banner ad

Budynek to beton i stal, ale ludzie nadają mu sens – rozmowa z Krzysztofem Mordyńskim, laureatem 19. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy za książkę „MDM. Marszałkowska dzielnica marzeń”

30 lipca 2026

Krzysztof Morodyński, autor książki "MDM. Marszałkowska dzielnica marzeń"

„MDM. Marszałkowska dzielnica marzeń” (wyd. Centrum Architektury) to imponujące solidnością i rozmachem opracowanie przedstawiające historię powstania Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej, będącej swoistym ukoronowaniem powojennej odbudowy stolicy. Pracę Krzysztofa Mordyńskiego doceniła także kapituła Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, przyznając jej laur w kategorii „książka o tematyce warszawskiej”. Przedstawiamy naszą rozmowę z autorem tej wyjątkowej publikacji.

Sebastian Rerak: „MDM. Marszałkowska dzielnica marzeń” nie jest pierwszą książką pana autorstwa poświęconą projektom architektoniczno-urbanistycznym realizowanym w Warszawie po II wojnie światowej. Co sprawiło, że stały się one przedmiotem pana badań?

Krzysztof Mordyński: Mieszkając w Warszawie, na każdym kroku odkrywam, jak wiele różnych warstw historycznych nakłada się tu na siebie, czasem łącząc, innym razem kłócąc. A ponieważ jestem historykiem, badanie tych warstw jest dla mnie po prostu fascynujące. Staram się zrozumieć koncepcję twórców warszawskich budowli, podejść do nich w sposób obiektywny, raczej jak ktoś, kro prosi architekta o wyjaśnienie, a nie przyszedł oceniać. Pisząc „Marszałkowską dzielnicę marzeń”, szukałem więc własnego klucza do rozszyfrowania pewnych zagadek pojawiających się w miejskiej przestrzeni.

I udało się ten klucz znaleźć?

Proponuję go poprzez tę książkę: pamiętając o trudnej historii, doceńmy ludzi, którzy odbudowali Warszawę. Czytelnik może się zgodzić lub nie, ale nie jest to wyłącznie mój osobisty pogląd, bo coraz więcej badaczy zajmuje podobne stanowisko. W moim przypadku wyrasta ono z niezgodny na bardzo proste i zerojedynkowe opisywanie powojennej odbudowy i modernizacji Warszawy jako dzieła komunistycznych władz. Mamy tu do czynienia ze specyficznym związkiem między polityką a urbanistyką i architekturą, aby uniknąć uproszczenia tematu, trzeba zróżnicować perspektywy. Mamy bowiem perspektywę ówczesnej władzy, która postrzegała odbudowę przede wszystkim propagandowo – jako sposób budowy pozytywnego wizerunku i podkreślenia własnej sprawczości, jak również perspektywę architektów i urbanistów, którymi kierowały zupełnie inne motywacje, oni odbudowę i modernizację Warszawy planowali już w czasie wojny w konspiracji. Realizowane wówczas projekty wyrastały z wcześniejszej epoki, w wielu wypadkach były bowiem rozwinięciem jeszcze przedwojennych studiów.

"MDM. Marszałkowska dzielnica marzeń" zdobyła Nagrodę Literacką m.st. Warszawy w kategorii "książka o tematyce warszawskiej"

Książka zaczyna się notabene omówieniem relacji polityki z architekturą. W przypadku Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej kto był ostatecznie górą?

Trudno to jednoznacznie ocenić, ale stawiałbym raczej na architekturę i urbanistykę, dlatego że treści ideologiczno-polityczne z czasem wietrzeją i młodsze pokolenie w ogóle już ich dziś nie odczytuje. Dla wielu starszych różne budynki, na czele z Pałacem Kultury i Nauki, stanowią swoistą pieczątkę komunizmu. Tymczasem młodzi, którzy komunizmu nie doświadczyli, traktują pałac wyłącznie użytkowo i budują zupełnie nowe doświadczenia z nim związane. Może niepotrzebnie wprowadzam podział na starych i młodych, bo linia podziału nie musi być tak jasna, niemniej ułatwia spojrzenie na ten gmach. Współczesna nauka o mieście zauważa, że przestrzeń tworzona jest zarówno materialnie przez obiekty fizyczne, jak i pojęciowo przez ludzi, mieszkańców, użytkowników. Budynek składa się z betonu, stali, kamienia itd., ale to wszystko są materiały dające się czysto technicznie opisać. Natomiast ludzie nadają im sens. Jeśli ktoś korzysta z kina lub kilku teatrów działających w Pałacu Kultury i Nauki, to właśnie one określają pałac dla niego. To zaś, że sam gmach powstał w określonych okolicznościach politycznych, staje się historią, która jest ciekawa do opowiedzenia i warta pamiętania, ale nie determinuje postrzegania.

Projekt MDM był wyjątkowy, jeśli chodzi o rozmach oraz możliwości, jakie budowniczowie zastali na gruzach Warszawy. Nie da się chyba wskazać drugiego takiego przedsięwzięcia w historii Polski?

Były projekty mogące z nim konkurować na jakimś polu, ale ostatecznie MDM istotnie wygrywa jako ten wyjątkowy i cieszący się specjalnym traktowaniem. Wielki rozmach miał też choćby projekt przedwojennej Dzielnicy im. Marszałka Józefa Piłsudskiego, także usytuowanej na olbrzymim obszarze i mającej powstać kosztem kolosalnych środków. Rzecz w tym, że była to dzielnica stricte rządowa, a nie mieszkaniowa. Możemy też wspomnieć o Nowej Hucie, której projekt porównywalny był rozmiarem do MDM, ale jednak na MDM władza przeznaczyła więcej środków, przede wszystkim deficytowych materiałów do budowy i zdobień.

Krzysztof Morodyński z Nagrodą Literacką m.st. Warszawy za książkę "MDM. Marszałkowska dzielnica marzeń"

Krzysztof Morodyński z Nagrodą Literacką m.st. Warszawy za książkę „MDM. Marszałkowska dzielnica marzeń” (fot. Marcin Kłusak)

No właśnie, MDM była poniekąd gablotą wystawienniczą władz PRL. Czy dla osób, które się do niego wprowadzały, zwłaszcza tuż po oddaniu do użytku, nowy meldunek był sprawą prestiżową?

Dla większości tak. Choć może nawet nie tyle prestiżową, co po prostu umożliwiającą zdecydowane polepszenie warunków życia. Patrząc z profesjonalnego punktu widzenia, budowa dzielnicy wiązała się z reformą przestrzeni miejskiej i tego, czym jest miasto. Większość nowych lokatorów doświadczyła olbrzymiego skoku cywilizacyjnego, bo dostawali do użytku sensownie rozplanowane mieszkania z osobnymi: kuchnią, pokojem jadalnym, łazienką i toaletą, a ponadto dostępem do gazu, wody i elektryczności. Wszystko to zaprojektowane było zgodnie z ideami nowej urbanistyki, a więc na podwórku przewidziany był zieleniec, w pobliżu zaś działały żłobki, przedszkola, apteki, sklepy i punkty usługowe. To zaplanowano zresztą nie tylko dla MDM, ale też innych dzielnic, na przykład Muranowa, Koła czy WSM na Mokotowie. Ogólnie wszystko, co ówczesna urbanistyka mogła zaoferować, a czego nie projektowano w śródmiejskiej części Warszawy, powstałej na przełomie XIX i XX wieku. Kto mógł kręcić nosem, wprowadzając się do mieszkań MDM-owskich? Być może osoby, które zaraz po wojnie trafiły na tereny Śląska i Pomorza i tam przez pewien czas zostały osiedlone w olbrzymich modernistycznych mieszkaniach z lat 30., pozostawionych przez Niemców. Na MDM mieszkania podlegały już pewnym rygorom norm. Nadal jednak były o wiele lepsze od tego, z czego przed wojną korzystała większość ludności Polski.

W odniesieniu do MDM pojawia się czasami słowo „utopia”. Czy oryginalny projekt w swojej pełni był niemożliwy do zrealizowania?

Był możliwy do zrealizowania, o czym świadczą te fragmenty, które powstały. Co zatem było utopijne? Przede wszystkim założenie, że ta dzielnica będzie wzorem dla innych. Tymczasem żeby wybudować MDM, zabierano specjalistów z całego kraju i przekierowywano do Warszawy cenne materiały. Wiele inwestycji ucierpiało na rzecz tej jednej. Polski nie było stać na powielenie tego projektu w tak bardzo dekoracyjnej i kosztownej formie. Poniekąd utopią było też to, że urbaniści zaplanowali mieszkańcom życie od A do Z, przewidując na przykład, którędy będą chodzić na spacery. To wynikało jednak ze specyficznej sytuacji, bo do Warszawy przyjechało bardzo wielu ludzi z innych miejscowości, przede wszystkim ze wsi. Przecież połowa mieszkańców stolicy zginęła w trakcie wojny, więc ktoś musiał zaludnić miasto na nowo, zwłaszcza że po odbudowie miało stać się jeszcze większe. Można więc powiedzieć, że urbaniści starali się nauczyć nowoprzybyłych, „jak się mieszka” – jak się użytkuje mieszkania, jak się użytkuje miasto. Może się to wydawać śmieszne, dziwne, a nawet opresyjne, ale stanowiło odpowiedź na zauważalny problem.

W tym miejscu zresztą warto zawrzeć ważny przypis: ludzie często postrzegają MDM jako Plac Konstytucji i inne reprezentacyjne części, nie zdając sobie sprawy z tego, że jest to wielkie osiedle na 80 hektarach dla 45 tysięcy mieszkańców. Wszystko zostało rozplanowane komunikacyjnie, funkcjonalnie i zdrowotnie. Mieszkańcy o tym wiedzą, ale niekoniecznie już turyści, co chciałem zmienić swoją książką.

A czy nie jest też tak, że funkcjonalność MDM może budzić konsternację w czasach, gdy projekty mieszkaniowe nastawione są wyłącznie na zysk? Projekt, który na tyle sposobów miał wychodzić naprzeciw potrzebom mieszkańców, zwyczajnie nas dziś zadziwia?

To bardzo ważne pytanie. Historię badamy po to, żeby wyciągnąć z niej naukę i wiedzieć, co robić współcześnie. Dzisiaj, w zupełnie innych warunkach polityczno-gospodarczych, zadanie dewelopera zostało ograniczone przede wszystkim do wznoszenia budynków mieszkalnych. A gdzie cała reszta? Odpowiadać za nią mają gmina i miasto, ale gdy jest wiele stron, mają sprzeczne interesy, często trudno jest dobrze zaplanować całość, uwzględnić sąsiedztwo szkoły czy sklepów. Pod tym względem to, co wykonali architekci MDM – poza Placem Konstytucji – może zadziwiać. Z pewnością nie da się określić wszystkich potrzeb mieszkańców, ale te główne – jak najbardziej. Dlatego zaskakuje nas, że na terenie MDM są trawniki, na których nikt niczego nie wybudował albo jest wiele przejść skracających drogę, że do sklepu jest blisko, że szkoła jest niedaleko. Bo dzisiaj normą jest, że deweloper zabudowuje działkę i grodzi ją płotem, obok staje kolejny i rośnie nam miasto płotów. Teraz dla porównania spójrzmy na MDM, które ma przemyślany system komunikacji dróg kołowych i pieszych ścieżek, które są wygodne, a równocześnie miały być estetyczne. Co jednak nie wszędzie się udało.

Pan jest osobiście związany z obszarem MDM?

Nie mieszkałem tam nigdy, ale jako dziecko chodziłem do przedszkola położonego na terenie MDM. Myślę, że w jakiś sposób rzutowało to na późniejszą perspektywę. Nie miałem kłopotu z zauważeniem funkcjonalnych wartości projektu architektów, podczas gdy wiele osób patrzy przez filtr perspektywy władz, wszystko interpretuje jako przejaw propagandy. A przecież w tamtych czasach architekci nie mogli inaczej wykonywać swojej misji odbudowy miasta, te budynki musiały być socrealistyczne, niemniej działały jako placówki edukacyjne, społeczne, handlowe oraz mieszkania.

Nie będzie chyba jednak pomyłką powiedzenie, że Nagroda Literacka m.st. Warszawy ma dla pana szczególny posmak?

Nie, nie, jest to oczywiście wspaniałe wyróżnienie. Zwłaszcza nagroda literacka stanowi wskazówkę, że opowiedziałem historię w sposób niehermetyczny, liczę, że ciekawy i – to już dodam jako historyk – pouczający. (śmiech)

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: Marcin Kłusak
Materiał powstał we współpracy z Urzędem m.st. Warszawy.

Tematy: , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady