banner ad

Spokojnie. To się zmontuje – recenzja komiksu „Krew dziewicy” Sammy’ego Harkhama

26 marca 2026

Sammy Harkham „Krew dziewicy”, tłum. Wojciech Góralczyk, wyd. Kultura Gniewu
Ocena: 9 / 10

„Krew dziewicy” to komiks Sammy’ego Harkhama, który po polsku opublikowało wydawnictwo Kultura Gniewu. W fabule albumu to także film z gatunku exploitation nakręcony na obrzeżach Hollywood w latach 70. XX wieku – dzieło stworzone z plastikowej scenografii, a także marzeń jednych i chęci łatwego zysku drugich.

Amerykańskie kino eksploatacji to fascynujący kawałek historii kinematografii. Nurt taśmowo realizowanych filmów, które w bezpardonowy sposób stawiały na eksces – krew, nagość i często gumowe potwory. Walory produkcyjne miały drugorzędne znaczenie: wiele tytułów dzieliło na przykład tę samą scenografię i kostiumy, co pozwalało zaoszczędzić, kręcąc jedną produkcję za dnia, a inną w nocy w tym samym miejscu. Liczył się spryt i pomysłowość, aby ograniczonymi środkami stworzyć rozrywkę (często wątpliwej jakości). Były to zazwyczaj bardzo tanie i bardzo złe filmy, ale dla wielu twórców stanowiły cenny poligon doświadczalny. Właśnie pod skrzydłami producenta Rogera Cormana – niekwestionowanego króla eksploatacji – debiutowali między innymi James Cameron, Martin Scorsese, Peter Bogdanovich czy Francis Ford Coppola, kręcąc rzeczy, których się zapewne później wstydzili. Ale liczyła się możliwość wejścia w reżyserskie buty, stanięcia za kamerą, pracy w wymarzonej branży. Te motywacje łączą ich z bohaterem „Krwi dziewicy”.

Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że w kinie eksploatacji najważniejszą rolę odgrywał montaż: nie było rzeczy, której nie można było uratować w postprodukcji. W trakcie zdjęć wycofano finansowanie, w efekcie czego nie zrealizowano kilku kluczowych dla fabuły scen? Dokrętki realizowano w innej lokalizacji lub o innej porze dnia? Podczas kręcenia musiano wymienić głównego aktora albo improwizowano, bo scenariusz nie był gotowy? „Spokojnie. To się zmontuje”.

Bohatera „Krwi dziewicy” poznajemy, gdy pracuje jako montażysta, a po pracy dłubie przy scenariuszu i ciągle liczy na wielką szansę, która pozwoli mu zrealizować wymarzony projekt, czym da dowód swojego geniuszu i miłości do X Muzy. Szansa wreszcie się pojawia: jego tekst trafia do realizacji, a seria niefortunnych zdarzeń na planie sprawia, że po pewnym czasie projekt traci reżysera. Seymour wchodzi na jego miejsce, a produkcja staje się jeszcze bardziej chaotyczna. Twórczym zmaganiom z materią (wszystko, co może iść źle, idzie jeszcze gorzej) towarzyszy postępujący rozpad życia rodzinnego. A to wszystko w słonecznym Los Angeles 1971 roku, gdzieś na zapleczu rodzącej się właśnie legendy Nowego Hollywood.

Komiks Sammy’ego Harkhama powstawał czternaście lat. To opowieść pełna szczegółów, po której widać włożone w nią serce. Autor, zanim zadebiutował albumem, przez lata pracował przy innych komiksach jako redaktor (a jeden z prowadzonych przez niego magazynów był tak eksperymentalny, że doprowadził do splajtowania całego wydawnictwa). Nic więc dziwnego, że „Krew dziewicy” to opowieść w pełni przemyślana i podporządkowana autorskiej wizji, w której znaczenie ma każda decyzja artystyczna – od konkretnych rozwiązań fabularnych, przez rozmiar kadrów na stronie, po wykorzystanie koloru. Mimo że Harkham opowiada o świecie kina, to nie próbuje na siłę przekładać środków filmowego wyrazu na język komiksu. Z oczywistych względów pewne zabiegi są podobne – w obu przypadkach mówimy przecież o przekazie wizualnym – ale Harkhama nie interesują nachalne paralele, które mogłyby być po prostu kiczowate.

W parze z odważnymi eksperymentami narracyjnymi (urwane wątki, liczne dygresje, pewne powtarzające się motywy) idzie fabularna przejrzystość. Choć to komiks fragmentaryczny, dość szorstko zmontowany (jakby twórcy niekiedy brakowało materiału – co świetnie współgra z tematem „Krwi…”), to Harkham w pełni panuje nad narracją i za pomocą w sumie prostych środków formalnych (stosowanie większej liczby kadrów na stronie, zmiana ich rozmiaru, intensyfikacja lub minimalizacja roli dialogu) umiejętnie manipuluje tempem opowieści i nastrojem czytelnika. Nie robi tego jednak, by sztucznie wywołać łzy czy tani szok. Wszystkie zabiegi podporządkowane są samej historii – o pewnym mężczyźnie, który posiadał wielkie ambicje, ale nie potrafił ogarnąć swojego życia. Seymour to postać jednocześnie fascynująca (każdy, kto kiedykolwiek marzył o pracy twórczej, może w nim dostrzec znajomą naiwność), a jednocześnie zepsuta i żałosna, mogąca uczęszczać na tę samą terapię, co bohaterowie Joe Matta („Spust”) czy Chestera Browna („Na własny koszt”).

„Krew dziewicy” zabiera nas do fascynującego świata dawnego kina – tym ciekawszego, że tego mniej reprezentatywnego. Amatorskie plany filmowe, aktorzy nienawidzący swojej roboty, obskurne kina wyświetlające równie obskurne i amatorskie double feature, a pośród tego wszystkiego Seymour. Zakręcony na punkcie kinematografii, zaniedbujący rodzinę dla nieuchwytnego marzenia, rzucający się wir pracy – szybko zostaje porwany przez tornado. Traci kontrolę nad własnym filmem, który nigdy nie miał być Dziełem. Dla właściciela wytwórni i producentów wylegujących się nad basenem to tylko jeden z dziesiątek tytułów. Film ma powstać ekspresowo, ultra tanio, przynieść szybki zysk i zostać zastąpiony przez kolejny. Tego za wszelką cenę nie chce zaakceptować bohater, okłamujący wszystkich wokół, a najbardziej chyba siebie samego.

„Spokojnie. To się zmontuje” – właśnie wedle tej dewizy zdaje się żyć Seymour, choć tak naprawdę im więcej stron przewracamy, tym większe mamy wątpliwości, że bohaterowi uda się wyjść zwycięsko z nierównego starcia z rzeczywistością. Nastrój całości podpowiada, że o hollywoodzkim cukierkowym happy endzie nie może być mowy. Ale Harkham darzy swojego bohatera sympatią i po licznych bolesnych potknięciach (tak prywatnych, jak i zawodowych) finalnie pozwala mu się podnieść, choć mamy świadomość, że pewne rany nigdy się nie zagoją. „Krew dziewicy” to komiks wielowarstwowy, do którego na pewno warto wracać, bo jest w nim sporo do odkrywania. W przeciwieństwie do Seymoura – Sammy Harkham, pracując nad swoim albumem czternaście lat, naprawdę stworzył Dzieło.

Jan Sławiński

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: recenzje