Różne stadia psychozy – recenzja książki „Oczy są najsmaczniejsze” Moniki Kim
Monika Kim „Oczy są najsmaczniejsze”, tłum. Natalia Laprus, Wydawnictwo Poznańskie
Ocena: 7,5 / 10
Psychologiczna i namacalna groza wcale nie muszą funkcjonować na przeciwległych biegunach horroru, a najbardziej sugestywny efekt można osiągnąć wtedy, gdy pierwsza powoli i metodycznie przeobraża się w drugą. Tak właśnie się dzieje w powieści „Oczy są najsmaczniejsze” Moniki Kim.
Ji-won jest młodą Amerykanką koreańskiego pochodzenia, której życie zaczyna rozsypywać się wraz z odejściem ojca. Dziewczyna musi mierzyć się nie tylko z rodzinnym kryzysem, ale też z własnymi problemami związanymi z dorastaniem i presją studiów. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy w życiu jej matki pojawia się George, biały mężczyzna o intensywnie niebieskich oczach, którego Ji-won i jej siostra od początku nie darzą szczególną sympatią. Niechęć bohaterki stopniowo zaczyna przeradzać się w obsesję, a tę podsycają coraz bardziej makabryczne sny. Szczególne miejsce zajmują w nich oczy George’a. Wyrwane z oczodołów, soczyste i zadziwiająco apetyczne…
Zanim jednak Monika Kim przejdzie do epatowania makabrą, przez długi czas skupia się na rodzinnych relacjach i tym, jak szybko dom z bezpiecznej przystani może przeobrazić się w miejsce, z którego najchętniej chciałoby się uciec. Bohaterowie pozostają autentyczni w przeżywaniu kolejnych turbulentnych zmian, nawet jeśli momentami można odnieść wrażenie, że autorka zrzuca na ich barki całą lawinę problemów, jak gdyby sprawdzała, ile jeszcze psychika jest w stanie udźwignąć.
„Oczy są najsmaczniejsze” zwracają uwagę na problematykę nierówności ekonomicznych i rasowych, dorastania i odkrywania własnej seksualności oraz toksycznej męskości. Kim opisuje codzienność Azjatów żyjących w Stanach Zjednoczonych, skonfrontowaną z emigracyjnymi marzeniami o nowym życiu. Dzięki temu lepiej rozumiemy narastającą frustrację Ji-won.

Monika Kim, autorka powieści „Oczy są najsmaczniejsze”
Spytacie: a gdzie właściwie w tym wszystkim podział się horror? Autorka ma jednak na to plan i sukcesywnie uwydatnia napięcie buzujące pod powierzchnią. Groza początkowo objawia się niemal niezauważalnie, w coraz mocniej ciążącym na umyśle bohaterki poczuciu osaczenia i mimowolnego wikłania się w sytuację bez wyjścia, następnie przybiera postać postępującej paranoi, niepokojących fantazji o przemocy i rosnącej obsesji na punkcie nowego partnera matki. W połączeniu z komplikującym się życiem uczuciowym samej Ji-won wszystko to zbija się w coraz gęstszą masę szaleństwa.
„Oczy…” można zatem odczytywać nie tylko jako opowieść o jątrzącej się nienawiści, ale też wiwisekcję pękającego umysłu. Granica pomiędzy tym, co Ji-won jedynie sobie wyobraża, a tym, co gotowa jest naprawdę zrobić, zaczyna się zacierać. Groza stopniowo nabiera fizycznego wymiaru, a kiedy bohaterka przekracza kolejne granice, wszystko zaczyna zmierzać w kierunku gore. Autorka wykorzystuje body horror wraz z całą jego fizjologiczną dosłownością, oczy przestają być już tylko symbolem, a ich konsystencję można niemal poczuć na języku.
Kim pisze precyzyjnie i nie przeciąga scen bez potrzeby, a pozornie spokojniejsze partie niemal zawsze dokładają coś do charakterystyki bohaterów lub atmosfery. Poważniejszą rysą na szkle okazuje się niestety zakończenie. Prawdę mówiąc, im bliżej finału, tym bardziej możemy zastanawiać się, jak autorka zamierza wiarygodnie wybrnąć z sytuacji, którą sama wykreowała. Odpowiedź rozczarowuje, bo oprócz dość znaczącego zwrotu fabularnego, który… zasadniczo nic nie zmienia, tak jakby koncepcja zmieniła się w ostatniej chwili, pisarka nagle zaczyna naginać rzeczywistość do potrzeb fabuły. Do finału nie prowadzi zatem przekonujący ciąg przyczynowo-skutkowy, zmierzamy do niego, bo właśnie takiego rezultatu potrzebuje historia.
Byłoby niesprawiedliwe pisać, że zakończenie całkowicie przekreśla kilkaset wcześniej przeczytanych stron. „Oczy są najsmaczniejsze” pozostają najzupełniej udanym debiutem. Monika Kim najpierw pozwala swoim bohaterom pękać od środka, a dopiero później zaczyna interesować się tym, co można wyrwać i… skonsumować. Szkoda tylko, że po tak cierpliwym i konsekwentnym budowaniu szaleństwa zabrakło równie przekonującego pomysłu na postawienie ostatniej kropki.
Maciej Bachorski
TweetKategoria: recenzje














