banner ad

W sieci sekretów i kłamstw – recenzja książki „Debit” C.J. Tudor

9 października 2024

C.J. Tudor „Debit”, tłum. Tomasz Wyżyński, wyd. Czarna Owca
Ocena: 6,5 / 10

Postapokaliptyczny thriller, opowieść o jątrzącej niezabliźnione rany chęci zemsty czy wreszcie wielopoziomowa fabularna układanka, w której nic nie jest tym, czym się z początku wydaje. „Debit” autorstwa C.J. Tudor jest tym wszystkim naraz. Z jakim skutkiem?

Fabuła „Debitu” skupia się na trójce postaci, które znalazły się w samym środku zupełnie różnych, choć równie dramatycznych wydarzeń. Mamy zatem Hannah, studentkę elitarnej uczelni, która wraz z grupką kolegów i koleżanek uczestniczy w autobusowym wypadku. Młodzi ludzie muszą przezwyciężyć wzajemne animozje, by wydostać się z wraku. Jest też Megan, uwięziona z kilkoma obcymi osobami w zawieszonym nad ziemią wagoniku kolejki linowej. Trzeci bohater to chroniący się w ośrodku narciarskim – a zarazem tajnym ośrodku badawczym – Carter, który stawia czoło zagrażającej życiu awarii. Problemy całej trójki wkrótce zrobią się jeszcze bardziej palące. Jest bowiem środek zimy, a z oddali słychać basowy pomruk nadciągającej burzy śnieżnej. Czas na to, by znaleźć wyjście z opresji, kończy się niebywale szybko, a jak wszyscy się przekonają, gdy przychodzi do walki o przetrwanie, nie można ufać nikomu.

„Debit” to jedna z tych książek, które od pierwszych stron krzyczą w kierunku odbiorcy, że tu nie ma czasu do zmarnowania. Krótkie, obliczone na wywarcie maksymalnego efektu zdania, całe mrowie dynamicznych dialogów i następujące po sobie w regularnych odstępach fabularne wolty wynikają z konsekwentnie realizowanego przez C.J. Tudor zamysłu. Przyjmując solidne punkty wyjścia dla poszczególnych wątków, autorka szybko przechodzi do eskalacji. Każde drobne zwycięstwo kończy się tu znacznie większym problemem, a jakby tego było mało, w miarę rozwoju fabuły kolejne postaci odkrywają skrzętnie skrywane karty, niejednokrotnie stawiając na głowie teorie, które zdążyliśmy wysnuć. Wszystko to, rzecz jasna, na pewnym etapie zbiegnie się ze sobą… choć niekoniecznie w taki sposób, w jaki można byłoby się tego spodziewać.

Autorka stawia na efekt szokowy i w tym zakresie osiąga górne rejony literackiej skali, podporządkowując jednemu celowi fabularny rytm. Im dalej jednak w śnieżną zamieć, tym lepiej w „Debicie” poznajemy świat przedstawiony. Choć pomysł Tudor trudno nazwać szczególnie przełomowym na tle znanej dobrze literatury postapokaliptycznej, a w pewnym aspekcie daje się wręcz zauważyć dość wyraźne inspiracje, to brytyjska pisarka pamięta, by nadać wprawionej w ruch lawinie przyczynowo-skutkowej odpowiedni kontekst.

Pędząca niczym TGV akcja i konieczność wiarygodnego spasowania ze sobą wszystkich detali to zwykle prosta droga do tego, by w innych obszarach książki wypaść nieco gorzej. W przypadku „Debitu” dotyczy to charakterystyki postaci. O ile stojąca w centrum wydarzeń trójka bohaterów została na tyle rozbudowana, by ich motywacje były zrozumiałe, tak już drugi i trzeci plan wypada blado. To w zasadzie gromadka przemieszczających się tu i tam personifikacji różnych stereotypów, których losem zwyczajnie nie sposób się przejąć. Przeciętnie prezentuje się również finał historii, któremu co prawda trudno zarzucić brak logiki, ale trudno też nazwać go emocjonującą kulminacją.

„Debit” swoje atuty opiera przede wszystkim na nieprzewidywalności i precyzyjnie poukładanej, dynamicznej historii. Jeśli to komuś wystarczy, to spędzi z powieścią C.J. Tudor kilka udanych godzin.

Maciej Bachorski


Tematy: , ,

Kategoria: recenzje