banner ad

Czasy wielkiej literatury i wielkich nierówności – rozmowa z Ramie Targoff, autorką książki „Siostry Szekspira”

6 lipca 2026

Ramie Targoff

Prawie sto lat temu Virginia Woolf zaproponowała swoiste ćwiczenie – wyobrażenie sobie losów fikcyjnej siostry Szekspira. Judith Szekspir miała być równie uzdolniona, co jej brat, ale jako kobieta nie mogłaby liczyć na uznanie, a wyłącznie na pasmo udręk zakończone tragicznym finałem. Ramie Targoff, profesorka nauk humanistycznych, postanowiła dowieść, że Woolf myliła się w swym założeniu. W XVI-wiecznej Anglii tworzyły bowiem i publikowały kobiety, o które – przez wieki zapomniane – od niedawna upomina się historia literatury. Książka naukowczyni „Siostry Szekspira. Jak kobiety tworzyły renesans” (wyd. Bo.wiem) przybliża zawikłane losy czterech pionierek kobiecego pisarstwa.

Sebastian Rerak: Punktem wyjścia dla pani książki jest esej „Własny pokój”, w którym Virginia Woolf postawiła tezę, zgodnie z którą literacko uzdolniona kobieta żyjąca w XVI wieku byłaby skazana na szaleństwo, samobójstwo lub pustelniczy żywot. Czy to właśnie ten tekst zainspirował uniwersytecki kurs pani autorstwa oraz same „Siostry Szekspira”?

Ramie Targoff: Właściwie było na odwrót. Moje zainteresowanie tematem rozpoczęło się wraz z eksplozją publikacji kobiecej literatury z epoki. Na początku tego wieku ukazało się sporo tekstów pisarek, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, nawet pomimo tego, że studiowałam literaturę angielską na dwóch fakultetach. Czytając i analizując je ze studentami, byłam pod wielkim wrażeniem różnorodności głosów tych kobiet. Chciałam zrozumieć genealogię, historię ich pisarstwa. Jak to się stało, że przez tyle lat pozostawały nieznane? I tak przypomniałam sobie o tezie postawionej przez Virginię Woolf. Tytuł mojej książki nawiązuje do jej eseju, jest poniekąd odpowiedzią na niego, a zarazem prowokacją.

Dziś możemy powiedzieć, że twierdzenie Virginii Woolf było błędne, ale sformułowała je nie bez powodu. I właśnie ten powód pozwala zrozumieć, co wydarzyło się w ciągu ostatnich czterech wieków, w trakcie których pisarki, niegdyś publikowane i czytane, zostały zupełnie wymazane. Bardzo ważne jest dla mnie podkreślenie – co robię także w samej książce – że osobiście nie jestem odkrywczynią żadnej ze swoich bohaterek. To inni badacze natrafili na ich manuskrypty lub stare woluminy, zredagowali je i wydali. Pisarstwo tych kobiet istnieje na nowo, aczkolwiek pozostaje mało znane poza gronem akademickim lub pasjonatów tematu. Moim zadaniem było więc przedstawienie go jak najszerszej grupie odbiorców.

Podczas pracy nad „Siostrami Szekspira” odwiedziła pani wiele miejsc, z którymi związane były bohaterki książki. Czy te wyprawy dały pani jakiś wyjątkowy wgląd, zapewniły dodatkowe konteksty?

Zdecydowanie tak! Bardzo ważnym było dla mnie – nazwijmy to – zrozumienie wizualne. To, jaki krajobraz moje bohaterki widziały na co dzień i jaka relacja mogła je łączyć z otoczeniem. Odwiedziłam wiele miejsc, w których dorastały, gdzie zakładały rodziny, gdzie spędziły resztę życia. Uważam, że było to kluczowe dla zrozumienia kogoś takiego, jak Anne Clifford, ponieważ ogromna część jej biografii związana była z walką sądową o prawo do dóbr ziemskich jej ojca. Na moje szczęście angielska prowincja nie zmieniła się aż tak bardzo w ciągu ostatnich 350-400 lat, czego dobrym przykładem może być zamek Ludlow, w którym mieszkała Mary Sidney, a który zachował się niemalże nietknięty. Z innymi miejscami bywa różnie – z niektórych pozostały ruiny, w innych działają dziś muzea… W każdym razie wszystkie te wyprawy miały wielki wpływ na możliwość przedstawienia czytelnikom życia bohaterek mojej książki.

W Polsce o renesansie uczy się w szkołach jako o bardzo chwalebnej epoce, co niewątpliwie związane jest z narodzinami literatury narodowej. Czy anglosaskie podejście też pełne jest nabożności?

Jeśli chodzi o literaturę, z pewnością tak, zwłaszcza w przypadku dojrzałego renesansu, a więc czasów elżbietańskich i wczesnego okresu jakobickiego. Anglia nie miała wówczas wybitnego malarstwa ani innych form działalności kulturalnej, ale doświadczyła niewątpliwego rozkwitu piśmiennictwa. Celebracja renesansu jest jednak o tyle problematyczna, że obok silnych monarchów pojawia się w nim także postać Henryka VIII, a ten był po prostu wyjątkowym tyranem, który spowodował mnóstwo politycznego i religijnego zamieszania w królestwie. Wielu ludzi zostało z jego woli skróconych o głowy, w tym – jak wiemy – dwie z jego żon. Z punktu widzenia literatury, renesans był bez wątpienia jedną z wybitniejszych epok w dziejach Anglii. Nie był jednakże chwalebnym czasem dla demokracji.

O tym także przypomina pani książka. Może dlatego, że zdarza nam się utożsamiać humanizm z prawami człowieka, obraz renesansu bywa niekiedy idealizowany. Tymczasem była to epoka wielkich nierówności.

Wyjątkowo wielkich nierówności. Podam istotny dla mnie przykład. Po tym, jak Henryk VIII doprowadził do zerwania z Kościołem katolickim, zezwolił także na wydanie Biblii po angielsku. Jednak już pięć lat później, w roku 1543, wprowadził ograniczenie w dostępie do niej. Decydowały względy klasowe. Król był przekonany, że Biblia w rękach pospólstwa może być niebezpieczna, więc od tamtej pory za samo jej posiadanie karany był każdy poniżej stanu kupca z własną ziemią. Zakaz ten obejmował także kobiety, a więc połowę populacji. Proszę tylko pomyśleć – książka uważana za najświętszy z tekstów stała się nagle dostępna wyłącznie dla wąskiego grona elity. Pozostali nie mogli mieć własnych egzemplarzy, nie mogli jej czytać ani nawet o niej dyskutować. Już to pokazuje, że angielskie społeczeństwo epoki renesansu nie było żadną miarą egalitarne. Szczególnie zaś wolnością nie mogły się cieszyć kobiety, bo te wciąż traktowano jako własność ich ojców lub mężów. I ten stan rzeczy trwał praktycznie aż do XIX wieku.

Okładka i opis książki "Siostry Szekspira".

Dochodzimy tu do kwestii, w której Virginia Woolf miała akurat sporo racji. Przywilej pisania łączył się w XVI wieku ze statusem majątkowym i społecznym. Bohaterki pani książki to zazwyczaj kobiety z bardzo zamożnych rodów.

Kwestia bardzo prozaiczna – niewielu mogło pozwolić sobie na edukację, przez co sama umiejętność pisania była czymś rzadkim. Historycy przyjmują, że każdy, kto podpisywał dokument poprzez postawienie znaku X nie był piśmienny, bo nie potrafił zapisać własnego nazwiska. Przy takim założeniu analfabetkami musiało być blisko 90 procent kobiet w Londynie, a odsetek ten był jeszcze wyższy poza stolicą. To pierwszy i podstawowy fakt, jaki musimy brać pod uwagę. Pamiętajmy, nie istniały wówczas szkoły dla dziewcząt. Bardzo nieliczne ukończyły szkołę gramatyczną, ale praktycznie wszelkie umiejętności mogły zdobywać jedynie w domu – od guwernantki, prywatnego nauczyciela lub od rodziców.

Virginia Woolf miała całkowitą rację, stwierdzając, że pisanie wymaga – oprócz talentu – dwóch rzeczy: własnego pokoju, bo nie można tworzyć czegokolwiek w izbie, po której biega dwanaścioro dzieci, oraz pieniędzy. Trzy z czterech bohaterek „Sióstr Szekspira” było kobietami bogatymi. Dwie należały do arystokracji, a jedna – jako córka zamożnego prawnika – do haute bourgeoisie. Ciekawy wyjątek stanowi Aemilia Lanyer, której ojciec był muzykiem nadwornym, co plasowało ją najwyżej w średniej klasie średniej. Wiemy też, że jej matka nie była w stanie podpisać się własnym nazwiskiem na swoim testamencie. Przypadek Lanyer jest z pewnością sporym zaskoczeniem, ponieważ udało jej się opublikować poezję.

To tym bardziej ciekawe, że jako jedyna z tego grona uprawiała formę cieszącą się estymą. Fakt, że inne z pisarek parały się literaturą długo postrzeganą jako poślednia przyczynił się chyba do ich wymazania z historii?

To prawda, poezja była w czasach renesansu szanowana o wiele bardziej niż dramat. Szekspir nie wydał żadnego ze swoich dzieł, bo te uznawano wyłącznie za utwory sceniczne. Ich czytanie przez współczesnych traktowano by jak dzisiaj lekturę scenariusza do serialu telewizyjnego. Wysoki status poezji oznaczał jednak, że Aemilia Lanyer – pierwsza kobieta w Anglii, która opublikowała zbiór oryginalnych wierszy – stawała do rywalizacji z najwybitniejszymi autorami epoki – Philipem Sidneyem, Johnem Miltonem, Benem Jonsonem, Johnem Donnem itd. To świadczy o jej odwadze, ale poniekąd także i ją skazywało na zapomnienie.

Jeśli chodzi o tłumaczenie cudzych utworów, co było domeną zwłaszcza Mary Sidney, to zajęcie to było świetnym wprowadzeniem do pisania, umożliwiającym przełożenie czyjegoś języka poprzez własny. Niemal wszystkie moje bohaterki zajmowały się więc w młodości przekładem. Szczególny jest jednak przypadek Anne Clifford, bo Virginia Woolf potraktowała ją niemalże z pogardą. Dzisiaj pamiętnikarstwo traktowane jest jako uznana forma piśmiennictwa, ale Woolf wykazała się zwyczajnym snobizmem i odmówiła Clifford prawa bycia pisarką.

Czy możliwe jest jeszcze odkrycie jakichś zapomnianych skarbów kobiecej literatury z dawnych epok?

Niewątpliwie tak. Myślę, że istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo istnienia manuskryptów, które pozostają schowane na jakichś strychach lub w magazynach. Wiemy chociażby o nieodkrytych do dziś tekstach autorstwa Mary Sidney i Elizabeth Cary. Córki tej drugiej opisały kilka sztuk jej autorstwa, które nie dotrwały do dnia dzisiejszego. Czy zostaną kiedykolwiek odnalezione? Wiele zależy od ludzi, którzy podjęliby się poszukiwań. W każdym razie nie można wykluczyć kolejnych intrygujących odkryć.

Stwierdza pani, że pisanie stanowiło dla tych kobiet siłę życiową. Wiemy już, że nie mogły liczyć na sukces komercyjny ani szerokie uznanie, za to musiały liczyć się z szeregiem utrudnień. Ich motywacja była zatem bardzo czysta i pierwotna – zależało im wyłącznie na pisaniu.

Tak, to bardzo prawdziwe zdanie. Tym bardziej poruszająca jest historia tych kobiet. Nie mogły iść do pracy, nie mogły studiować, nie mogły posiadać własnego majątku… ale mogły pisać. Decyzja, by pisać nie była dyktowana względami kariery, bo takowa znajdowała się poza ich zasięgiem. A zatem tak, powodowało nimi pierwotne, instynktowne pragnienie, aby komunikować się, sprawić, by ich głos był słyszany. To niezwykle silne doświadczenie, którego nikt nie mógł im odebrać. Jak już wspomniałam, potrzebowały do tego wykształcenia – dosłownie umiejętności czytania i pisania. Ale kiedy już ją posiadły, mogły tworzyć na własną rękę bez czyjegokolwiek pozwolenia.

Wiem, że pracuje pani nad książką, która jest pewnego rodzaju prequelem do „Sióstr Szekspira”?

To prawda. Napomknęłam wcześniej o Henryku VIII także dlatego, że to właśnie jego czasom poświęcona będzie ta książka. Jej centralną postacią jest Katarzyna Parr, szósta żona Henryka i jedyna królowa, która zdołała go przeżyć. Miała istotny udział w wykształceniu Elżbiety I. Nowa książka opowie o roli kobiet na dworze Henryka VIII w schyłkowym okresie jego rządów oraz o tym, jak protestantyzm przyczynił się do mobilizacji kobiet, udzielając im sprawczości, jakiej nie miały wcześniej.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. Frédéric Brenner

Tematy: , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady