Świntuszenie i świnie – recenzja książki „Obiekty głębokiego nieba” Jakuba Małeckiego

12 listopada 2025

Jakub Małecki „Obiekty głębokiego nieba”, wyd. SQN
Ocena: 6 / 10

„Obiekty głębokiego nieba” to książka śmiała jak na prozę family friendly Małeckiego i dość nieśmiała jak na literaturę. Pisarz opowiada o życiu erotycznym i rodzinnym czwórki swingujących, zagubionych trzydziestoparolatków ze stolicy. Otrzymujemy ponadto ucieczkę z miasta na wieś jako symboliczny powrót do prawdziwego życia oraz awans społeczny i emancypację przez literaturę. Wreszcie – silne przesłanie ekokrytyczne.

Wyobrażam sobie, że w 2015 roku, po wielkim sukcesie „Dygotu”, wydawnictwo SQN postawiło Małeckiemu na biurku metronom, który tyka raz do roku. I kiedy wybija ponownie, musi być już gotowa nowa książka. Demoniczny pakt okazał się przekleństwem uzdolnionego pisarza. To, co zaczęło ukazywać się po „Rdzy”, to w większości powieści sprawne literacko, ale i pisane pod algorytm – mogłyby powstać na kanwie badań nastrojów rejestrowanych podczas spotkań z autorem w domach kultury. Wprawdzie Małecki niezmiennie poruszał ważne ogólnoludzkie tematy i niekiedy silił się na literackie eksperymenty (choćby serwując kolejne warianty książek w książkach i opowieści w opowieściach), to jednak wypuszczał powieści może nie najgorsze, ale na pewno niedopracowane i ckliwe. Typowy „zdolny, ale leniwy”. A do tego bardzo ostrożny.

Problemem książek pisarza od dawna była również objętość – mimo że miały około 250 stron, można było przeczytać je w parę godzin. A wszystko dzięki brawurowemu rozświetleniu stronnic oraz niezliczonym pustym kartkom między rozdziałami i częściami. W takim „Święcie ognia” jest ich ponad 40 (!) na 254 strony. A oprócz tego były przecież strony zadrukowane do połowy, albo i mniej. Szczytowym osiągnięciem w dziedzinie sztucznego zwiększania objętości okazał się „Korowód” z 2024 roku, w którym Małecki znalazł uzasadnienie fabularne dla kolejnych pustych stron – były to zalane, niemożliwe do odczytania fragmenty książki na którymś poziomie szkatułkowej konstrukcji. I tu pojawia się dobra wiadomość – najnowsze „Obiekty głębokiego nieba” nie są sztucznie rozdęte. To uczciwe 300 stron. Niestety treść nadal jest powierzchowna, bo pisana w biegu.

Janek i Iga to para trzydziestolatków z warszawskiej klasy średniej. Janek robi remonty bogatszym od siebie ludziom, pochodzi ze wsi i był kiedyś drugi w konkursie polonistycznym. Coś tam napisał, ale później nie miał już o czym. Za młodu połknął pszczołę. Iga pracuje w korporacji, robi audyty. Janka mało to w sumie interesuje. Żyją w mieszkaniu kupionym przez jej rodziców. Iga czyta książki, ale nie takie ambitne jak Janek. Przyjaźnią się z Weroniką, młodą matką łączącą pracę ze wszystkim innym, oraz Mateuszem, nieco próżnym maklerem. Postaci jakie są, każdy widzi. Raczej nie zaskakują.

Pewnego razu, podczas niezobowiązującej prywatki, znajomi grają w wyzwanie i Weronika, bo na nią padło, całuje Janka na oczach reszty. Tak się zaczyna. Niby po fakcie jest Jankowi nieco dziwnie, ale już w trakcie następnego spotkania dochodzi do podmianek – Janek idzie na stronę z Weroniką, a Iga na górę z Mateuszem. A trzeba zaznaczyć, że Janek, za którym zazwyczaj podążamy w „Obiektach…”, uprawia seks tylko z miłości (gdy kiedyś jakaś dziewczyna uklękła przed nim w toalecie, było mu źle, taki wrażliwy młodzieniec). Miłość zatem musiała się pojawić. Sytuacja jest rozwojowa – każdy z wierzchołków tego czworokąta odnajduje w relacji z nowym partnerem to, czego mu do tej pory w życiu brakowało. Pary swingują sobie w najlepsze do czasu, gdy okazuje się, że Mati i Wera robią tak też z innymi parami… Janka boli serce.

Jakub Małecki (fot. mat. prasowe SQN)

Jak nietrudno się domyślić, małżeństwa Janka i Igi oraz Mateusza i Weroniki poddane zostaną próbie. Do tej pory jest to rozgrywające się w nowych blokach wielkomiejskie romansidło, które nieco udaje głębszą opowieść o pustce w kapitalizmie. Ciekawiej jednak dzieje się na drugim planie, a potem już na pierwszym. Tam ojciec Janka, Paweł, żyje na wsi bez żony (która odeszła przed laty), ze świniami i wyjątkowo złośliwą odmianą nowotworu – makroglobulinemią Waldenstroma. Hobby mężczyzny to rezolutne zwierzęta gospodarskie, których nie zjada, za to je fotografuje. Zupełnie nieironicznie, fragmenty opisujące więź Pawła ze zwierzętami są najlepszymi w powieści.

„Po kilku tygodniach pomalował jedną ze ścian w korytarzu na grafitowo, przeczytał gdzieś, że na takim tle portrety nabierają głębi. Ustawiał tam później kolejno swoje sześć świń, przesuwał, obracał, poprawiał, czasami najpierw szorował im pyski albo czesał je szczotką o sztywnym włosiu, za spokojne pozowanie nagradzał jabłkami i marchwią”. Zebrał w ten sposób kilka tysięcy zdjęć. W końcu miał ich dość. „Pierwszego dnia, kiedy nie zjawił się, żeby je fotografować, świnie wyły w chlewie, najwyraźniej tęskniąc do tych wyjść. Co jakiś czas przychodził więc po nie, ustawiał je na tle grafitowej ściany i nagradzał marchwią. (…) tylko udawał, że robi zdjęcia, i od tamtej pory nie zdejmował nawet zaślepki z obiektywu”.

Przy okazji innych świńskich wątków ktoś mógłby pisać o bambinizacji, ja z tym jednak nie mam problemu. Świniobicie skończyło się dla Pawła wkrótce po odejściu żony, Marysi. To, dlaczego ojciec nagle przestał być zdolny do zabijania i konsumpcji zwierząt, pozostaje tajemnicą, na której rozwiązanie trzeba cierpliwe poczekać. Interesujący jest zarówno stosunek Pawła do zwierząt z gospodarstwa (później w jego życiu pojawia się też lis), a także do byłej żony – jako wzorowy stalker regularnie podjeżdża pod jej dom, przez co ta chce dzwonić na policję. Zakłopotany i poszukujący własnej tożsamości Janek zbliża się do ojca, a jednocześnie pisze swoją życiową opowieść, odkrywając terapeutyczną rolę literatury (później odkryję ją też Iga). Sukces pisarski przychodzi mu łatwo. W wydawnictwach tylko czekali na kolejny dowód zwrotu ludowego w literaturze.

Nowa książka Małeckiego to ponownie sprawnie warsztatowo napisana powieść o poplątanych ludzkich losach, samotności, namiętności i zazdrości. Pisarz co prawda ukazuje życie klasy średniej w dużym mieście, ale brakuje mu przenikliwości nawet nie tyle Masłowskiej z „Magicznej rany”, co choćby Adrianny Alksnin z „Kiedy to wszystko się skończy, będziemy innymi ludźmi”. W prosty sposób przeciwstawia miastu-ułudzie autentyczne życie wiejskie. Akcja „Obiektów…” zaczyna się w bliżej nieokreślonej współczesności (nieco przed pandemią?), a kończy się kilkanaście lat później. Rozczaruje się jednak ten, kto oczekiwałby jakichś futurystycznych wizji – przyszłość jest tu mglista i ledwo zarysowana.

„Obiekty głębokiego nieba” są jednak pod pewnymi względami książką unikalną w dorobku księcia wzruszeń i emocji buzujących w niedopowiedzeniach. To powieść – zwłaszcza na początku – buchająca erotyzmem. Małecki pisze o seksie dość śmiało, jednak nie tak śmiało, by zbulwersować swoje zagorzałe czytelniczki (bo to właśnie one dominują m.in. na profilach pisarza). Dlatego piersi, uda i pośladki to maksimum, żadnych organów. Narrator namiętnie lubi opisywać, jak kobiety siadają na bohaterze. To albo fantazja, albo niedopracowanie stylistycznie. Małecki o fizyczności i słodyczach alkowy pisze harlequinowo. W sposób prosty, ale jednocześnie bezwzględnie podniosły – Janek klęka między „rozchylonymi nogami” bohaterki, wie, że „jeśli zaraz się w niej nie znajdzie, to oszaleje”. Pisze niby eksplicytnie, ale jednak moralnie odpowiedzialnie. Ojciec Janka na przykład (ale nie w związku z powyższym) budzi się rano z „pożądaniem”. Nie erekcją, nie wzwodem, a z pożądaniem właśnie. Na Boga, dobrze, że nie doświadczył „małej śmierci”! Niemniej pojawienie się seksu, a nawet masturbacji (bo kobiety też mają potrzeby, chce pokazać Małecki), to duży plus w stosunku do książek poprzednich, choćby „Święta ognia”, gdzie pisarz miał wspaniałą okazję, żeby w odważny sposób napisać o seksualności dziewczyny niepełnosprawnej umysłowo, romantycznie zainteresowanej mężczyzną, o wszystkich tych wykluczeniach, ale z niej nie skorzystał. Aha, tytuł „Obiekty głębokiego nieba” pewnie w jakiś kosmaty sposób możemy odnieść do łóżkowych doświadczeń postaci (albo do kultowego „Głębokiego gardła” Gerarda Damiano?), ale na poziomie podstawowym to po prostu odniesienie do pasji jednego z bohaterów, Pelikana, kolegi z roboty Janka, który zajmuje się astrofotografią.

Tylna okładka książki (fot. mat. prasowe SQN)

Dygresja, choć w temacie: na tylnej okładce, na tle księżyca, przeczytamy hasła takie jak „przyciąganie”, „ciało”, „bliskość”, „odwaga” czy „relacja”. Rozumiem dwuznaczność metaforyki, niestety nieznośnie przypomina to te wszystkie plakaty z napisami w stylu: „W tym domu jesteśmy szczerzy, popełniamy błędy, mówimy przepraszam” itd.

Zaletą „Obiektów…” jest to, że Małecki w końcu stał się bardziej wyrazisty. Dowodem tego niech będzie, że przeszedł test leków – posługuje się przynajmniej kilkoma ich nazwami. Pojawia się Sevredol, Transtec czy Matrifen – a zatem złota onkologiczna trójca, czyli morfina, buprenorfina i fentanyl. Wcześniej leki funkcjonowały u pisarza jako idee leków. Baletnica Łucja ze „Święta ognia”, ciężko kontuzjowana i szykująca się do najważniejszego w życiu spektaklu, brała po prostu tabletki przeciwbólowe. W aptece mówili jej, że bierze najmocniejsze i bez recepty już nie można nic zrobić. Więc ona dalej brała garściami leki przeciwbólowe bez recepty, które nic nie dawały. Co jest absurdem, bo Łucja musiała mieć świadomość, że istnieją też leki przeciwbólowe na receptę, i bez trudu załatwiłaby od lekarza Skudexę albo Doretę na tę swoją kontuzję. W innej powieści Małeckiego z kolei ktoś zabijał się z wykorzystaniem nieokreślonych tabletek nasennych. Nazwijmy to lazy-drugs-writing. Moja mama jest farmaceutką, czyta i lubi Małeckiego, a nawet często w dyskusjach go broni. I on w ten sposób jej i innym znającym temat po prostu urągał. Dlatego w imieniu mamy farmaceutki: dziękuję. Choć Małecki tego nie przeczyta, bo – jak twierdzi – nie czyta recenzji.

A bardzo dobrze by mu zrobiło, gdyby w końcu zaczął je czytać, bo siedząc w swojej ciepłej bańce pochlebstw i wzruszeń, nie rozwija się. Albo się rozwija, a zaraz później na powrót zwija. Powinien też omówić z wydawnictwem strategię pisarską – bo chyba autor z takim nazwiskiem nie podpisał jakiegoś niewolniczego kontraktu. Gdyby nie oddawał co roku nowej książki, tylko mógł pisać w tempie innych popularnych pisarzy środka, jak Orbitowski, Twardoch czy Żulczyk, wyszłoby to jemu i czytelnikom na dobre. Widać, że „Obiekty…” to znowu książka pisana w pośpiechu. Pomijając już kwestie fabularne, które być może nieco trywializuję, pojawiają się zdecydowanie zbyt blisko siebie powtórzenia tych samych konstrukcji zdaniowych.

„Obiekty…” są w ogólnym rozrachunku powieścią niezłą, którą czyta się z sympatią do bohaterów (zwłaszcza do ojca i jego świń), czasem z zaangażowaniem, niestety niekiedy również z zażenowaniem. To proza bezpieczna, udająca wyzwoloną, produkt idealny dla hardcore’owego fanabase’u. Po stronie zalet zapisuję silne przesłanie prozwierzęce i subtelne zachęty do niejedzenia mięsa. Kolejna średnia książka pisarza, który kiedyś potrafił pisać bardzo dobrze. Nie odradzam, nie namawiam – no chyba że dla wątku świńskiego.

Jacek Adamiec


Tematy: , , , , , ,

Kategoria: recenzje