banner ad

Zmagania z powieścią totalną – recenzja książki „Centrala Europa” Williama T. Vollmanna

10 listopada 2021

William T. Vollmann „Centrala Europa”, tłum. Jędrzej Polak, wyd. W.A.B.
Ocena: 10 / 10

„Centrala Europa” już w formie fizycznej wygląda jak powieściowe monstrum. To prawie dziewięćset stron gęstego tekstu, który wymaga nieustannej uwagi, zamęcza rozedrganą narracją, zmusza do okresowych porzuceń, bo potrzebne są dłuższe momenty na odwyk, ale nie ma przebacz. To po prostu literacki narkotyk, który trzeba zażyć w całości, by po lekturze znaleźć się wreszcie w czytelniczym niebie, mimo że ten rzekomo błogi stan odczuwa się w przypadku „Centrali Europa” jak zstąpienie do piekła.

Opis nie zapowiada tego wszystkiego. Mamy czytać o narodzinach dwóch totalitaryzmów, niemieckiego i rosyjskiego, i przyglądać się im oczami wciąż pamiętanych bądź dawno zapomnianych aktorów tego ponurego, historycznego spektaklu. Czyli raczej nic nowego. Tyle że Hitler rzadko jest tu nazywany Hitlerem, a częściej somnambulikiem bądź lunatykiem i tej konsekwentnej formuły, która już od początku wynosi opisywane wydarzenia i bohaterów na wysoce metaliteracki poziom, Vollmann będzie trzymał się do samego końca, a po finale zostawi nas z obrazem przeraźliwie szarej w barwach Europy Środkowej, po której przeczołgały się złowrogie siły, zamieniając żywych i martwych w postacie z krwawej baśni. Czy też raczej w postacie z historyczno-transowej przypowieści, bo taką formę przybierają kolejne rozdziały tego dzieła – jedne długie i wydające się nie mieć końca niczym zbiorowy gwałt rosyjskich wyzwolicieli Berlina na berlińskich kobietach, inne krótkie i szybkie jak lot wystrzelonego pocisku kalibru 7,65 mm zmierzającego do wnętrza mózgu polskiego oficera w Katyniu. To powieść totalna. Inaczej nie da się jej nazwać i nieważne, czy rozdział jest krótki, czy długi, oba mogą mieć dokładnie tę samą siłę literackiego rażenia.

Aby uciec od budzących pozytywne skojarzenia estetycznych norm przypowieści, to, co tworzy Vollmann, tłumacz Jędrzej Polak określa zbiorem przepowieści, idąc tropem Krzysztofa Rutkowskiego, twórcy cyklu „Pasaży”, który swojemu „Ostatniemu pasażowi” nadał podtytuł: „Przepowieść o byciu byle-jakim”. Przepowieść dlatego, że trudno znaleźć gatunkowy odpowiednik dla literackich wyczynów Vollmanna, który z jednej strony potrafi być porównywany z Lwem Tołstojem i jego klasyczną „Wojną i pokojem”, z drugiej z Thomasem Pynchonem i jego postmodernistyczną „Tęczą grawitacji”. Można by stwierdzić, że „Centrala Europa” to dwudziestowieczna wojenno-muzyczno-erotyczna epopeja, co już wydaje się czytelnikowi bardziej atrakcyjne i przyjazne, tyle że to żadna epopeja w powszechnym znaczeniu tego słowa. Zostajemy zatem przy przepowieści, może dlatego, że narrator – wchodzący z butami w głowy wszystkich postaci, podający się za pracownika tytułowej, wszechwiedzącej telefonicznej Centrali i swobodnie skaczący po odległych o dziesięciolecia chwilach – doskonale wie, co się wydarzy, jakby to przepowiadał, choć dla niego to po prostu już się wydarzyło. Ma jednak zadanie: musi pokazać ukryte oblicze tych wszystkich przepowiedzianych chwil, które w książce Vollmanna zbudowano wprawdzie na konkretnych przypadkach ludzkich żywotów, ale zostały magicznie i metaliteracko przemienione. Wszystko mknie tu przed naszymi oczami w rozedrganym stylu, który nie pozwala się skupić, a jedynie gonić za nieustannym strumieniem słów, biec bez wytchnienia za strzępami głosów wypowiedzianych i niewypowiedzianych, tworzących tę niestabilną literacką strukturę.

Dymitr Szostakowicz jest najczęściej pojawiającą się postacią w powieści i ci, którzy czytali „Zgiełk czasu” Juliana Barnesa, zauważą pewne paralele. Jest to jednak inny Szostakowicz, rozkochany w Elenie Konstantinowskiej, symbolizującej rozjechaną czołgami i zasypaną bombami Europę. Dla Vollmanna jest nieistotne, czy to, co wymyśla na polu intymnej, psychologicznej sfery wiążącej bohaterów, jest zgodne z faktami. Z drugiej strony mamy tu osiemdziesiąt(!) stron przypisów, więc autor stara się być jak najbliżej historycznej prawdy. Przez powieść przewija się także młoda rosyjska partyzantka, Zoja Kosmodiemjanska, powieszona przez Niemców w 1941 roku, której poświęcono jeden z najkrótszych rozdziałów. Są też wielcy przegrani drugiej wojny światowej – niemiecki feldmarszałek Friedrich Paulus i rosyjski zdrajca Andriej Własow – w długaśnych, przerażających opowieściach, w których narrator bez pardonu grzebie w ich rozbolałych od poczucia klęski głowach. Wielkie wrażenie robi również historia o mało znanym trybiku nazistowskiej machiny zagłady, niemieckim oficerze Kurcie Gersteinie, który różnymi sposobami próbował ratować bądź opóźniać śmierć posyłanych metodycznie na śmierć Żydów.

A jednak i tak wszystko to – niemieckie bojówki w brunatnych koszulach, przygnębiające rzeźby i obrazy Käthe Kollwitz, epicka bitwa o Stalingrad czy dzieląca Niemców budowa Berlińskiego Muru – stanowi jedynie przedśpiew tego, co wydarza się, kiedy wreszcie zdobywamy literacki szczyt. Tą wspinaczką czytelnika na literackie K2 staje się opis wielokrotnie przywoływanego w powieści „Kwartetu smyczkowego nr 8 op. 110” Dymitra Szostakowicza, skomponowanego w 1960 roku. To kilka stron, podczas czytania których aż trudno jest nam złapać oddech, bo chłoniemy kumulację wszystkich okropieństw nawarstwiających się w „Centrali Europie”. Nikt inny wcześniej nie opisał tak muzyki, która miała za zadanie oddać wojnę czy – mówiąc dosadniej – walkę o przetrwanie. Może coś podobnego mogłoby wyjść, gdybyśmy połączyli język Doroty Masłowskiej z Celine’em i jego „Podróżą do kresu nocy”. Ale Vollmann, zwalisty jegomość o prosto ciosanej aparycji, jest jeden, tak jak jeden był tłumacz, który mógł porwać się na tę powieść i przetłumaczyć ją na język polski.

„Centrala Europa” została uhonorowana w USA National Book Award w 2004 roku, co oznacza, że musieliśmy w Polsce czekać siedemnaście lat na wydanie książki biorącej w swe mocne objęcia nasz historyczno-kulturowy krąg. Tak blisko istoty wojny był niedawno w „Świeżym” Nico Walker, ale jego nowatorskie wojenne etiudy są przy zmasowanym ataku Vollmanna jak przygrywki, jak piosenki, które udręczony przez władze Szostakowicz musiał dla świętego spokoju i dla mas tworzyć w czasie wojny.

„Centralę Europę” chciałoby się nazwać literacką symfonią, bo tak z czasem zaczyna wybrzmiewać w głowie czytelnika. To jednak nie symfonia, ponieważ wyzwala w nas poczucie nieoczekiwanej intymności w obcowaniu z tekstem, bliższa jest więc czemuś bardziej kameralnemu. Wcale nie oznacza to, że kameralne nie może być szalone i wszechobejmujące. Tak jak „Kwartet smyczkowy op. 110” Szostakowicza, z jego natrętnym, powtarzanym na wszystkie muzyczne sposoby, wkręcającym się w głowę motywem. „Kwartet…”, który po przeczytaniu – albo jeszcze lepiej – w trakcie lektury, musimy odszukać i wysłuchać, próbując jednocześnie nie zginąć pod natłokiem obrazów, które nieustannie produkują porównania Vollmanna i nasze, czytelników-Polaków. Nie da się, nie ma ucieczki, jest tak, jak rozkazał kiedyś Hitler na froncie wschodnim swoim żołnierzom: „ani kroku wstecz”. Nie ma innej opcji. Giń, czytelniku.

Tomasz Miecznikowski

Tematy: , , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje