogę to jedynie skwitować śmiechem, bo nie miałem takich ambicji, a jedynie napisałem fikcyjną opowieść w konwencji true crime. Niemniej uważam, że w horrorze jest nadal dość miejsca na bardzo nowatorskie rzeczy. W tym miejscu mogę polecić np. książkę „The Last House on Needless Street” Catriony Ward, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie.

Jest pan wydawcą, redaktorem, autorem prozy i scenariuszy, producentem filmów… Jak łączenie tych obowiązków wygląda z czysto praktycznego punktu widzenia? Poświęca się pan jednemu zadaniu czy musi zdać się na swoisty multitasking?

O ile nie wisi mi nad głową rychły deadline jakiegoś projektu, to praktycznie zawsze stawiam na wielozadaniowość. Ostatnio koncentruję się na pisaniu opowiadań i powieści oraz kierowaniu wydawnictwem, ale w czasach, gdy dużo pracowałem przy filmach, musiałem nieraz przyjąć do wiadomości, że przez trzy tygodnie będę zajmował się wyłącznie jedną rzeczą. Harowałem po osiemnaście godzin na dobę i na nic innego nie było już zwyczajnie czasu. Na co dzień układam jednak taki harmonogram zajęć, by uwzględnić różne czynności. Piszę całkiem szybko, więc pewnie mógłbym popełnić ze trzy powieści rocznie, tyle że nie widywałbym żony i dzieci i nie wiedział, co się dzieje na świecie. Wolę mieć możliwość oderwania się czasem od biurka.

A nad czym pan teraz pracuje?

Piszę sequel do „Chasing the Boogeyman”. Podpisałem umowę z wydawnictwem Simon & Schuster na dwie książki – pierwsza to właśnie ów sequel, a drugą będzie powieść w konwencji suburban thriller nieco w stylu Harlana Cobena. Potem zaś… cokolwiek pojawi się na horyzoncie. Od dawna zapowiadam napisanie powieści o nawiedzonym domu. Może tutaj będę mógł stworzyć coś naprawdę nowatorskiego. (śmiech)

Wracając jeszcze do Gwendy… Na Amazonie książki z cyklu mają sporo negatywnych recenzji, które wyglądają wręcz na rezultat zorganizowanej akcji. Ich wspólnym motywem jest ubolewanie nad rzekomą krytyką Trumpa.

Jest to dla mnie o tyle zabawne, że nie zaatakowaliśmy Trumpa z nazwiska. No może raz… Niemniej przyjmuję to na klatę. Recenzje na Amazonie czy Goodreads są problematyczne, bo obok siebie znajdziesz opinie typu „książka roku!” i „koszmarny chłam, nie mogłem nawet dokończyć”. Jako autorzy musimy to zaakceptować. Ktoś niedawno wspomniał, że „Ostatnia misja…” ma na Amazonie średnią ocen 4,6 na 5, co jest podobno znakomitym wynikiem. 90% negatywnych recenzji zamieściły osoby o republikańskich sympatiach, którym może się nie podobać, że Gwendy zostaje deputowaną z ramienia demokratów. Czasami robię zrzut ekranu z jakąś wyjątkową nieprzychylną recenzją i wysyłam ją Stephenowi. (śmiech)

Co pan sądzi o niedawnym tweecie Paula Coelha na temat wojny na Ukrainie?

A co w nim napisał?

Że ukraiński kryzys nie powinien być wymówką dla rusofobii.

Aua… Twitter jest pełen głupich opinii. Wczoraj przeczytałem, jak jakiś bogaty finansista skrytykował ukraińskiego prezydenta za to, że ten nie założył garnituru, nagrywając przemówienie do Kongresu. Został – całkiem słusznie – zmieszany z błotem, ale nie usunął tweeta, tylko brnął dalej. Twitter może być niebezpiecznym miejscem, o czym sam się przekonałem, choć nie na taką skalę. Mam dwóch synów i najsmutniejszym dniem w roku jest dla mnie inauguracja roku akademickiego, kiedy dzieciaki jadą do college’u i nie widzę ich potem miesiącami. Napisałem więc swego czasu: „School sucks”, a Steve jeszcze podał to dalej… i tak przez kolejny tydzień musiałem tłumaczyć się przed oburzonymi nauczycielami. Zapewniam, nikt nie szanuje pracy nauczycieli tak bardzo jak ja, po prostu walnąłem głupotę. Notabene to jeden z moich belfrów do angielskiego zainteresował mnie pisarstwem Kinga, za co jestem mu bezgranicznie wdzięczny. Co się tyczy wojny na Ukrainie, to zarówno ja, jak i Stephen uważamy, że to oczywiste, po której jej stronie należy stanąć. Nie wszyscy jednak podzielają nasze zdanie. Zwłaszcza teraz, w dobie głębokich podziałów w USA, ludzie potrafią walczyć zajadle o wszystko – czy będzie to edukacja, dostęp do broni czy noszenie masek lub wybór menu. Twitter nierzadko staje się polem bitewnym.

A propos, pan jakiś czas temu oferował na Twitterze wymianę limitowanych edycji książek Stephena Kinga. Odzew był interesujący?

Tak, niektórzy chcieli oddać duszę i pierworodnych za książki. (śmiech) Nie jestem może kolekcjonerem jakichś drogich rzeczy, ale w ciągu ponad trzydziestu lat zebrałem sporo książek. Staram się nie wydawać bajońskich sum – wiele rzeczy pochodzi z wymiany, sporo trafia do mnie w ramach barteru od wydawców, którzy są mi winni kasę. „Poczekaj jeszcze pół roku albo weź w ramach rozliczenia tę stertę książek z autografami”. (śmiech) Ostatnio jednak starałem się pomóc starszemu synowi Billy’emu w budowaniu kolekcji, więc to z myślą o nim zaproponowałem wymianę na limity „Christine”, „Cujo” i „Podpalaczki”, które możesz zobaczyć na półce za moimi plecami. (śmiech) Billy jest wielkim fanem Stephena Kinga, próbuje też sił w pisaniu i nawet założył Patreon dla swojego pisarstwa. Wracając jeszcze do Twittera, to poza aferami i złośliwościami, może być on też źródłem wielu pozytywnych doświadczeń. Śledzi mnie naprawdę świetna grupa ludzi i wiem, że zawsze mogę liczyć na jej odzew, nieważne, czy chcę wymienić się książkami, czy zapytać o opinie na temat np. jakiegoś filmu. A zatem Twitter to nie samo zło. (śmiech)

Rozmawiał: Sebastian Rerak


Tematy: , , , , , , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady