banner ad

Walcząc z demonami przeszłości – recenzja książki „Sanatorium” Sarah Pearse

22 lutego 2022

Sarah Pearse „Sanatorium”, tłum. Magda Witkowska, wyd. Prószyński i S-ka
Ocena: 7 / 10

Literackie debiuty to dla czytelnika zawsze loteria – zdarzają się wśród nich pozycje, które mimo znakomitego pomysłu dość wyraźnie tracą przez brak doświadczenia autora, ale bywają również takie, które bez większych oporów można by przypisać twórcom z długim stażem. Powieść Brytyjki plasuje się gdzieś pośrodku.

Fabuła „Sanatorium” zabiera nas do Alp Szwajcarskich, gdzie w kurorcie Crans-Montana na gruzach dawnego szpitala dla gruźlików wybudowany został ekskluzywny hotel. To właśnie tam wraz ze swoim chłopakiem wybiera się główna bohaterka, zmagająca się z zawodową traumą policjantka Elin Warner, w celu wzięcia udziału w przyjęciu zaręczynowym dawno niewidzianego brata Isaaca. Towarzysząca spotkaniu lawina emocji spotęgowana napiętymi relacjami rodzeństwa to jednak ledwie wierzchołek góry lodowej problemów, jakie wkrótce staną się udziałem kobiety – zwłaszcza gdy w hotelu zostanie popełnione morderstwo, a kontakt ze światem zewnętrznym zostanie odcięty przez szalejące śnieżyce. Od tego momentu zdana tylko na siebie i swój spryt Elin będzie musiała podjąć niewygodną grę z mordercą, który zdaje się za każdym razem wyprzedzać ją o krok i – jak wszystko wskazuje – jest w jakiś sposób powiązany z tragiczną przeszłością bogatego w historię miejsca.

Rozpoczynając przygodę z „Sanatorium”, trzeba niewątpliwie uzbroić się w spore pokłady cierpliwości – to bowiem definitywnie jedna z tych książek, które rozkręcają się bardzo powoli. Sarah Pearson cegiełka po cegiełce buduje nam profile psychologiczne swoich bohaterów, sięgając po retrospekcje i urywane myśli plączące się po ich głowach. Choć ma to swoje uzasadnienie w dalszej części fabuły, gdy okazuje się, że znakomita większość występujących w książce postaci przez własną przeszłość jest w pewien sposób naznaczona, a nawet po dziś dzień definiowana, to jednak trudno nie zauważyć, że przez długo rozpędzający się pierwszy akt powieści właściwa akcja nie rusza z miejsca, a potencjalny konflikt zostaje ledwie zarysowany.

Na szczęście obok obszernej ekspozycji postaci „Sanatorium” – jak przystało na thriller z elementami powieści gotyckiej – z równą pieczołowitością skupia się na scenerii. Zderzenie nowoczesności i przytłaczającego przepychu z cokolwiek wątpliwą historią miejsca akcji zostaje tu zgrabnie ujęte przez Pearse w partiach opisowych, tworząc charakterystyczną dla gatunku atmosferę niepewności i zaszczucia, z której to książka wydatnie korzysta, kiedy historia rozkręci się już na dobre.

Nie da się bowiem ukryć, że gdy autorka fabularną lokomotywę już odpowiednio rozpędzi, kolejne wypadki zaczynają toczyć się w iście lawinowym tempie – wewnętrzne rozważania postaci ustępują miejsca budującym napięcie sekwencjom, kolejne rozdziały są krótsze, a autorce udaje się wykreować nieopuszczające czytelnika poczucie wyścigu z czasem. Udanie prezentują się też zwroty akcji i podsuwane przez Brytyjkę mylne tropy dotyczące tożsamości mordercy – w trakcie lektury będziecie bawić się w podejrzenia, kto zabił, ale dopiero w samej końcówce powinniście dać radę wytypować prawidłowo sprawcę.

O ile zatem „Sanatorium” ma nieco problemów na starcie i wymaga od czytelnika pewnej wyrozumiałości, ostatecznie wynagradza to emocjonującym rozwinięciem i zakończeniem, które oddaje sprawiedliwość obu stronom konfliktu. To zdecydowanie duże osiągniecie jak na debiut i choć pierwszą powieść Sarah Pearse nie można określić idealną czy szczególnie nowatorską, z całą pewnością pozostawia poczucie sytości, a jednocześnie… rozbudza apetyt na więcej. Co – nie zdradzając szczegółów – wcale nie jest takie nieuniknione.

Maciej Bachorski


Tematy: , , ,

Kategoria: recenzje