banner ad

Wampiryczne delirium – recenzja komiksu „Universal Monsters: Dracula” Jamesa Tyniona IV i Martina Simmondsa

1 kwietnia 2026

James Tynion IV, Martin Simmonds „Universal Monsters: Dracula”, tłum. Bartosz Czartoryski, wyd. Lost in Time
Ocena: 9 / 10

U Jamesa Tyniona IV i Martina Simmondsa mit hrabiego Draculi powraca w formie, jakiej dawno nie widzieliśmy – bardziej jako duszny koszmar niż klasyczna opowieść o wampirze. Ich „Dracula” to hipnotyzujący, malarski horror, który zamiast straszyć wprost, powoli sączy niepokój i rozkłada rzeczywistość na kawałki.

Choć mit Draculi został przez popkulturę wykorzystany niemal do granic, wciąż co jakiś czas pojawiają się dzieła, które przypominają, że ową granicą reinterpretacji klasyki jest wyłącznie ludzka wyobraźnia. Wampir z Transylwanii bywał już romantyczny, bywał też groteskowy, przerażający czy nawet karykaturalny, ale dopiero współcześni twórcy coraz śmielej odrywają się od dosłowności, traktując go jako symbol – uosobienie choroby rozlewającej się w ludzkiej psychice. Na podobnych fundamentach zbudowany został niedawny filmowy „Nosferatu” Eggersa, podobnie też sprawa ma się z komiksem Jamesa Tyniona IV i Martina Simmondsa, który zamiast opowiadać znaną historię na nowo, rozbiera ją na poszczególne obrazy lęków i emocji.

Fabuła skupia się tu przede wszystkim na Renfieldzie, trafiającym do szpitala psychiatrycznego pod opiekę doktora Sewarda. Już od pierwszych stron wiemy, że jego opowieści o tajemniczym „panu” balansują na granicy szaleństwa i przerażającej prawdy. Narracja przeskakuje między relacją Renfielda a obserwacjami Sewarda, który z rosnącym niepokojem próbuje zrozumieć naturę choroby pacjenta. W tle pojawia się Lucy, stopniowo pogrążająca się w czymś, co trudno nazwać jedynie przypadłością medyczną. Sam Dracula zaś pozostaje niemal niewidoczny. Funkcjonuje jako złowroga siła, cień przesuwający się za wydarzeniami, obecność bardziej wyczuwalna niż widoczna i dopiero w dalszej części historii zaczyna stanowić realne fizyczne zagrożenie. To właśnie ten zabieg sprawia, że nie mamy do czynienia z klasyczną opowieścią o starciu z potworem, lecz raczej zapisem powolnego poddawania się jego wpływowi.

Już sam fakt takiego podejścia mógłby sugerować, że komiks będzie skupiał się przede wszystkim na oddaniu dusznej atmosfery narastającego zagrożenia, ale w tym wypadku to zdecydowanie za mało powiedziane. Plansze aż zioną niesamowitym klimatem. To historia wypełniona krwią – nie tyle w sensie brutalności, ile w sposobie, w jaki pulsuje napięciem i niepokojem. Tynion w swej narracji umiejętnie przeskakuje między perspektywami Renfielda i Sewarda, budując poczucie ciągłej niepewności. Dracula stopniowo staje się siłą dominującą, czymś, co nie tylko przewyższa bohaterów, ale wręcz wymyka się ich rozumieniu. Dzięki temu autor uzyskuje kluczowe dla grozy wrażenie wyścigu z czasem i walki, która być może od początku skazana jest na porażkę.

Jednocześnie komiks wyraźnie pokazuje, że słowo nie zawsze jest tu najważniejsze. Nastrój bardzo często budują same grafiki, a opowieść chętniej rozwija się obrazem niż dialogiem. Dzięki temu tempo pozostaje znakomite, a czytelnik zanurza się w historii bez poczucia przeciążenia tekstem. Każda plansza wydaje się przemyślana jako osobny element narracji, a jednocześnie część większej, dusznej całości.

Ogromna w tym zasługa Simmondsa, którego prace są jednym z najmocniejszych punktów komiksu. Kolejne kadry zaprojektowane są z niezwykłą pomysłowością. Zbliżenia płynnie przechodzą w szerokie ujęcia i odwrotnie, tworząc wrażenie niestabilności, jakby rzeczywistość bohaterów nieustannie się rozpadała. Artysta perfekcyjnie uchwycił nastrój gotyckiej grozy i sennego koszmaru, który stopniowo przejmuje kontrolę nad światem przedstawionym. Powyginane, upiorne kształty, rozpryski czerwieni i obłęd w oczach postaci sprawiają, że każda plansza działa niemal fizycznie, wywołując dyskomfort. Równie istotną rolę odgrywa kolor. Paleta barw potrafi przejść od niemal chorobliwej bladości do wściekle intensywnych odcieni, oddających zarówno majaczenie na granicy jawy i snu, jak i nagłe wybuchy agresji. Kolory nie tylko ilustrują wydarzenia, ale wręcz komentują stan psychiczny bohaterów, stając się integralną częścią opowieści.

W efekcie otrzymujemy komiks, który nie próbuje konkurować z klasycznymi adaptacjami „Drakuli”, lecz idzie własną drogą. To nie jest historia o wampirze jako postaci, a raczej o jego wpływie i ludziach, którzy zbyt późno orientują się, że mają do czynienia z czymś, czego być może nie da się powstrzymać. Tynion i Simmonds udowadniają zatem, że nawet najbardziej wyeksploatowany mit może wciąż budzić grozę, jeśli tylko znajdzie się dla niego nowy język.

Maciej Bachorski

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: recenzje