banner ad

Przez festiwal do serca – recenzja książki „Cannes. Religia kina” Tadeusza Sobolewskiego

24 lipca 2025

Tadeusz Sobolewski „Cannes. Religia kina”, wyd. Agora
Ocena: 8 / 10

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Tadeusz Sobolewski to jedna z legend polskiej krytyki filmowej, autor mówiący o kinie wyrazistym głosem i od dekad obecny w przestrzeni kulturalnej (regularnie publikowany w „Gazecie Wyborczej”, „Kinie” czy „Tygodniku Powszechnym” – zresztą część tekstów w zbiorze „Cannes. Religia kina” stanowią przedruki z prasy). Co jego osobiste spojrzenie na jedno z najważniejszych wydarzeń filmowych na świecie mówi nam o idei festiwalu oraz zmieniającym się na przestrzeni lat kinie?

Cannes to święto kina pozwalające zobaczyć z pierwszego rzędu, czym w danym czasie żyją kinomani. Sobolewski odwiedzał Lazurowe Wybrzeże przez dwadzieścia pięć lat (od 1994 do 2019 roku), a jego teksty pisane na gorąco, będące na poły recenzjami (z wplecionymi często fragmentami wywiadów z reżyserami lub aktorami), na poły wspomnieniami o felietonowym zacięciu, pozwalały obserwować, jak zmieniał się nie tylko charakter samego festiwalu, ale również kino jako takie i świat, o którym opowiada. Czytając kolejne fragmenty, widząc małe zachwyty i bogate w kontekst filmowe analizy, można również poznać lepiej samego autora. Jego gust filmowy, intelektualne podejście do kina potrafią zaimponować erudycją. W tekstach znajdziemy liczne dygresje: nawiązania do literatury, poezji, a czasem zaskakujące skojarzenia z filmami, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Tak rozbudowane i poparte konkretną wiedzą opinie są wyjątkowe zwłaszcza w czasach obecnych, gdy doraźna krytyka filmowa coraz częściej sprowadzana jest do 160 znaków ze spacjami, które można zamieścić w komentarzu pod oceną punktową na jednym z popularnych serwisów. Rola krytyki filmowej uległa zmianie – fragmenty o Cannes 2011, kiedy to opinii po przedpremierowych pokazach bali się reżyserzy i producenci, dziś wydają się nieaktualne, gdy widowiska takie jak „Minecraft: Film” czy „Jurassic World: Odrodzenie” biją kasowe rekordy mimo nieprzychylnych ocen.

„Cannes. Religia kina” to książka różnorodna. Wspomniałem już, że teksty potrafią ewoluować w gatunkowe hybrydy, a prywatna perspektywa, wyraziście i odważnie formułowane poglądy nadają całości autentyczności. Interesująca jest również historyczna perspektywa, która w pewien sposób stanowi klamrę dla całej książki. Tadeusz Sobolewski zaczął swoją przygodę z Cannes w roku 1994, gdy Złotą Palmę otrzymał Quentin Tarantino za „Pulp Fiction”. Szukający innego rodzaju kina krytyk nie docenił początkowo tej postmodernistycznej zabawy z kryminałem przedstawionej w achronologicznej formie. Jednak już pochylając się nad kolejnymi filmami Tarantino, które były prezentowane na festiwalu w Cannes („Death Proof” w 2007 roku, „Bękarty wojny” w 2009 i „Pewnego razu w… Hollywood” w 2019), z perspektywy czasu posypuje głowę popiołem. I choć Tarantino nigdy nie będzie jego ulubionym reżyserem („’Bękarty wojny’ działają jak elektrowstrząs, ale tylko podczas seansu. Po paru godzinach nic nie zostaje” – pisał w 2009 roku), to jednocześnie potrafił docenić biegłość, z jaką Amerykanin tworzy swoje spektakle. Również ten z „Pewnego razu w… Hollywood” (rewizjonistyczny, prezentujący alternatywną wizję historii i idący pod prąd oczekiwaniom widzów), który był jednym z seansów krytyka podczas ostatniego pobytu w Cannes.

Tadeusz Sobolewski promuje książkę „Cannes. Religia kina” podczas targów książki w Warszawie w maju 2025 roku (fot. Mariusz Kubik/Wikimedia Commons)

Na 560 stronach Sobolewski opisuje setki tytułów. To naprawdę solidna dawka filmowej wiedzy, choć oczywiście przefiltrowana przez wrażliwość krytyka. Niektórym obrazom poświęca ledwie kilka zdań, inne osadza w bogatym kontekście twórczości danego reżysera, powołując się na jego wcześniejsze dokonania. W tych przypadkach zawsze jest to wyczerpujące spojrzenie, tym ciekawsze, gdy patrzy się na to z perspektywy czasu (ciekawie się czyta chociażby o debiutantach, którzy dziś są powszechnie znanymi i docenianymi filmowcami). To też teksty osadzone w konkretnym miejscu i czasie. Szokujące, jak na przykład film „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” Cristiana Mungiu był aktualny w 2007 roku (nie tylko w rodzimej Rumunii, ale również z polskiej perspektywy) i jak aktualny jest obecnie, choć mogłoby się wydawać, że otaczająca nas rzeczywistość uległa istotnym zmianom. Sobolewski pisze o kinie, ale każdy seans osadza w znanym nam świecie.

Abstrahując od wszystkich zalet (dobrego pióra, ciekawej formy, historyczno-osobistej perspektywy), książka „Cannes. Religia kina” była dla mnie sentymentalną podróżą przez własne filmowe wspomnienia. Znam zdecydowaną większość opisywanych tytułów. Część z nich widziałem na studiach filmoznawczych, inne na festiwalach, które odwiedzam co roku (wrocławskie Nowe Horyzonty i American Film Festival, Letnia Akademia Filmowa w Zwierzyńcu, krakowska OFF Camera). Wiele informacji zawartych w książce Sobolewskiego nie było więc dla mnie żadną nowością, ale poznanie ich z nowej perspektywy doświadczonego krytyka, który w zupełnie inny sposób patrzy na kino, było wzbogacającym doświadczeniem. Zderzałem się z większością opisywanych tytułów, gdy te już dorobiły się miana klasyków. Tadeusz Sobolewski miał to szczęście, że mógł wyrobić sobie zdanie, zanim o wielu z nich zrobiło się głośno. I bardzo dobrze, że z taką pasją się tym zdaniem dzielił, traktując kino jako coś więcej niż tylko kolorowe ruchome obrazy, które dostarczają rozrywki.

Jan Sławiński


Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: recenzje