banner ad

Z rodziny najczęściej wychodzi się po spięciach – recenzja książki „Bilans snów” Chimamandy Ngozi Adichie

8 czerwca 2026

Bilans snów - okładka książkiChimamanda Ngozi Adichie „Bilans snów”, tłum. Kaja Gucio, wyd. Filia
Ocena: 7,5 / 10

„Bilans snów” to lawirująca z gracją między postaciami, klasami i postkolonialnymi bolączkami, odważnie konfrontacyjna powieść o czterech żyjących w Ameryce kobietach znad Zatoki Gwinejskiej. Wszystkie doświadczają kryzysu tożsamości, ponieważ muszą godzić wierność tradycji kultywowanej przez krewnych ze swoimi planami na życie. Adichie opisuje świat, w którym co prawda można szukać miłości za pomocą jednej z aplikacji randkowych, ale bez rodzicielskiego atestu jakościowego do ślubu nie dojdzie. A nierówności, które globalizacja miała wyrównać, tylko się uwydatniły.

Chimamanda Ngozi Adichie to jedna z najszerzej rozpoznawalnych współczesnych pisarek, znana przede wszystkim z manifestu „Wszyscy powinniśmy być feministami” oraz powieści „Amerykaana”, która w 2017 roku, rzecz niebagatelna, została udostępniona w formie e-booka wszystkim mieszkańcom Nowego Jorku. Zanim jednak pisarka stała się gwiazdą amerykańskiej literatury, światowego feminizmu, a nawet popkultury (cytowała ją Beyoncé, Dior stworzył serię koszulek nawiązujących do tytułu jej eseju), pisała o przemocowym patriarchacie w „Fioletowym hibiskusie” oraz wojnie domowej w Nigerii, głodzie i prześladowaniach w „Połówce żółtego słońca”. W przełomowej „Amerykaanie” ukazywała doświadczenia dobrze usytuowanej Nigeryjki żyjącej w Stanach Zjednoczonych. Nowa książka Adichie, pierwsza od ponad dekady, eksploruje zatem tematykę naturalną dla pisarki, nie ma mowy o zaskoczeniu.

„Bilans snów” jest zbiorem powiązanych ze sobą opowieści, które koncentrują się na losach czterech kobiet. Chiamaka i Zikora są zamożnymi Nigeryjkami z ludu Igbo. W Stanach Zjednoczonych diaspora tej ponad 30-milionowej grupy etnicznej liczy 200 tysięcy członków. Finansistka Omelogor jest rozdarta między Nigerią a Stanami Zjednoczonymi. Pochodząca z Gwinei Kadiatou, choć podobnie jak pozostałe bohaterki trafia do kraju niezliczonych szans, znajduje się znacznie niżej od nich w klasowej strukturze społecznej. Jest niebieskim kołnierzykiem, służącą Chiamaki – i nie boi się żadnej pracy, która pomoże jej i jej dzieciom utrzymać się powierzchni.

Chiamaka, którą poznajemy na samym początku, w trakcie skłaniającej do introspekcji pandemii, to piękna kobieta z wpływowej rodziny, która beztrosko zwiedza świat i pisze relacje ze swoich podróży. Robi to dzięki podłączeniu do życiodajnej rodzicielskiej kroplówki. Choć kolejne wydawnictwa i portale odrzucają jej teksty, nadal marzy o wielkiej karierze pisarskiej. Gdy wreszcie na horyzoncie pojawia się szansa, szybko okazuje się, że wydawnictwo zainteresowane jest nie jej twórczością, ale kolejną krwawą opowieścią o Sudanie… z którym ona sama nie ma nic wspólnego, choć Nigeria miała własny konflikt wewnętrzny związany z efemeryczną Biafrą. Drugim wyzwaniem, przed którym staje bohaterka, jest znalezienie życiowego partnera. Poświęcone Chiamace części książki są na dobrą sprawę kroniką jej życia uczuciowego. Kolejni partnerzy – przeintelektualizowany wykładowca Darnell, prostolinijny, ale namiętny Chuka oraz niby idealny, ale jednak żonaty anonimowy Biały Anglik z Essex – pozwalają jej dojrzeć emocjonalnie, a jest to dojrzewanie bardzo bolesne. W opisach relacji z partnerami reprezentującymi określone światopoglądy czytelnikowi unaocznia się postkolonialny i patriarchalny bagaż, jaki dźwiga na swoich barkach Nigeryjka, a także całkowite oderwanie bogatych od problemów biednych.

Chimamanda Ngozi Adichie

Chimamanda Ngozi Adichie (fot. Sizzlipedia/Wikimedia Commons)

Życie Zikory miało przebiegać według scenariusza „najpierw dobrze płatna i prestiżowa praca, potem huczne katolickie wesele, a wkrótce później dwoje dzieci, a może nawet troje”. Szczegóły podlegają modyfikacji – kobieta raz widzi siebie w Londynie, w drodze do biura, kiedy indziej w klimatyzowanym SUV-ie w Lagos, jeszcze innym razem w słonecznej Kalifornii. Swoją część umowy wypełniła, zostając prawniczką w szanowanej kancelarii. Teraz tylko potrzeba partnera jak ze snu. Gdy przełomowe trzydzieste urodziny znikają daleko za plecami, dobiega do niej nieubłagane tykanie zegara biologicznego. Musi jak najprędzej znaleźć dobrze usytuowanego mężczyznę, który zechce mieć z nią dzieci, a przy tym spotka się z akceptacją jej konserwatywnej rodziny. Ponadto Zikora, jako kobieta sukcesu, chce uchronić wszystko to, co osiągnęła ciężką pracą, przed destruktywnym dla kariery losem strażniczki ogniska domowego, żony swojego męża.

Omelogor z kolei jest ekspertką do spraw damsko-męskich, prowadzi poświęconego tej tematyce poczytnego bloga. Na studiach badała wpływ pornografii na umysły mężczyzn, walcząc z uprzedmiotawiającymi kobiety tendencjami w kulturze, nie istnieją dla niej tematy tabu. Zostaje bogatą i cenioną finansistką. Niestety czerpie też korzyści z procederu prania pieniędzy pochodzących z nigeryjskiej ropy. A ten sektor gospodarki Nigerii jest skorumpowany jak każdy inny.

Z nich wszystkich to Kadiatou, wprowadzana na zasadzie klasowego kontrastu, okazuje się najciekawszą i najbardziej autentyczną z bohaterek „Bilansu snów”. W odróżnieniu od pozostałych, zżytych ze sobą kobiet, poznaje najmroczniejsze strony emigracji zarobkowej. Jak zauważa jednak Max Cegielski w Dwutygodniku, jednostkowa robotnicza perspektywa nie równoważy elitarystycznego wielogłosu pozostałych kobiet. Za tę perspektywę narracyjną – podkreśla dziennikarz – oraz swój „za mało radykalny, liberalny feminizm (m.in. przez filozofkę bell hooks) i przynależność do bogatej elity” Adichie bywała ostro krytykowana.

Wiele z zarzutów względem jej twórczości może jednak wynikać z nierozpoznania w podsuwanych stereotypach intelektualnej prowokacji i zachęty do polemiki. „Bilans snów” jest zresztą skonstruowany w sposób, który nie tyle podważa wiarygodność kolejnych narracji, ile trzyma czytelnika w niepewności i zawieszeniu. Za kilka, kilkanaście stron, gdy zmieni się perspektywa, możemy dowiedzieć się czegoś, co diametralnie zmieni nasz sposób myślenia o przedstawionym zdarzeniu czy wprowadzonej postaci. Paulina Januszewska na łamach „GQ” zgrabnie ujmuje to tak: „Adichie nie buduje tu jednej historii, tylko kilka równoległych, nieustannie się przepisujących – każda z bohaterek dostaje własną wersję prawdy, która za chwilę zostaje podważona przez kolejną”.

Wszystkie uwzględnione w „Bilansie…” opowieści pęcznieją od zagadnień związanych z postkolonialnym odczytywaniem historii i geografii świata, emancypacją kobiet i pozorną emancypacją, której kres zadaje doskonale znany patriarchat, czy kapitalistyczną globalizacją, która w Afryce ściera się z czarną tradycją i narzuconymi z zewnątrz monoteizmami. Twórczość Adichie często przypomina mi pisarstwo Abdulrazaka Gurnaha, noblisty pochodzącego z Zanzibaru. Oczywiście Gurnah pisał o Afryce Wschodniej, a bohaterki Adichie, jak ona sama, wywodzą się z Afryki Zachodniej (i nie mamy prawa wrzucać ponad 1,5 miliarda Afrykanów do jednego worka), jednak oboje opisują rany zadane globalnemu Południu przez stulecia eksploatacji i ekstrakcji oraz brzydkie blizny, które po nich pozostały. Warto podkreślić, że Adichie wgłębia się w zagadnienie kolonializmu i wydobywa na wierzch tak niewygodne kwestie jak niewolnictwo istniejące w Afryce niezależnie od europejskich zdobywców, a także brutalny kolonializm arabski.

„Bilans snów” to nie tylko książka ukazująca szerokie plany społeczny i historyczny, genderowy i klasowy, ale też dzieło bardzo intymne, zarówno w sferze doświadczeń wewnętrznych, jak i w sensie biologicznym. Autorka pisze o poczuciu presji otoczenia, psychologii samotności, odrzucenia i niespełnienia oraz o fizycznych, bardzo trudnych aspektach kobiecości – traumie obrzezania praktykowanego w wielu ludach afrykańskich i bólu porodu, który stanowi istotny element życia wielu kobiet sprowadzanych do roli reproduktorek.

Ze względu na dość dużą objętość, około 450 gęsto zadrukowanych stron, wszystkie akcenty, o których wspominałem, porozkładane są równomiernie, dzięki czemu nie odczuwamy przesytu, a jedynie progresywne dokładanie ciężaru. Z pewnością warto w trakcie lub jeszcze przed lekturą odświeżyć historię kolonizacji i dekolonizacji Afryki Zachodniej, aby uniknąć uproszczeń interpretacyjnych i oddalić ryzyko egzotyzacji problemów.

Jacek Adamiec

Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: recenzje