Świat legend i magii – recenzja komiksu „Haerelands. Zbiór pierwszy” Wojciecha Odronia i Jacha Kaczmarczyka
Wojciech Odroń, Jachu Kaczmarczyk „Haerelands. Zbiór pierwszy”, wyd. Kultura Gniewu
Ocena: 7 / 10
W gatunku fantasy większość nowych opowieści przypomina echo istniejących już historii. Opublikowany przez Kulturę Gniewu debiut Wojciecha Odronia i Jacha Kaczmarczyka udowadnia jednak, że nawet dobrze znane motywy można przedstawić tak, by dało się poczuć powiew świeżości.
Tworzenie nowych światów fantasy w dzisiejszych czasach to zadanie bez mała karkołomne. Gatunek, który przez dekady zdążył wypracować własne schematy i archetypy, właściwie nie wybacza wtórności. Każda kolejna kraina przypominająca średniowieczną Europę i każda historia o magii, władzy czy przeznaczeniu natychmiast prowokuje porównania do klasyki pokroju „Władcy Pierścieni” czy bardziej współczesnych fenomenów jak „Gra o tron”. W tym kontekście debiut komiksowy „Haerelands” Wojciecha Odronia i Jacha Kaczmarczyka jawi się jako próba tyleż odważna, co obarczona sporym ryzykiem.

Na album składają się trzy opowieści osadzone w różnych miejscach i okresach tytułowej krainy – na terenach przypominających środkowo-zachodnią Europę. Każda z tych historii funkcjonuje jako zamknięta całość, ale jednocześnie sprawia wrażenie fragmentu większej, dopiero zarysowywanej mitologii. Pierwsza, wyraźnie inspirowana legendami arturiańskimi, opowiada o próbie przechytrzenia śmierci i niszczącej sile rywalizacji. Druga skupia się na zdradliwej naturze magii, pokazując, jak łatwo ulec jej złudnemu urokowi. Trzecia, najdłuższa, sięga po motyw marynarskiego przesądu mówiącego, że kobieta na pokładzie przynosi pecha, tylko po to, by przewrotnie udowodnić, że odwaga i bohaterstwo nie mają nic wspólnego z płcią.
Różne regiony krainy, odmienne historie, lekko zaznaczona obecność magii i realia przypominające średniowiecze – wszystko to brzmi co najmniej znajomo. A jednak „Haerelands” robi coś, co w tym gatunku rzadko się zdarza. Podczas lektury pojawia się bowiem specyficzne odczucie obcowania z czymś „znalezionym”, jakby ten album nie był nowym komiksem, lecz księgą odkrytą w zakurzonej, oświetlonej świecami zamkowej bibliotece.

Ogromna w tym zasługa formy wydania i oprawy graficznej. Stylizacja na średniowieczne iluminacje służy nie tylko jako ozdobnik, ale integralna część narracji. Proste, czytelne kadry nie próbują przytłoczyć odbiorcy detalami, lecz prowadzą go płynnie przez historię. Dzięki temu zebrane w albumie opowieści zyskują baśniowy charakter, a ich morały wybrzmiewają mocniej, niż gdyby podano je w bardziej realistycznej, czy też – jak kto woli – „nowoczesnej” estetyce.
Same historie również korzystają na takim koncepcie. Każda z nich przypomina krótką przypowieść zmierzającą do wyraźnej puenty. Nie ma tu miejsca na rozbudowane intrygi polityczne czy wielowątkowe epopeje. Zamiast tego dostajemy zwarte narracje o uniwersalnych wartościach: ambicji, pokusie, odwadze i uprzedzeniach. To właśnie dzięki temu „Haerelands” unika wielu pułapek współczesnej fantasy, która często tonie w nadmiarze niezbyt odkrywczych szczegółów. 88-stronicowy album zostawia niedosyt, ale to przyjemny niedosyt. Taki, który rodzi ciekawość co dalej, a nie poczucie, że czegoś tu zabrakło, by było to dobre wydawnictwo.

To wszystko sprawia, że mimo pewnej wtórności założeń komiks Odronia i Kaczmarczyka potrafi się wyróżnić. „Zbiór pierwszy” to bardzo udane otwarcie serii, które spodoba się czytelnikom szukającym w fantasy powiewu świeżości. Jeśli kolejne części utrzymają ten poziom i rozwiną świat przedstawiony, „Haerelands” ma szansę stać się czymś więcej niż tylko ciekawostką.
Maciej Bachorski
TweetKategoria: recenzje















