banner ad

Chciałem stworzyć współczesną grecką tragedię – wywiad z Alexem Michaelidesem, autorem „Bogiń”

20 października 2021

Autor bestsellerowej „Pacjentki”, Alex Michaelides, powrócił z thrillerem psychologicznym „Boginie” (Wydawnictwo W.A.B.). Z okazji polskiej premiery książki opowiedział Justynie Dżbik-Kluge o pracy nad najnowszą powieścią, mitologii greckiej, czasach nauki w Cambrigde i tworzeniu kobiecych postaci.

Justyna Dżbik-Kluge: Czy masz poczucie, ze greckie boginie i bogowie wpływają na twoje życie?

Alex Michaelides: Nie sądzę! (śmiech) Ale prawdą jest, że od dawna fascynuje mnie pewien realizm magiczny. Urodziłem się i dorastałem na Cyprze, który jest wyspą pełną starożytnych ruin, mitologia wręcz unosi się tam w powietrzu. To jest wyspa Afrodyty. Jak wiemy z mitów, bogini narodziła się z morskich fal właśnie u jej wybrzeży. Obecność Afrodyty jest na Cyprze bardzo odczuwalna – w architekturze, we wspomnieniach, wszędzie. Kiedy dorastałem, gubiłem się w opowieściach, które słyszałem – nie wiedziałem, co jest prawdziwe, a co nie. I gdy zabrałem się za pisanie „Bogiń”, uznałem, że to będzie świetne nawiązanie. W tej historii też do końca nie wiesz, co jest prawdziwe, a co wyobrażone, co dzieje się w prawdziwym życiu, a co tylko w głowie głównej bohaterki.

Przyznam, że przez to, jak zbudowałeś fabułę, odbieram „Boginie” nie tylko jako thriller psychologiczny, ale jako współczesną tragedię grecką.

Bardzo mi miło!

To było twoim celem?

Tak, zdecydowanie! To było moim głównym celem. To miała być współczesna grecka tragedia i bardzo się cieszę, że tak ją odebrałaś. Inspirowałem się między innymi mitem o Edypie, w którym okazuje się, że główny bohater jest złoczyńcą, którego sam szuka. Chciałem powtórzyć ten motyw w przypadku mojej głównej bohaterki, Mariany, która szuka prawdy i kiedy ją odkrywa, jest bardzo zaskoczona.

W twoim debiucie, w thrillerze „Pacjentka”, stworzyłeś Alicię – malarkę, oskarżoną o zabicie swojego męża. W „Boginiach” poznajemy Marianę – psychoterapeutkę, która staje się samozwańczym detektywem. Dlaczego z literackiego punktu widzenia kobiecy umysł jest dla ciebie fascynujący?

To pytanie przewija się w różnych rozmowach ze mną, co jest dla mnie zrozumiałe, bo – tak jak mówisz – główne bohaterki moich dwóch powieści to kobiety. Po pierwsze uznałem, że napisanie książki z kobiecej perspektywy będzie bardziej ambitnym zadaniem, trudniejszym dla mnie. Po drugie, kobiety wydają mi się bardziej złożone i bardziej interesujące pod wieloma względami niż mężczyźni. A poza tym, szczerze mówiąc, po prostu bardziej lubię kobiety. (śmiech)

Czyli postać Mariany była punktem wyjścia do stworzenia „Bogiń”?

Tak naprawdę tym razem nie zastanawiałem się, czy bohaterka będzie kobietą czy mężczyzną. Starałem się po prostu stworzyć ciekawą historię. Ona była dla mnie kluczowa i tutaj akurat tak wyszło, że główna bohaterka jest kobietą. W mojej kolejnej powieści znów główną bohaterką będzie kobieta, ale narratorem – mężczyzna. To on będzie opowiadał o tej kobiecie przez swój pryzmat.

Od pierwszych stron „Bogiń” towarzyszyła mi bardzo duszna atmosfera, która cały czas się zagęszcza. Czułam się coraz bardziej osaczona, jak Mariana – nękana z zewnątrz i od środka – obserwowana przez natrętnego pacjenta, ale również przygnieciona echami tragicznego wydarzenia z przeszłości.

Ważny był dla mnie wątek nostalgii w postaci Mariany, która opłakuje zmarłego męża. Myślę, że tworzenie tej książki, które przypadło na czas pandemii COVID-19 jeszcze uwypukliło ten smutek we mnie i w treści. Smutek, żal, poczucie braku są na kartach „Bogiń” bardzo odczuwalne. Łączy się to wszystko z duchem tragedii greckich, do których chciałem nawiązać. Przyznam, że teraz z perspektywy czasu nie jestem pewien, czy podjąłbym się zadania napisania takiej książki, w sposób, jaki to zrobiłem. Wydaje mi się to bardzo trudne. Ta powieść sporo mnie kosztowała. Kiedy zabierałem się za pisanie, nie wiedziałem, że będzie aż tak ciężko. Nie spodziewałem się, jak smutna, wręcz ponura momentami będzie postać Mariany.

Mówisz o nostalgii za utraconym bliskim człowiekiem, ale jest tu chyba też sporo nostalgii za młodością, za czasami studenckimi. Akcja dzieje się na Uniwersytecie Cambrigde, gdzie ty sam studiowałeś. Czy miałeś tak koszmarnego wykładowcę, jak jeden z bohaterów „Bogiń” Edward Fosca?

Absolutnie nie! (śmiech) Choć zanim książka poszła do druku, dałem ją do przeczytania jednemu z moich byłych wykładowców od kultury greckiej, który jednak w niczym nie przypomina Edwarda Foski. Jest uroczym, starszym panem. Chciałem, żeby przeczytał mój tekst i sprawdził, czy nie popełniłem żadnych rażących błędów. Studia to był jeden z najszczęśliwszych okresów w moim życiu. Musiałem pokazać tekst komuś obiektywnemu, żeby ta książka była realistyczna, a nie tylko przepuszczona przez filtr mojej wyobraźni.

Tytułowe „Boginie” mogą być odbierane wieloznacznie. Jedno z tych znaczeń to nazwa tajnego stowarzyszenia młodych dziewczyn, które działa w Cambrigde. Czy to był motyw inspirowany twoim życiem? Czy byłeś członkiem jakiejś tajnej organizacji w czasie studiów w Cambridge?

Nie byłem członkiem żadnego takiego stowarzyszenia. Najbliżej było mi do środowiska teatralnego, artystycznego i rzeczywiście poświęcałem temu dużo czasu. Jeśli chodzi o „Boginie” i o tę hermetyczną grupę dziewczyn, którą stanowią, to czerpałem raczej ze swojego doświadczenia uczestniczenia w terapii grupowej. Chciałem przenieść to doświadczenie z gruntu szpitalnego na grunt uniwersytecki, trochę pobawić się konwencją. Terapia grupowa z jednej strony może być bardzo pomocna, ale może być również niszcząca dla osób, które biorą w niej udział. To też było moje doświadczenie.

No właśnie, w „Boginiach”, podobnie jak w debiutanckiej „Pacjentce”, czerpiesz ze swoich osobistych doświadczeń z terapii. Czy zacząłeś pisać książki, bo chciałeś zostać pisarzem terapeutą? Chciałeś dać ludziom terapię poprzez swoje pisanie?

Rzeczywiście, po napisaniu już dwóch książek wiem o tym, że są czytelnicy, którzy potraktowali ich lekturę trochę jak terapię. Niektórzy po raz pierwszy mieli w ogóle styczność z tematem psychoterapii. Dostawałem takie wiadomości, że gdyby nie moje książki to nigdy by się z tym tematem nie zetknęli. Bardzo mnie to oczywiście cieszy, ale zdecydowanie nie był to mój cel jako pisarza. Chciałem po prostu napisać coś, co będzie autentyczne, co mnie pasjonuje, wciąga, co będzie dobrą literaturą, po którą sam chętnie bym sięgnął.

W jednym z wywiadów wspominałeś ten czas, kiedy pisałeś scenariusze filmowe, ale przyznałeś, że nie czułeś się z tym dobrze. Jaka jest z twojego punktu widzenia różnica między pisaniem scenariusza, a pisaniem książki?

To nawet nie jest tak, że nie lubiłem pisać scenariuszy. Problem polega na tym, że napisałem scenariusze do trzech filmów i wszystkie te filmy były bardzo złe. Nie chodziło mi o sam scenariusz, o sam proces pisania,i tylko bardziej o to, co z tym moim tekstem zostało później zrobione. Niestety wyszło coś, co kompletnie mi się nie podobało. Do napisania książki zabierałem się w sumie ponad dwadzieścia lat. Ten pomysł kiełkował mi w głowie, ale musiałem chyba do niego dojrzeć. Przez wiele lat pracy w innym medium, jakim jest świat filmu, brałem udział w wielu warsztatach, szlifowałem swoje umiejętności, dużo się nauczyłem. Teraz już wiem, że zdecydowanie bardziej odpowiada mi sytuacja, w której mogę wejść w głowę bohatera, usłyszeć jego myśli, przez dłuższy czas eksplorować dany temat. Takie możliwości daje pisanie książki. W przypadku scenariusza wszystko musi być szybsze – wartka akcja, konstruowanie różnych scen, nie ma tyle czasu na refleksję, na dopracowanie rysu psychologicznego postaci. Pisanie książek to bardziej osobiste zajęcie, które zdecydowanie bardziej mi odpowiada.

Rozmawiała: Justyna Dżbik-Kluge

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: wywiady