banner ad

Bycie nudnym mi nie wychodzi – rozmowa z Ernesto Gonzalesem, laureatem 18. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy za komiks „Nudne przygody Agaty i Szymona”

5 sierpnia 2025

„Nuda… nic się nie dzieje… w ogóle brak akcji jest” – legendarny cytat można by odnieść także i do komiksu, w którym dwoje bohaterów siedzi bezczynnie przy stole. Tyle że bohaterowie znienacka zostają uwikłani w absurdalne wydarzenia, a jeśli nawet się nudzą, to… w bardzo szczególny, wzbudzający śmiech sposób. Brzmi niecodziennie? Ale takie właśnie są „Nudne przygody Agaty i Szymona”, album zbierający cykl komiksów internetowych Ernesto Gonzalesa. Ich poczucie humoru doceniła także kapituła Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, wyróżniając tytuł laurem w kategorii „komiks”.

Sebastian Rerak: „Wyglądasz jak nudny nauczyciel czegoś nudnego” – to zdanie stało się przyczynkiem do powstania komiksu.

Ernesto Gonzales: Tak, skomentowałem w ten sposób rysunek przedstawiający Szymona Holcmana wykonany przez jego córkę Helę. Całą machinę uruchomił zaś dziennikarz Kuba Demiańczuk, rzucając tekstem, że „komiks o nudnych przygodach Agaty i Szymona najbardziej by chciał przeczytać”. I jak napisał w posłowiu do gotowego albumu, było to zdanie na miarę sygnału do wypuszczenia krakena. (śmiech)

Wkrótce wasz wewnętrzny dowcip przestał być wewnętrzny.

Przestał nim być w momencie, gdy zacząłem rysować krótkie historie z udziałem dwójki bohaterów, a ludzie czytali je i komentowali na bieżąco. Tworzenie czegoś, co można zmieniać pod kątem oczekiwań odbiorców, okazało się bardzo fajnym procesem. Dla przykładu sama Agata domagała się pojawienia w komiksie córki Ireny. Początkowo nie planowałem żadnych postaci poza tytułową parą, ale w końcu jakoś sprytnie udało się Irenę wprowadzić. Tak właśnie wygląda praca nad komiksem internetowym.

„Nudne przygody Agaty i Szymona” powstały u schyłku pandemii. Przy całej grozie sytuacji, która wtedy panowała, był to chyba czas sprzyjający tworzeniu komiksu?

Na pewno sprzyjała temu ilość wolnego czasu. Ja w pierwszej fazie pandemii przedstawiłem komiks o kapitanie Bzyku, który był moim komentarzem do tego, co się wówczas działo. Z jednej strony zachęcał do przestrzegania obostrzeń i pozostania w domu, z drugiej pozwalał wyluzować i chyba dodał czytającym nieco otuchy. Szymon i Agata pojawili się z kolei w momencie, kiedy nie obowiązywały już takie rygory, niemniej cała ta groza pandemii pozostawała jeszcze gdzieś z tyłu głowy. Skądinąd dla mnie i mojej żony, jako że oboje jesteśmy freelancerami, covidowa izolacja nie różniła się zbytnio od codziennego życia.

Wbrew tytułowi bohaterowie przeżywają czasem dość niesamowite przygody, choć faktycznie nie brak kadrów, na których dosłownie nic się nie dzieje. Jednocześnie emanuje z nich taki spokój, że aż chciałoby się usiąść i ponudzić wraz z Szymonem i Agatą.

No to fantastycznie, że komiks tak oddziałuje. (śmiech) Pewnie podświadomie kierowała mną tęsknota za światem, który pamiętam z dzieciństwa. Moja żona Basia słusznie zwróciła uwagę, że w „Nudnych przygodach…” ani razu nie pojawia się komputer ani telefon komórkowy. A biorąc pod uwagę to, jak ubierają się bohaterowie, ta historia mogłaby rozgrywać się w latach 70. lub 80. Właściwie jedyną wskazówką odnośnie do czasu akcji jest ten nieszczęsny stadion narodowy, który w pewnym momencie widać z okna pociągu. Poza tym umówmy się, że dominuje pewna stylistyka retro, którą ja podkręcałem, starając się przydymić kadry, nadać im fakturę podobną do starej gazety. A cisza i spokój panujące w komiksie są poniekąd odpowiedzią na moją potrzebę ciszy i spokoju. (śmiech)

Jak było na gali wręczenia Nagrody Literackiej m. st. Warszawy?

Rozczaruję cię, nie było nudno. (śmiech) Pomimo że prowadzący robili, co mogli i nawet odegrali scenkę z komiksu. I chociaż myślałem, że jestem osobnikiem znudzonym i zblazowanym, to naprawdę się denerwowałem, a kiedy ze sceny padło moje nazwisko, byłem autentycznie zaskoczony.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że fani „Nudnych przygód…” wyrażają swoje uznanie w specyficzny sposób. Gdy na przykład udostępniasz wywiad, którego udzieliłeś, piszą: „Świetna rozmowa, bardzo się wynudziłem”.

Ludzie są mili. (śmiech) Bardzo się staram, aby to, co robię, było nudne, ale ciągle mi nie wychodzi. Co poradzić?

Ernesto Gonzales (fot. Bartosz Mikulski)

Spotykasz się też jednak z mniej pozytywnym odbiorem, co skomentowałeś mocnym postem na Facebooku. Skąd twoim zdaniem biorą się nieprzyjazne reakcje na album?

Komiks może się podobać lub nie, ja to absolutnie szanuję. Nie zadowoli się gustu każdego. Niedopuszczalne jest jednak wygłaszanie zdań, w których jednocześnie obraża się czytelników, jury nagrody i jej laureatów czy po prostu dyskredytuje wagę tego wyróżnienia. Wszystko to jest delikatnie mówiąc mocno nieuprzejme i nietaktowne. Napisałem więc ten post zniesmaczony tym, że ktoś próbuje psuć mi chwilę radości jakimiś insynuacjami.

Te insynuacje wypłynęły także ze środowiska, które miało ci za złe komiks o Bzyku. Niewinny żart z kapitana Żbika odebrało jako nieomal zamach na pewną świętość.

Opinie tych ludzi mnie nie obchodzą, bo nie są mnie oni w stanie obrazić. Natomiast jedna z osób usiłowała swego czasu ukraść moją tożsamość, klonując stronę na Facebooku. Po prostu zmieniła jedną literkę w nazwisku, po czym przerabiała moje publikacje na mocno ksenofobiczne i homofobiczne. Dla mnie to był szok, że ktoś ma power, chęć i czas, aby to robić. Nie podjąłem kroków prawnych tylko dlatego, że dookoła panowały takie, a nie inne nastroje. Szczerze mówiąc, uznałem, że mogę trafić na policjanta, który jeszcze podziela poglądy założyciela tej podrobionej strony. Poza tym strona szybko zniknęła, prawdopodobnie dzięki reakcji przyjaciół i znajomych, którzy zgłaszali Facebookowi naruszenia.

A skoro mowa o kulcie starych polskich komiksów, to można go podsumować parafrazą znanego zdania: „Proszę państwa, w 1989 roku skończył się komiks polski”. To towarzystwo najchętniej czytałoby tylko stare komiksy. Ja oczywiście szanuję twórców sprzed lat i wychowałem się na ich komiksach, ale dziś odbieram je jako urocze ramoty, które mogę czytać tylko przez wzgląd na sentyment. Jednocześnie widzę, że dzieciaki sięgają po Kajka i Kokosza, i to nie dlatego, że rodzice je do tego zmuszają. Dwa lata temu byliśmy z żoną na imprezie z okazji urodzin Papcia Chmiela. To był sympatyczny event zorganizowany właśnie przez Szymona i Agatę. Sprzedawaliśmy tam komiksy Papcia, no i kurczę, nie kupowali ich dorośli, tylko właśnie dzieciaki. One wiedzą czego chcą i mają z tego fun.

Jeżeli jednak chodzi o kapitana Żbika, to jest to niemiłosierny paździerz. Tego nie da się czytać i nie jestem w stanie zrozumieć ludzi tęskniących za tym komiksem. To jest mental, który nazwałbym Make Polish Comics Great Again. Kiedyś było lepiej i schluss. Jednocześnie jednak to środowisko korzysta z nowych technologii i wciąż próbuje zrobić przy pomocy AI jakąś nieszczęsną „aktorską wersję” Thorgala czy Kajka i Kokosza właśnie. O dziwo, nie poddali temu zabiegowi Żbika, ale może to dlatego, że był jednak PRL-owskim milicjantem.

Bohaterowie komiksu Szymon Holcman i Agata Napiórska na gali Nagrody Literackiej Warszawy. Szymon jest również wydawcą „Nudnych przygód…” (fot. Bartosz Mikulski)

Czujesz się mocno zżyty z Warszawą?

Trudno nie czuć się zżytym z miastem, w którym urodziłem się i mieszkam od 52 lat. Przy różnych jego negatywnych stronach, staram się nie pozwolić, by minusy przesłoniły plusy. (śmiech) Mam swoje ulubione miejsca, w które szczęśliwie nie wjeżdża jeszcze deweloperka. Nieustannie wszystkim polecam Warszawę, bo jest to fajne miejsce. Dlatego też nagroda warszawska jest dla mnie ważna i traktuję ją jako uhonorowanie właśnie przez miasto. Może mężczyzna nie powinien się do tego przyznawać, ale byłem autentycznie wzruszony. (śmiech)

Z historią Warszawy związany jest album „Nim wstanie dzień”, a więc zbiór historii o powstańcach warszawskich.

Jak wiele rzeczy w moim życiu, tak i ten projekt pojawił się przypadkiem. Mnie historia niespecjalnie kręci. Uważam, że absolutnie należy ją znać i wyciągać z niej wnioski, ale jakieś szkolne biografie mnie nudzą. Tak się jednak złożyło, że Tomek Leśniak nie mógł wziąć udziału w powstaniu antologii komiksowej dla Muzeum Powstania Warszawskiego, a na mnie padł wybór jako na rysownika awaryjnego. Tak też stworzyliśmy z Rafałem Skarżyckim komiks „Śnieg”. Potem z kolei brałem udział w konkursach organizowanych przez muzeum. W duecie z Grześkiem Januszem zdobyliśmy wyróżnienia trzy razy z rzędu – żeby było zabawnie, wspinając się po szczeblach drabiny, bo kolejno zajmowaliśmy trzecie, drugie i pierwsze miejsce. Na koniec, gdy ogłoszono konkurs na historię na pełnometrażowy album, wygraliśmy i w nim. I tak też powstało „Nim wstanie dzień”, które jest zbiorem wszystkich krótszych historii.

Pracę z tymi komiksami wspominam notabene jako trudne doświadczenie. Zmuszało mnie ono do wejścia w skórę bohaterów – ludzi, którzy starali się przeżyć, co nie wszystkim się udało. Kiedy rysujesz historię jakiejś postaci, nawet jeśli jest to tylko kilka stron, na chwilę stajesz się nią, a jej tragedia po prostu z tobą zostaje. Mam nadzieję, że chociaż odrobinę udało mi się oddać grozę dramatów, które wydarzyły się w trakcie powstania, nawet jeśli forma niektórych komiksów jest mocno fantasmagoryczna. Może jestem zbyt wrażliwy, ale „Nim wstanie dzień” mocno mną sponiewierało.

To dzieło dość szczególne w twoim dorobku, bo kojarzony jesteś generalnie z komiksem satyrycznym.

Szczerze mówiąc nie lubię słowa „satyra”, ponieważ zdewaluowało je m.in. wspomniane już środowisko komiksowe. Niemniej jedno nie przeczy drugiemu. Wielu twórców posługujących się na co dzień humorem potrafi uderzyć w bardzo poważne tony. Zakończenie ostatniego sezonu mojego ulubionego serialu „Czarna Żmija” porusza mnie niemal do łez. Coś, co wydaje się lekkie, łatwe i przyjemne, nie musi być płytkie. Liczę na to, że podobnie jest również z „Nudnymi przygodami Szymona i Agaty”.

Ernesto Gonzales odbiera Nagrodę Literacką Warszawy, z tyłu (fot. Bartosz Mikulski)

Wspomniałeś o sztucznej inteligencji, a Booklips co jakiś czas pisze o tym, jak wkracza ona na rynek książkowy. Razem z innymi artystami skomentowaliście jej ekspansję projektem „Stworzone nie kradzione”.

„Stworzone nie kradzione” to antologia, która powstała z potrzeby podzielenia się ze światem naszym zdaniem na ten temat. Powstała jako darmowy komiks dla odwiedzających festiwal Komiksowa Warszawa. Uznaliśmy, że jest to dobra forma komunikacji z gośćmi imprezy, często niemającymi świadomości tego, w jaki sposób pozyskiwane są dane do trenowania sztucznej inteligencji i jak wpływa ona na życie artystów. Ja i moja żona straciliśmy pracę praktycznie z dnia na dzień. Rysowaliśmy głównie dla agencji reklamowych i to po prostu się skończyło. Dywagacje na temat tego, czy AI odbierze komuś pracę, nie są więc dla mnie żadnym science fiction. To się już dzieje, a od osób biorących udział w powstaniu antologii, które zatrudnione są w game devie, dowiedziałem się, że w tej branży nie ma już stanowisk juniorskich. Ich obowiązki opędza sztuczna inteligencja, która teraz jest na poziomie juniora, ale za chwilę osiągnie średni, a potem zastąpi seniorów. Aż zostaną tylko prezesi.

Absolutnie nie jestem przeciwny rozwojowi sztucznej inteligencji, ale ta powinna człowieka wyręczać w pewnych czynnościach, a nie zastępować zupełnie. O tym nadal nie mówi się głośno, a ten proces będzie dotykał coraz więcej ludzi. My, zawody kreatywne, obrywamy jako pierwsi.

A co zajmuje cię teraz, jeśli chodzi o komiks?

Jest sporo planów, ale są to plany, które mam od zawsze. Chciałbym wrócić do jakichś starych projektów, ale staram się nie mówić o nich zbyt wiele, bo im więcej będę mówił, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że powstaną. Albo będzie to trwało tyle, co „Halina”, która powstawała przez dwadzieścia lat. Najlepiej informować o czymś, kiedy jest to już gotowe przynajmniej w 80 procentach. (śmiech)

A zatem plany planami, a do głosu i tak dochodzi rzeczywistość, w której trzeba po prostu zarabiać. Umówmy się, nikt w tym kraju nie żyje z komiksu, można się nim zajmować najwyżej hobbystycznie. Chciałbym mieć tyle czasu, co bohaterowie „Nudnych przygód…”. Mógłbym go spożytkować na rysowanie… albo chociaż pogapienie się przez okno.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: Bartosz Mikulski
Materiał powstał we współpracy z Urzędem m.st. Warszawy.


Tematy: , , , , , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady