banner ad

W pułapce bez wyjścia – recenzja książki „Ruiny” Scotta Smitha

29 sierpnia 2022

Scott Smith „Ruiny”, tłum. Danuta Górska, wyd. Vesper
Ocena: 8 / 10

Twórcy horrorów udowodnili nam niejednokrotnie, że w kwestii uśmiercania bohaterów ich wyobraźnia nie zna granic. Jeśli jednak wydaje wam się, że czytaliście już wszystko, wyprawa na pewne oplecione winoroślą meksykańskie wzgórze skutecznie wyprowadzi was z błędu.

Choć główny antagonista „Ruin” bezdyskusyjnie wpisuje się w kategorię tych nietuzinkowych, zabieg fabularny zastosowany przez Scotta Smitha, by bohaterów doń doprowadzić, to już rzecz znacznie bardziej znana i w gatunku po wielokroć stosowana. Oto bowiem na wstępie książki poznajemy czwórkę Amerykanów – Amy, Stacy, Jeffa i Erica – spędzających suto zakrapiane wakacje w Meksyku. Rutyna leniwie upływających dni nie wszystkim z nich odpowiada, toteż gdy na horyzoncie pojawia się obietnica przygody w dżungli, nikogo nie trzeba dwa razy namawiać. Niewinna wyprawa w poszukiwaniu brata poznanego na miejscu Mathiasa nieoczekiwanie przybiera dramatyczny ton, gdy amatorska ekspedycja dociera do podnóża tajemniczego wzniesienia. Jeden krok za daleko, a bohaterowie w mgnieniu oka zostają otoczeni przez mieszkających w pobliskiej wiosce Majów, którzy najwyraźniej chcą uniemożliwić im powrót. Mogąc jedynie piąć się w górę na wspomniane wzniesienie, młodzi ludzie zaczynają z wolna uświadamiać sobie, że znaleźli się w całkowicie niewytłumaczalnej sytuacji – a gdy przyjdzie im odkryć, co stoi za tak gwałtownym zachowaniem tubylców, na ratunek może być już za późno.

„Ruiny” na pierwszy rzut oka nie zamierzają wychodzić poza gatunkowe standardy. Scott Smith nie traci przesadnie miejsca na ekspozycję postaci czy głębsze zarysowanie ich początkowego położenia. Z biegiem czasu okazuje się to w pełni przemyślanym zabiegiem. Wstęp o dynamice niczym z kilkunastoletniego slashera na dobre ustawia tempo opowieści, a bohaterowie sprawiający wrażenie chodzących zlepków stereotypów nabierają charakteru wprost proporcjonalnie do rosnącej dramaturgii sytuacji. To ostatnie udaje się zresztą Smithowi oddać wręcz modelowo, a dezorientacja i presja czasu ciążące na bohaterach wkrótce stają się wyznacznikiem podejmowanych przez nich decyzji. Jakby tego było mało, Amerykanin na wprowadzenie najpoważniejszego zagrożenia z rozmysłem czeka do momentu, gdy zarówno czytelnikowi, jak i bezpośrednim uczestnikom dramatu wydawać się może, że to już koniec rewelacji. Dojmujące poczucie zamknięcia w potrzasku jest tu więc potęgowane kolejną, czającą się tuż poza zasięgiem wzroku katastrofą.

Wszystko to ubrane jest w niezwykle przystępny, precyzyjny styl. Smith nie należy do autorów, którzy nieustanie bawią się słowem czy nadużywają metafor, ale „Ruiny” wcale tego nie potrzebują. Jest szybko i brutalnie – dokładnie tego wymaga ukierunkowana na rozrywkę lektura. Jeśli zaś chodzi o elementy gore, to bywają opisane iście bezpardonowo – jak choćby w scenie amputacji nóg jednego z bohaterów. Smith nigdy jednak nie stawia rozlewu krwi ponad rozwojem fabuły, a anatomiczne szczegóły łączy z tym, co dla zwiększenia efektu należy pozostawić czytelniczej wyobraźni.

„Ruiny” to doskonały przykład tego, że dobry horror wcale nie potrzebuje za wszelką cenę wyłamywać się poza schemat. Wręcz przeciwnie: czasem to właśnie znane i sprawdzone rozwiązania mogą okazać się najprostszą drogą do sukcesu. O ile oczywiście zostaną odpowiednio przemyślane i w autorski sposób dostosowane do pomysłu na historię. Scottowi Smithowi taki manewr zdecydowanie się udał. Te szczególne wakacje z jego bohaterami zapamiętacie na bardzo długo.

Maciej Bachorski


Tematy: , , , , , ,

Kategoria: recenzje