banner ad

Riot Grrrl’s not dead – recenzja książki „Do przodu, dziewczyny!” Sary Marcus

22 czerwca 2022

Sara Marcus „Do przodu, dziewczyny! Prawdziwa historia rewolucji Riot Grrrl”, tłum. Andrzej Wojtasik, wyd. Czarne
Ocena: 8 / 10

Książka Sary Marcus to pasjonujący dokument o ruchu, który zmienił kulturowy i polityczny krajobraz nie tylko undergroundowej Ameryki. A nade wszystko sprawił, że tysiące młodych kobiet poczuło, że ich głos jest słyszany.

Na początku lat 90. Stany Zjednoczone nie tyle dryfowały w stronę nowego konserwatyzmu, co pruły ku niemu pełną parą. W administracji George’a Busha seniora silną pozycję zdobyli religijni fundamentaliści, domagający się pełnego zakazu aborcji. Prawa mniejszości były zagrożone, a kobiety odsyłano znów do wypełniania ról pokornych matek i żon. Temu ostatniemu wtórowały zresztą media głównego nurtu, obwieszczające, że Ameryka końca wieku nie potrzebuje już feminizmu.

Młode kobiety miały prawo czuć się zagrożone nie tylko przez kneblujące je decyzje płynące z Kapitolu, ale i przez wszechobecną agresję. Molestowanie, gwałty, przemoc domowa były powszechne. Nawet jeśli cały kraj zdawał się traktować je jak wstydliwy rodzinny sekret, o którym nie powinno się mówić głośno.

Reakcją na taki stan rzeczy musiał być oddolny protest, a idealny wehikuł do jego wyrażenia znajdował się w scenie punkowej. Zgodnie z nieśmiertelną zasadą DIY (do it yourself) zbuntowane dziewczęta zaczęły tworzyć fanziny, organizować protesty, zakładać zespoły muzyczne. Tworzyły nieformalną sieć wsparcia oraz platformę wyrażania i wymiany poglądów, niezależne od jakichkolwiek instytucji. Znamienne skądinąd, że epicentrum ruchu ulokowało się w Olympii w stanie Waszyngton, mieście odległym nie tylko geograficznie od blichtru Nowego Jorku czy Los Angeles.

Jeden z zinów wydawanych przez członkinie ruchu Riot Grrrl.

„Do przodu, dziewczyny!” znakomicie rekonstruuje cały ten proces. Z wywiadów, fanzinowych publikacji, doniesień medialnych czy wreszcie tekstów piosenek i manifestów wyłania się obraz epoki oraz gorączkowa intensywność ruchu, który co prawda zaistniał na stosunkowo krótki czas, ale jego duch pozostaje wciąż żywotny. Dowód? Przypomnijmy sobie formę protestów Strajku Kobiet. Nawet jeśli autorki wszystkich tych subwersywnych haseł i przewrotnych transparentów nie słyszały nigdy o punk rocku i Riot Grrrl, to sięgnęły po charakterystyczne dla nich strategie.

Książka Sary Marcus ukazuje bodaj ostatni moment w historii, kiedy w rozwiniętym demokratycznym kraju udział w kontrkulturze wiązał się z niebezpieczeństwem. Niebezpieczeństwem, którego źródłem były jednocześnie: legalna przemoc państwa, wszechobecne (nawet wśród punków) machismo i zakusy mainstreamowych mediów, by przedstawić Riot Grrrl jako fanaberię nawiedzonych małolat, gotowych kastrować samców sekatorami.

Jedynym mankamentem książki jest jej dość gwałtowne zakończenie. Owszem, sam ruch uległ rozpadowi w ciągu kilku lat, niemniej jego idea kontynuowana jest przez jego dawne uczestniczki oraz dziewczyny, które po dziś dzień znajdują w nim źródło inspiracji. O tym właściwie Marcus wspomina jedynie w krótkich biogramach swoich rozmówczyń. Biorąc jednak pod uwagę, że jej dzieło ukazało się oryginalnie w roku 2010, nowe edycje należałoby opatrzyć co najmniej dodatkowym rozdziałem.

Sebastian Rerak


Tematy: , , , , , ,

Kategoria: recenzje