W służbie cywilizacji – recenzja książki „Listonosz” Davida Brina
David Brin „Listonosz”, tłum. Michał Jakuszewski, wyd. Zysk i S-ka
Ocena: 7,5 / 10
Literatura postapokaliptyczna przyzwyczaiła nas do ponurego obrazu przyszłości, który ma pełnić rolę ostrzeżenia. Tymczasem David Brin w „Listonoszu” zamiast skupiać się wyłącznie na ruinach, zadaje znacznie ciekawsze pytanie: co dalej? Jak odbudować cywilizację, kiedy wszystko, co ją tworzyło, legło w gruzach? I czy do rozpoczęcia tego procesu wystarczy jedna iskra nadziei?
Dla wielu czytelników pierwszym skojarzeniem z „Listonoszem” będzie zapewne ekranizacja książki z Kevinem Costnerem wyświetlana w Polsce pod tytułem „Wysłannik przyszłości”. Film z 1997 roku przeszedł do historii niekoniecznie tak, jak chcieliby jego twórcy – głównie za sprawą pięciu Złotych Malin i miażdżących recenzji krytyków. Mimo tego historia nieoczywistego bohatera przemierzającego zniszczoną Amerykę w stroju listonosza i wlewającego nadzieję w serca ludzi, którzy dawno ją utracili, miała w sobie coś ujmującego. Książka Brina pozwala poznać źródło tej opowieści, ale też wątki, które w filmowej adaptacji pominięto.
Głównym bohaterem jest Gordon Krantz, samotny wędrowiec przemierzający tereny dawnej Ameryki po wojnie, która doprowadziła do upadku państwa i rozpadu społeczeństwa. Mężczyzna nie jest wojownikiem, przywódcą ani tym bardziej wybrańcem losu. Utrzymuje się dzięki występom aktorskim, za które otrzymuje jedzenie i schronienie w kolejnych osadach. Podczas jednej podróży łupem bandytów pada niemal cały jego dobytek. Szukając sposobu na przetrwanie, natrafia na ciało listonosza. Zabiera mundur zmarłego i torbę z niedostarczonymi listami. Decyzja, która początkowo wydaje się zwykłą próbą wykorzystania okazji, uruchamia lawinę wydarzeń wpływających na losy całego regionu. Gordon zaczyna przedstawiać się jako przedstawiciel odradzającego się rządu Stanów Zjednoczonych i służby pocztowej. I choć jest to kłamstwo, wkrótce orientuje się, że ludzie rozpaczliwie chcą w nie uwierzyć.
„Listonosz” to w dużej mierze powieść drogi. Wraz z Gordonem odwiedzamy kolejne osady, poznajemy ich mieszkańców, obserwujemy różne sposoby radzenia sobie z nową rzeczywistością i stopniowo składamy obraz świata przedstawionego. Sam Gordon nie jest człowiekiem z powołaniem. To pragmatyk, momentami wręcz oportunista wykorzystujący nadarzające się okazje dla własnych korzyści. Tak też powstaje jego opowieść o odrodzonych Stanach Zjednoczonych. David Brin miał jednak znacznie ambitniejszy pomysł niż prostą historię o drobnym cwaniaczku funkcjonującym na zgliszczach cywilizacji.

David Brin (fot. mat. prasowe)
„Listonosz” to bowiem nie książka o kłamstwie, lecz o tym, jak kłamstwo może stać się prawdą. Autor fascynująco pokazuje mechanizm narodzin mitu. W świecie pogrążonym w chaosie wystarczy iskra i wiara, że ktoś jeszcze czuwa nad resztkami dawnego świata, by kolejne społeczności przyłączyły się do wyimaginowanego rządu, zaczęły współpracować, organizować wymianę informacji i odbudowywać więzi. Obserwowanie, jak wielokrotnie powtarzane kłamstwo zaczyna się materializować, to jeden z najciekawszych motywów całej powieści i zarazem źródło jej niezwykłego optymizmu.
Brin nie twierdzi przy tym, że ludzie są z natury dobrzy. Świat „Listonosza” jest niebezpieczny. Nie brak w nim fanatyków i brutali gotowych wykorzystać słabszych. Autor wyraża przekonanie, że cywilizacja wprawdzie nie jest czymś danym raz na zawsze, ale jednak procesem, który można rozpocząć od nowa. Nawet jeśli fundamentem okaże się historia wymyślona przez przypadkowego wędrowca.
Osoby znające „Wysłannika przyszłości” Costnera odnajdą tutaj większość elementów z fabuły filmu, ale książka oferuje znacznie bogatszy świat. Pojawiają się dodatkowe wątki, które przesuwają proporcje opowieści bardziej w stronę fantastyki naukowej, jak choćby motyw Cyklopa, tajemniczej sztucznej inteligencji, która miała przetrwać katastrofę i nadal wpływać na losy ocalałych.
Wydany pierwotnie w połowie lat 80. „Listonosz” pozostaje jedną z bardziej nieoczywistych książek postapokaliptycznych. Zamiast celebrować koniec świata, skupia się na jego odbudowie. To opowieść o sile symboli, znaczeniu wspólnych idei i potrzebie wiary w coś większego niż własne przetrwanie. David Brin stworzył historię, która przypomina, że cywilizacje nie powstają wyłącznie dzięki technologii czy militarnej potędze. Powstają, bo ludzie wierzą, że przyszłość może być lepsza od teraźniejszości. I właśnie dlatego „Listonosz” wyróżnia się w gatunku zdominowanym przez mrok i beznadzieję. Wszyscy przecież potrzebujemy czasem odrobiny światła.
Maciej Bachorski
TweetKategoria: recenzje














