banner ad

Z miłości do kina – recenzja książki „Pewnego razu w Hollywood” Quentina Tarantino

21 września 2021

Quentin Tarantino „Pewnego razu w Hollywood”, tłum. Maciej Potulny, wyd. Marginesy
Ocena: 8 / 10

Quentin Tarantino, jeden z najpopularniejszych reżyserów w Hollywood, zapowiedział, że po nakręceniu swojego dziesiątego filmu zrezygnuje ze stania za kamerą i rozpocznie karierę pisarską. Twórca „Pulp Fiction” znany jest z postmodernistycznej zabawy kinowymi gatunkami, brutalnych scen przemocy oraz błyskotliwych dialogów. Czy te cechy charakterystyczne odnajdziemy w jego książkowym debiucie, „Pewnego razu w Hollywood”?

W 2019 roku do kin trafił film „Pewnego razu… w Hollywood” napisany i wyreżyserowany przez Quentina Tarantino. Był to nostalgiczny list miłosny do końca lat 60. – tamtego kina, tamtej muzyki, tamtych czasów. Prezentując kilka równolegle prowadzonych wątków, Tarantino zabierał nas na melancholijną przejażdżkę po zalanych słońcem ulicach Los Angeles u boku gwiazd filmowych, wśród rodzącej się kontrkultury i hipisowskich ugrupowań. Na miasto patrzyliśmy oczami kilkorga bohaterów – Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio), przebrzmiałego aktora telewizyjnego; jego przyjaciela i dublera, kaskadera Cliffa Bootha (nagrodzony Oscarem Brad Pitt) oraz młodej aktorki u progu wielkiej kariery, Sharon Tate (Margot Robbie). Nielinearnie prowadzona fabuła stawiała bardziej na oddanie specyficznego klimatu tamtych lat niż opowiedzenie mięsistej historii. Tarantino czerpał z wydarzeń historycznych, na ekranie prezentował losy autentycznych postaci, ale traktował je dość frywolnie, często przeinaczając i naginając fakty (spadkobiercy Bruce’a Lee wytoczyli mu proces za przedstawienie wojownika w złym świetle).

Książkowa wersja scenariusza filmu to pod wieloma aspektami całkowicie oryginalna rzecz. Choć punkt wyjścia, charaktery bohaterów oraz ogólny przebieg akcji są podobne, to Tarantino zupełnie inaczej rozkłada akcenty w powieści. Szokujący finał produkcji z 2019 roku jest tu zaledwie wspomniany (i to już w 1/4 książki, co jasno daje do zrozumienia, że wydarzenia te nie są żadną kulminacją). Wiele scen znanych z filmu rozgrywa się „między rozdziałami”. Niekiedy poprzedzają to, co znamy ze srebrnego ekranu (nadając filmowej akcji dodatkowy kontekst), innym razem rozgrywają się później, a tym samym domykają pewne wątki lub pokazują następstwa konkretnych scen z filmu.

Przykładem może być scena, w której zawiedziony sobą Rick Dalton demoluje przyczepę – w produkcji z 2019 roku to jedna z mocniej zapadających w pamięć sekwencji z popisowym występem Leonardo DiCaprio. W książce Tarantino pokazuje nam, co działo się później, wspominając, że Rick musi posprzątać bałagan, którego narobił, i wymyślić jakąś wymówkę, która usprawiedliwi rozbite lustro. To oczywiście jeden z mniej ważnych przykładów (resztę pozwolę wam poznać samodzielnie, by nikomu nie psuć zabawy). Napiszę tylko, że w powieści dowiadujemy się między innymi, co naprawdę stało się z żoną Cliffa, jak kaskader wszedł w posiadanie psa Brandy, w jaki sposób Charles Manson rekrutuje kolejnych wyznawców do swojej sekty oraz jakie techniki reżyserskie stosował Roman Polański, kręcąc „Dziecko Rosemary”. Dostajemy też „sceny usunięte”, te, które wypadły w montażu. W tym – jeśli wierzyć wywiadom z Tarantino – jego ulubioną scenę z całego filmu, którą jednak musiał usunąć dla dobra dramaturgii.

Quentin Tarantino

Zdarzają się też sekwencje przeniesione wprost ze scenariusza filmu. Jednak i one najczęściej się różnią. Moment, w którym Cliff podwozi hipiskę-autostopowiczkę na ranczo Spahna, w książce jest dużo ostrzejszy – kuszenie mężczyzny idzie dalej, co trudno byłoby pokazać na ekranie bez podnoszenia kategorii wiekowej obrazu. W kinowej wersji pojawiały się fragmenty stylizowane na odcinki seriali telewizyjnych – w książce dostajemy kilka rozdziałów, które przypominają literaturę wagonową i koncentrują się na westernowej fabule serii „Lancer”, w której gra Dalton. Z kolei początkowe spotkanie Ricka z agentem, który chce go zaangażować do roli w spaghetti westernie, rozgrywa się w innym miejscu, a przede wszystkim stanowi cały pierwszy rozdział. Znany z uwielbienia dla niekończących się dialogów Tarantino w powieści znajduje miejsce, którego nie miał w filmie – tu wreszcie jego postacie mogą porządnie się wygadać nieograniczone filmowym metrażem. Dialogi są ostre, zabawne, pełne dygresji – pod tym względem dostajemy to, do czego Tarantino już nas przyzwyczaił w swojej twórczości. Tylko jest tego dużo, dużo więcej.

Jednocześnie jako debiutujący pisarz ani przez moment nie daje nam zapomnieć, czyja to książka. Tarantino to twórca, który wychował się w wypożyczalni kaset VHS, a jego filmy są postmodernistyczną sklejką motywów, scen i archetypicznych bohaterów znanych z kina gatunkowego i tanich powieści. Nic dziwnego, że w książce filmowiec przemyca liczne ciekawostki na temat Hollywood i gwiazd srebrnego ekranu. Rzuca tytułami, nazwiskami aktorów i reżyserów, w materię powieści wplata przemyślenia, analizy i interpretacje na temat m.in. filmów Polańskiego, Akiry Kurosawy czy Ingmara Bergmana. „Pewnego razu w Hollywood” można czytać z notatnikiem i długopisem, by w trakcie lektury zapisywać tytuły do nadrobienia w wolny wieczór. Dla miłośników kina – nie tylko tego wyreżyserowanego przez Quentina Tarantino – to prawdziwa gratka.

Zapowiedź powieści bazującej na scenariuszu filmu z 2019 roku nie wydawała się szczególnie ekscytująca. Najczęściej tego typu twory to pisane przez ghostwriterów bryki z fabuły dzieła filmowego. Jednak debiutancka powieść Tarantino udowadnia, że nie zawsze musi tak być. „Pewnego razu w Hollywood” (bez wielokropka znanego z tytułu filmu) to pełnoprawna fabuła, rozwijająca i pogłębiająca to, co znamy ze srebrnego ekranu. Zabawna, zaskakująca i porządnie napisana. Liczne konteksty wzbogacają materiał wyjściowy, a pod względem warsztatu to rzecz – nomen omen – bardzo „filmowa”. Akapity, w których reżyser szczegółowo opisuje, co się dzieje, układają się w głowie czytelnika w gotowe ujęcia – znając filmografię Tarantino, łatwo można wyobrazić sobie, jak wyglądałyby na ekranie. „Pewnego razu w Hollywood” to bardzo sprawny debiut, który powinni docenić nie tylko miłośnicy twórczości Quentina Tarantino. Książkę czyta się błyskawicznie, a po wszystkim ma się apetyt na więcej.

Jan Sławiński

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje