banner ad

Dobra literatura tłumaczy nam po części nas samych – wywiad z Dorotą Konowrocką-Sawą, autorką nowego przekładu „Dumy i uprzedzenia” Jane Austen

21 kwietnia 2026

Z Dorotą Konowrocką-Sawą, tłumaczką literatury angielskiej, która ma na swojej długiej liście przekładów m.in. „Rok 1984” George’a Orwella, „Drakulę” Brama Stokera, „Ciała subtelne” Jennifer Down czy „Zadziwienie” Richarda Powersa, rozmawiamy przy okazji nowego wydania „Dumy i uprzedzenia” Jane Austen. O czym? Oczywiście o trudnych do przecenienia wpływach kulturowych ulubionej pisarki Brytyjczyków, czytaniu jej książek współcześnie, potrzebie stworzenia nowego przekładu, ale też o „formatowaniu” literatury, zagrożeniach ze strony sztucznej inteligencji i tonących statkach.

Jacek Adamiec: Wybaczy pani, że zacznę od pytania nieco bezczelnego: Dlaczego w ogóle warto sięgać po Austen w 2026 roku?

Dorota Konowrocka-Sawa: Bo nadal wzrusza i bawi, bo jest inteligentna i przenikliwa, bo nie jest łatwo tworzyć dobrą literaturę, a nowe znakomite powieści nie ukazują się na każde zawołanie, tymczasem Austen przetrwała próbę czasu. Bo jest bardziej współczesna niż mogłoby się wydawać i nie jest trudno znaleźć powiązania między charakterami jej XIX-wiecznych postaci i charakterami naszych XXI-wiecznych znajomych.

Na ile pani zdaniem współczesna kobieta może utożsamiać się z Elizabeth?

Na tyle, na ile zdolna jest do autorefleksji. Elizabeth w kluczowym momencie mówi: „Aż dotąd nie znałam samej siebie” – i poniekąd o tym między innymi jest ta powieść, która, jak wiadomo, pierwotnie nosiła tytuł „Pierwsze wrażenia”: o tym, że wypracowanie sobie uzasadnionego osądu wymaga świadomej pracy. Nie wiem jednak, czy trzeba się koniecznie utożsamiać z bohaterem literackim, by móc przeżyć jako czytelnik coś ciekawego. Bo czy mogę się utożsamiać z Mistrzem albo Wolandem? Z Marlowe’em, potworem Frankensteina, Bellą Baxter, Yennefer z Vengerbergu czy Yossarianem? Pewnie nie – ale coś mnie z nimi łączy. Dobra literatura tłumaczy nam po części nas samych. I Austen w tej dziedzinie nie zawodzi.

Świadomy genderowych uproszczeń, których się dopuszczam, powiem prowokacyjnie: Jane Austen to autorka literatury kobiecej. Czytają ją przede wszystkim kobiety. Ale dlaczego właściwie nie mieliby sięgać po nią także mężczyźni?

Jeśli „literatura kobieca” to literatura czytana przez kobiety, to cała literatura jest literaturą kobiecą, gdyż mężczyźni sięgają po książki znacznie rzadziej – w każdym razie tym sposobem zepchnęlibyśmy literaturę męską, czymkolwiek miałaby być, do niezbyt obszernego narożnika. Myślę, że nie ma sensu domaganie się, aby ktokolwiek czytał cokolwiek; szkoła ma wielkie osiągnięcia w zniechęcaniu młodych ludzi do literatury jako takiej, nie musimy powielać jej błędów. Co więcej, żyjemy w czasach, w których nie grozi nam nawet tłumaczenie się komukolwiek z trzymania w ręku zbyt kwiecistej lub zbyt makabrycznej okładki, bo e-czytniki niewiele zdradzają, w związku z tym można zajadać się owocami genderowo zakazanymi do woli.

Emilia Dłużewska pisała w tamtym roku w magazynie „Książki”, że Austen „sformatowała opowieść o chłopaku i dziewczynie w sposób zapewniający jej miliony fanów, tysiące epigonów”. Czy zgodzi się pani z tą tezą?

Szekspir łka cicho w kąciku. A obok niego autorzy Księgi Rodzaju, mitów greckich, opowieści arturiańskich, baśni z tysiąca i jednej nocy, Dante, Tołstoj… Zastanawia mnie słowo „sformatowała”. Jest bardzo współczesne i zakłada istnienie „formatu” (jak format telewizyjny), jakiegoś zamierzonego i lukratywnego przepisu na dobrze sprzedającą się historię, intratnej sztampy dającej się licencjonować. Nie wydaje mi się, aby Austen przyświecała taka intencja, nawet jeśli autorka „Dumy i uprzedzenia” znalazła później wielu naśladowców. Mam wrażenie, że ta powieść tak dobrze trafia do czytelnika, bo jest emocjonalnie bardzo prawdziwa, celnie ujmuje rozmaitość ludzkich charakterów, jest odwrotnością powieści gatunkowej.

Wspomniana dziennikarka odwołuje się do książki „Mit Darcy’ego”. W publikacji tej Rachel Feder dowodzi, że postać Darcy’ego wprowadziła do kultury i świadomości zbiorowej model toksycznego, niedostępnego i pociągającego gościa. Czy ten Darcy tak straszliwe namieszał w głowach?

Czytałam tę książkę, ale teza wydaje mi się mocno naciągana i chyba więcej mówi o upodobaniach i rozczarowaniach autorki niż o „Dumie i uprzedzeniu”. Ale przyjmując na chwilę poetykę Feder: Elizabeth nie leci na Darcy’ego, a ten nie gra zimnego drania, przeciwnie, Darcy leci na Elizabeth, chociaż aż go skręca w środku, bo laska jest biedna, jej matka durna, a siostra się puszcza, Elizabeth natomiast – bez pojęcia całkiem – leci na Wickhama, który ma ładną buzię i karciane długi w całym hrabstwie. Nie, chyba nie dam rady dłużej w tym stylu, ale generalnie sprawa jest bardziej skomplikowana i fakt, że kogoś pociągają osobnicy trudni i niedostępni emocjonalnie niewiele ma z „Dumą” wspólnego.

W kontekście „Dumy i uprzedzenia” bardzo interesuje mnie perspektywa historyczno-porównawcza. Czy sytuację kobiet – a może szerzej: życie wyższych sfer na przełomie XVIII i XIX wieku w Anglii i Rzeczypospolitej pod zaborami – można w jakimś stopniu ze sobą zestawiać?

W jakimś sensie wszystkie europejskie wyższe sfery od Atlantyku po Moskwę żyły podobnie, bardziej różniło się życie chłopstwa i mieszczaństwa, różne było natężenie rewolucji przemysłowej, stosunki etniczne i poziom alfabetyzacji. Ale nie wiem, czy to ma znaczenie dla odbioru tej książki. Austen umieszcza swoich bohaterów w bańce, której nie poruszają powiewy historii, służba czy robotnicy rolni bywają wspominani najwyżej jednym zdaniem, a cała akcja rozgrywa się w stosunkowo wąskim kręgu jednej warstwy ludzi. Nie zmienia to faktu, że stosunki panujące w tej warstwie udaje się Austin nakreślić przeciekawie.

Jeśli dobrze sprawdziłem, do tej pory powstało sześć przekładów „Dumy i uprzedzenia”. Przypuszczam, że dobrze zna pani przynajmniej część z nich. Który z nich jest pani ulubionym?

Och, z przyjemnością powiem, który jest moim ulubionym: mianowicie przekład Magdaleny Gawlik-Małkowskiej. Trochę się rozmija z oryginałem, ale jest napisany z fantazją, dynamicznie i zadzierzyście, tak mocno „po bandzie”. Mam dla niego ciepłe miejsce w sercu.

Jane Austen (rys. Evert Duykinck/Wikimedia Commons)

Czym kierowała się pani podczas pracy nad nowym tłumaczeniem? Wyjaśnijmy wszystkim tym, którzy jeszcze nie sięgnęli po powieść i nie przeczytali pani posłowia.

Chyba nie siadałam do tłumaczenia z jakąś tezą czy misją. Wydawało mi się, że ta książka jest w oryginale bardziej współczesna, bardziej błyskotliwa i mniej koturnowa niż w istniejących przekładach, że da się z niej wydobyć więcej satyry społecznej i komedii charakterów, a jednocześnie znaleźć więcej powinowactw ze współczesnym czytelnikiem. Sądząc z recenzji tego przekładu, które dotąd czytałam, przynajmniej w jakimś stopniu się to udało: przybliżyć czytelnikom ten przekład, a jednocześnie nie zgubić nieco dziś staroświeckiej urody i elegancji oryginału, którą przecież wszyscy uwielbiają.

Poszukując informacji o pani, pomyślałem o znanym problemie niedostrzegalności tłumaczy i tłumaczek. Z perspektywy kogoś, kto pisze o książkach, chciałbym, żeby w każdej książce były chociaż dwa zdania o osobie tłumaczącej. Przejrzałem książki na półkach i przekonałem się, że zazwyczaj jednak takich informacji nie ma. W „Dumie” też nie. Jest oczywiście posłowie, więc może pani odezwać się do czytelnika, ale jednak czegoś mi tu brakuje.

A ja chyba sobie cenię taki półanonimowy status. Pielęgnowanie własnej rozpoznawalności, zwłaszcza w dość okropnej erze schyłkowych social mediów, wymaga mnóstwo świadomej pracy. Z przyjemnością wydatkuję ten zasób energetyczny na pracę nad kolejnym przekładem i leżenie w hamaku.

Oczywiście nie proszę, żeby skarżyła się pani na zleceniodawów, dlatego zapytam po prostu: jak to jest teraz w Polsce z widocznością tłumaczy? Chyba nie za dobrze, bo mam przed sobą przekład „Rozważnej i romantycznej” Świata Książki z 2025 roku. Miejsca na nazwisko tłumaczki (Pauliny Maksymowicz) niestety na okładce nie wystarczyło.

Z pewnością byłoby z pożytkiem dla czytelników (i oczywiście dla tłumaczy również), gdyby nazwisko tłumacza/tłumaczki pojawiało się z zasady na okładce. Wiele książek, zwłaszcza tych z kanonu literackiego, ma kilka przekładów, a niektóre nazwiska można uznać za znak jakości.

Webwriterów w ostatnim roku rozjechała sztuczna inteligencja. Jako copywriter straciłem wszystkie zlecenia, także z agencjami, z którymi pracowałem wiele lat. Podobnych historii jest mnóstwo, także w świecie pisania pod własnym nazwiskiem. Wystarczy pomyśleć o Agorze czy Wirtualnej Polsce. Wiem, że na brutalne cięcia w redakcjach wpłynęła nie tylko automatyzacja, ale też czynniki wynikające choćby z rynku reklam, to jednak nadal są to zagrożenia związane z rozwojem technologii. A jaki pani odczuła wpływ dużych modeli językowych na środowisko tłumaczy? Czy obawia się pani utraty potencjalnych zleceń lub pogorszenia warunków finansowych?

Denerwowałam się tą sytuacją jakieś dwa lata temu, kiedy czaty AI były nowością. Zwykle gdy się denerwuję, próbuję jak najwięcej się dowiedzieć, wiedza uspokaja. Zrobiłam kilka eksperymentów, przeczytałam kilka książek (polecam Karen Hao, duet Narayanan / Kapoor, Gary’ego Marcusa i podcast Eda Zitrona) i podjęłam decyzję, że: a) nie będę się tym przejmować, b) nie będę korzystać z czatów, c) ucieknę do przodu, tłumacząc coraz bardziej wymagające teksty, d) jeśli ten statek pójdzie na dno, będę ostatnim szczurem, który z niego zejdzie, a kiedy już woda będzie zalewać mi nos, zdążę jeszcze wykrzyknąć: Wolność! – a potem znajdę sobie jakąś deseczkę i popłynę ku suchemu lądowi. Zdarzyło mi się już zmieniać ścieżkę zawodową i mogę to zrobić jeszcze raz, a póki co zamierzam tłumaczyć radośnie, jak długo się da. Na razie nie jest źle.

Czy na zakończenie mogę zapytać, gdzie jeszcze będziemy mogli panią poczytać w najbliższym czasie?

Wydawnictwo W.A.B. zatroszczyło się o to, żeby nie zabrakło mi zajęcia, więc myślę, że warto śledzić ich nowości.

Rozmawiał: Jacek Adamiec
fot. archiwum Doroty Konowrockiej-Sawy

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady