banner ad

Burroughs wszedł w moje życie i długo nie chciał go opuścić – rozmowa z Antonim „Ziutem” Gralakiem o płycie „Cut Up”

27 marca 2026

Z Antonim „Ziutem” Gralakiem rozmawialiśmy poprzednio przy okazji publikacji pierwszego tomu jego autobiografii „Pomiędzy”. Tym razem okazją do spotkania ze znakomitym trębaczem i kompozytorem okazał się album „Cut Up”, na którym kierowany przez niego zespół Gralak Quartet oddaje hołd Williamowi Burroughsowi. Poniższy wywiad dotyka więc różnych kwestii z pogranicza muzyki, literatury i sztuk wizualnych, a ponieważ jest w nim pewna nerwowość i odrobina chaosu, postanowiłem nie edytować go nadmiernie. Kiedy rozmawia się o improwizacji i technice cut up, redaktorski puryzm nie jest wskazany.

Sebastian Rerak: Twój pierwszy kontakt z Burroughsem miał miejsce za sprawą książek czy muzyki?

Antoni „Ziut” Gralak: Pierwszy kontakt zawdzięczam „Literaturze Na Świecie”, która gdzieś w połowie lat 70. drukowała fragmenty „Ćpuna”. W moim środowisku zrobiły one duże wrażenie, bo też i sami intensywnie ćwiczyliśmy wówczas różne podróże. Z pewnym zdziwieniem odkryłem, że na długo przed nami podobną drogę przebyła poprzednia generacja, jednak z bardziej naukowym podejściem.

Na przestrzeni lat stykałem się dalej z Burroughsem, gdy zanurzałem się w biografie różnych cenionych przeze mnie muzyków lub kiedy okazywało się, że odwiedzałem miejsca, w których on też bywał. A kiedy pisałem swoje wspomnienia, to na różne sposoby wciąż mi towarzyszył. Notabene pod koniec pracy nad drugą częścią wpadło mi w ręce szersze opracowanie na temat Burroughsa i uświadomiłem sobie, jak ważną postacią był ogólnie dla sztuki XX wieku. Dla literatury, malarstwa, muzyki czy filmu… A nawet mediów społecznościowych, bo wszystko to, co się teraz dzieje, te wszyskie loopy, memy, filmiki na Insta itd. są kontynuacją jego szaleństwa.

Jak pojawił się pomysł albumu „Cut Up”? Co musiało się wydarzyć, aby nawiedziła cię taka inspiracja?

Akurat skończyłem pisanie książki i wciąż mocno siedziałem w temacie Burroughsa, kiedy popełniliśmy dość chaotyczny, improwizowany materiał. To był fajny czas, w którym siadaliśmy do instrumentów i nagrywaliśmy jak leci. Nasz perkusista Przemek Borowiecki kupił przenośny sprzęt, w tym kilka mikrofonów średniej klasy i chciał to wypróbować. Mieliśmy świetne warunki i mnóstwo swobody, bo sesję odbywały się w cudownym miejscu – w obszernym pomieszczeniu mojej fabryki-domu z widokiem na Góry Świętokrzyskie. Zero napinki, jak to często bywa w studiu, kiedy wchodzisz na godziny i w tym czasie musisz zaprezentować to, co najlepsze. My nigdzie się nie spieszyliśmy, a muzyka powstawała na żywo – zarówno tematy, jak i ich rozwinięcie. Dźwięki płynęły swobodnie i miały swój klimat. Na początku słuchaliśmy jednak materiału, jak to zwykle bywa, głównie pod kątem błędów i niedoskonałości. W wyniku czego położyliśmy krzyż na całej sesji i miała ona już na zawsze trafić do szuflady. Kiedy po jakimś czasie przesłuchałem ten materiał na nowo, odkryłem sporo rzeczy, które mnie zaintrygowały. Świetne bębny Przemka Borowieckiego, przepiękne gitarowe abstrakcje Tomka Lesia na gitarze czy kontrabasowe opowieści Adasia Stodolskiego nie dawały mi spokoju. Korzystając z techniki cut up, którą zostałem osaczony, postanowiłem zaeksperymentować na tym materiale (a korzystałem z tej techniki już wcześniej, intuicyjnie nazywając ją kontrolowanym przypadkiem). Miałem z czego wybierać, bo nagraliśmy kilka godzin muzyki. Myślę, że było warto poświęcić trochę czasu, bo efekt finalny jest bardzo ciekawy.

Tytuły utworów sugerują pewne nawiązania czy to do utworów, czy nawet faktów z biografii Burroughsa.

Tak, ale nie ma w nich bezpośrednich odniesień. Muzyki ogólnie nie da się określić słowem, porównywać z czymś innym ze świata zjawisk. Sama w sobie jest tajemniczym zjawiskiem, wywołującym emocje. Po prostu w tamtym czasie żyłem w świecie Burroughsa. Wykorzystałem jego technikę cut up, a nawiązania do jego twórczości czy życiorysu są dość abstrakcyjne. Może oprócz ostatniego tematu, bo w nim pojawia się nagranie zapętlonego głosu Burroughsa. Zrobiłem z nim to, co on wcześniej robił z innymi – wkleiłem jego głos, niech zobaczy jak to jest. (śmiech)

Wpływ cut up w muzyce dostrzega się głównie w technikach producenckich, na przykład microsoundzie, a więc niemal laboratoryjnej pracy na dźwiękach. To praktycznie przeciwieństwo improwizacji.

Masz rację. Improwizacja jest poniekąd wolnym strumieniem, nieskrępowanym przepływem wrażeń, działania producenckie zaś, jak słusznie zauważyłeś, są trochę w opozycji do tego nieskrępowanego przepływu, ale kto powiedział że nie można tych pozornie różnych technik połączyć? Efekt można ocenić po przesłuchaniu materiału „Cut Up”.

To, co jest dla mnie szczególnie ciekawe, to fakt, że Burroughs odcisnął swoje piętno na artystach słuchanych i czytanych przeze mnie na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Najpierw byli Beatlesi i album „Revolver”. W trakcie jego nagrywania Burroughs pojawił się w Londynie i eksperymentował w ich prywatnym studiu. Chłopaki podglądali starego jaszczura przy pracy, aby potem wykorzystać jego techniki produkcji na kolejnych płytach. Wywarł duży wpływ na Hendriksa, zelektryfikował Dylana, zdeprawował The Doors… namieszał też w głowie młodemu Davidowi Bowiemu, którego zachwycił swoim poczuciem wolności i abstrakcji. Znacząca postać w kulturze lat 50. i 60., ale nie tylko, bo miał też duży wpływ na pojawienie się ruchu punk. Patti Smith, Joe Strummer, Iggy Pop – cała ta generacja uważała go za guru… No i oczywiście jazz, by wspomnieć na przykład Ornette’a Colemana czy Billa Laswella. Chyba ostatnią jego ofiarą był Kurt Cobain, który odwiedził go tuż przed swoją śmiercią.

W swoim czasie mogłem nie zdawać sobie sprawy z tych wszystkich powiązań, jako że byliśmy odcięci od przepływu informacji. Zza żelaznej kurtyny docierały do nas jakieś skrawki i na bazie takich niekompletnych puzzli budowaliśmy obraz świata. Tak też, kiedy spisywałem swoje wspomnienia, co chwilę natrafiałem na gościa, z którym – jak się okazało – mam sporo wspólnego. Chociażby przez kulturę hippie, w powstaniu której sztandarowi bitnicy Jack Kerouac i Allen Ginsberg odegrali kluczową rolę, a przecież byli uczniami Burroughsa.

Album „Cut Up” nagrany został w składzie, który od połowy lat 90. funkcjonował jako zespół 100nka. Skąd zatem to podkreślenie odrębności i sygnowanie płyty nazwą Gralak Quartet?

Ponieważ w znacznej mierze prezentuje ona mój obraz muzyki. Uparłem się, by zrobić z niej album i długo przekonywałem pozostałych do tego, że jest to gra warta świeczki. Jest też i drugi aspekt, bardziej personalny. Koledzy trochę zmęczyli się wspólną grą i trudnościami wynikającymi z utrzymywania projektu, który nie zapewnia stabilnego utrzymania. Postanowili się rozstać. Ja jednak nie chciałem szukać innych muzyków, bo ze 100nką czuję chemię, na każdym poziomie dobrze nam się współpracuje, a tworzenie zespołu od podstaw to bardzo żmudny proces. Skoro więc nie chcieli dalej działać jako 100nka, zaprosiłem ich do nowego projektu. Nie odmówili. (śmiech) Tym magicznym zabiegiem przedłużyłem życie tej świetnej formacji, a sobie radość wspólnego tworzenia. Panowie dalej grają ze sobą, tylko pod innym szyldem, bo naprawdę warto. Orkiestr wszelkiej maści jest niezliczona ilość, ale tak niewiele oryginalnych, mających rzeczywiście coś wartościowego do zaproponowania.

„Cut Up” to świetna płyta pod względem dramaturgii, która znakomicie musi sprawdzać się na żywo. Będziecie grać koncerty z tym materiałem?

Póki co zagraliśmy dwa, z których każdy miał dwie części. Część pierwsza jest bardziej improwizowana w oparciu o kilka sprawdzonych tematów, podczas gdy w części drugiej gramy właściwie cały album. To jest w ogóle ciekawa sprawa, bo to, co zawiera pierwsza i druga część, zasadniczo nie odbiega formalnie od siebie. Znaczy to, że technikę cut up mamy w genach.

Powinienem w ogóle usiąść i rozgryźć kiedyś „Cut Up” na dobre. Burroughs naprawdę wszedł w moje życie i długo nie chciał go opuścić. Jednocześnie był w nim już wcześniej, z czego zdałem sobie sprawę stosunkowo niedawno. Jego inspiracje w blisko dziewięćdziesięciu procentach pokrywają się z moimi fascynacjami związanymi z muzyką, sztuką plastyczną i filmem.

Padło hasło „sztuka plastyczna”, więc nie sposób nie wspomnieć o oprawie graficznej płyty, a zarazem kolejnym akcencie twojej współpracy z Jarkiem Koziarą.

To wielkie szczęście, móc współpracować z Jarkiem. Odkąd pojawił się na horyzoncie, gdzieś na początku lat 90., pozostaję wiernym fanem jego wrażliwości plastycznej i widzenia świata. Mam w zwyczaju zostawiać grafikowi pełną swobodę, przedstawiając jedynie ogólną ideę. W ten sposób zawsze dostaję wspaniały prezent-niesodziankę od kogoś, kogo – jakby nie było – podziwiam. Nie rozumiem muzyków, którzy zapraszają artystów i mówią im, co mają robić. To trochę takie lepienie siebie innymi rękami. W tym wypadku nawet nie próbujcie – z Koziarą ten numer nie przejdzie!

Dodajmy, że płytę wydałeś sam, co też stanowi pewien łącznik z Burroughsem i bitnikami. W końcu byli oni pionierami podejścia w duchu DIY.

A zatem i tu się wszystko zgadza, choć muszę dodać, że nie do końca wydałem „Cut Up” własnym sumptem. Jakiś czas temu poznałem wspaniałego człowieka – bardzo skromnego, acz dysponującego dużymi, ciężko zarobionymi pieniędzmi. Pewnego dnia po prostu zadzwonił do mnie i zaproponował wydanie jakiegoś materiału. Wyobraź sobie, że jest ktoś, kto kocha sztukę i zasponsorował już kilkaset projektów – płyt, książek i in. Mowa tu o Krzysztofie Szukale, któremu przede wszystkim zawdzięczamy powstanie „Cut Up”.

Niemniej dziewięćdziesiąt procent rzeczy, które stworzyłem, wydałem sam. Nie miałem nigdy szczęścia do wydawców. Tym bardziej cieszę się, że na mojej drodze pojawił ktoś, kto jest gotów wspierać wszystkie moje paranoje. (śmiech)

A co z drugim tomem twojej autobiografii „Pomiędzy”?

Jest gotowy od dwóch lat. Czekam tylko na grafikę Jarka. Nie ukrywam, że bardzo podobała mi się robota, którą wykonał przy pierwszym tomie, bo ta książka jest swoistym dziełem sztuki i już samo dotknięcie okładki robi wrażenie. Jarek stał się jednak w międzyczasie rozchwytywanym artystą i nie ma dla mnie już tyle czasu. Może kiedy ten wywiad się ukaże, więcej ludzi zacznie dopytywać: „Koziara, co z nową książką Gralaka?”. (śmiech)

Tymczasem Burroughs jest odkrywany na nowo i nawet w ostatnim czasie ukazują się w Polsce nowe przekłady lub teksty wcześniej niepublikowane. I chyba jest po prostu nawet bardziej aktualny, bo pewne jego spostrzeżenia i prognozy okazały się adekwatne do obecnych czasów.

Zdecydowanie tak. Adekwatna pozostaje przede wszystkim jego postawa. Zawsze czułem, że rebelia w tym świecie jest niezwykle potrzebna. Sam uczestniczę w niej od lat na swój własny sposób na tym naszym podwórku, za to on działał na skalę światową i to na wielu różnych płaszczyznach. Niesamowita postać!

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. archiwum Antoniego „Ziuta” Gralaka

Tematy: , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady