banner ad

Przekleństwo szczegółów – recenzja książki „Na imię mam Barbra” Barbry Streisand

10 marca 2026

Barbra Streisand „Na imię mam Barbra”, tłum. Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, wyd. Marginesy
Ocena: 6 / 10

Opublikowana właśnie w Polsce autobiografia Barbry Streisand liczy niemal 1000 stron. Prace nad książką trwały ponad dekadę. Czy warto zanurzyć się w tę pełną szczegółów opowieść o piosenkarce, aktorce i reżyserce?

Już początek książki ustanawia jej dalszy ton. „Na imię mam Barbra” zaczyna się od opowieści o dziewczynce z Brooklynu. Mimo przeciwności losu (śmierć ojca, choroba w dzieciństwie, dystans ze strony matki) artystka ukazuje siebie jako małą wojowniczkę, która dzielnie stawia czoło kolejnym przeciwnościom losu. I zawsze wychodzi z tych starć z podniesioną głową – wkrótce więc wyprowadza się z klitki, w której mieszkała pięcioosobowa rodzina, i rusza w pogoń za marzeniami. Kolejna część książki to pierwsze występy na scenie, pierwsza praca (śpiew w klubie nocnym) i znacząca poprawa warunków materialnych. Krok po kroku śledzimy drogę piosenkarki i artystki, która zdobywa coraz większą popularność. Widzimy zmianę jej charakteru, gdy coraz śmielej sięga po to, co jej się należy, i łokciami zaczyna rozpychać się w show-biznesie. To w dużej mierze historia „od zera do bohatera” i spełnienie amerykańskiego snu – opowieść o sukcesie opartym na ciężkiej pracy i wierze we własne siły.

Barbra Streisand w filmie ”Hello, Dolly!” (fot. Wikimedia Commons)

Z książki „Na imię mam Barbra” wyłania się obraz kobiety, która mimo porażek i potknięć nie daje za wygraną. Gdzie nie wpuszczą jej drzwiami, tam wejdzie oknem. Nie pozwala wtłoczyć się w koleiny ustalonych ról społecznych, lecz przeciera szlaki dla siebie i innych pań w branży rozrywkowej. Mimo że zdecydowanie nie można jej odmówić sukcesów i zasług, to jednak bezkrytyczny ton książki i nieustanne kreowanie się we wspomnieniach na osobę wyjątkową bywa męczące. Zwłaszcza gdy pomysłowość Streisand zostaje na przykład zestawiona z niekompetencją jej współpracowników (najczęściej reżyserów). Być może to prawda i swoje sukcesy zawdzięcza przede wszystkim własnemu instynktowi, jednak momentami ma się wrażenie, że we własnym mniemaniu jest ona lepsza od wszystkich innych, choć jednocześnie kreuje się na „zwykłą dziewczynę z Brooklynu”.

Zanim przejdę do największych zalet książki i napiszę, co mnie w niej najbardziej urzekło, poświęcę trochę miejsca na wymienienie kilku istotnych wad. Największym grzechem autobiografii Streisand jest coś, co mógłbym określić zakochaniem we własnym głosie (na marginesie dodam, że symptomatyczny jest fakt, iż artystka sama czyta w oryginale wersję audio książki, która trwa… 48 godzin). Artystka nie szczędzi nam szczegółów z własnego życia. Jednak ten bardzo wnikliwy portret, staje się zwyczajnie męczący, gdy kolejne akapity zostają poświęcone rzeczom błahym i nieistotnym. Z książki możemy się dowiedzieć wiele na temat ulubionych potraw i słodyczy Barbry (początkowo dokładny opis pełnej lodówki może być traktowany jako dowód na polepszenie statusu materialnego, jednak Streisand często wraca do tego tematu, przywołując co i kiedy jadła) czy noszonych ubrań (gdzie kupiła daną sukienkę, na jaką okazję i jakie poprawki wprowadził krawiec do konkretnej kreacji). Otrzymujemy relacje z wizyty u dentysty i remontu domu. To tylko przykłady, w książce znajdziemy całe akapity szczegółowych informacji, które niewiele wnoszą do całości. Autorce brakuje dyscypliny w rozróżnieniu, co jest istotne dla czytelnika, a co nie. Sprawa podobnie ma się z opisami kolejnych przyjęć, związków i sesji nagrań płyt. Przeczytamy więc, na którą sylabę piosenkarka postawiła akcent i w jakim miejscu sceny stanęła, w jaki sposób spojrzał na nią partner numer osiem, czy na kolację jechali taksówką i jaka była pogoda.

Często informacje się powtarzają – Barbra pisze na przykład, że jakiś reżyser przystał na jej propozycję (co powinno wystarczyć czytelnikowi), a potem prezentuje nam dialog, który to potwierdza. Rzeczy, które mogłyby zostać zamknięte w dwóch zdaniach, bywają rozbijane na całe akapity, co sprawia, że książka puchnie do niesamowitych rozmiarów, a jej główna myśl zostaje rozcieńczona. Trudno pozbyć się wrażenia, że połowa tekstu mogłaby spokojnie zostać wycięta bez większej straty dla istoty tej „kroniki sukcesów”. Dziwię się, że na etapie redakcji nikt nie zareagował na takie „lanie wody” (w przyjemnym, gawędziarskim stylu, ale jednak) – chyba że była to kolejna sytuacja, w której Barbra – mimo przeciwności losu! – postawiła na swoim.

To, co jest największym grzechem autobiografii, bywa też jej największą zaletą. Poza ogólnym wydźwiękiem, który jest inspirujący (#girlpower), momentami to naprawdę fascynująca historia, a liczne szczegóły dodają jej smaku i wiarygodności. Gdy na talencie artystki poznaje się Hollywood, otrzymujemy kilka świetnych anegdot o kręceniu „Zabawnej dziewczyny” czy „Jentł”, a także o przedsięwzięciach, których z różnych powodów nie udało się finalnie zrealizować. Postawa Barbry, która niekiedy walczy za wszelką cenę o dany projekt, jest godna podziwu. Opowieści o kulisach realizacji wielkich hitów i problemach, które te napotkały w czasie produkcji, czyta się z wypiekami na twarzy (jak zawsze w przypadku, gdy opowieść o powstawaniu jakiegoś filmu to równie dobry materiał na film). Życie zawodowe i prywatne mocno się przenikają, a fakt, że Barbra funkcjonuje na styku kilku sztuk (teatru, filmu, muzyki), sprawia, że całość nie jest monotonna i pokazuje różne oblicza artystki (i samego show-biznesu). Biorąc pod uwagę, że kariera Barbry to kilkadziesiąt lat wypełnionych potężną dawką aktywności, niemal mimochodem dostajemy też opowieść o tym, jak zmieniała się sztuka i rozrywka (do czego – trzeba jej uczciwie przyznać – przyczyniła się niekiedy sama Streisand).

Podstawą książki „Na imię mam Barbra” były dzienniki, które artystka prowadzi od końca lat 90. XX wieku, a także bogate archiwum wycinków prasowych na jej temat. Dlatego też wspomnienia często przeplatane są cytatami z wywiadów, prywatnych listów, piosenek i recenzji sztuk, płyt, filmów. Podnosi to atrakcyjność odbioru całości, choć oczywiście wybór tych materiałów jest czysto subiektywny i pasujący do narracji (nieprzypadkowo w książce znajdziemy też fragmenty, w których Barbra rozlicza się z krzywdzącymi plotkami). Będąc całkowicie szczerym, momentami miałem ochotę rzucić to grube tomiszcze w kąt, gdy grzęzłem w kolejnych akapitach na temat jedzenia, garderoby, randek czy polityki (tej Barbra hojnie poświęca ostatnie prawie 200 stron). Niekiedy byłem naprawdę zmęczony nadmiarem szczegółów, które w moim odczuciu nic nie wnosiły. Nie pomagał też bezrefleksyjny i egocentryczny charakter wspomnień. Początkowo nudził mnie sztampowy charakter opowieści o własnych losach piosenkarki (bingo: trudne dzieciństwo, początkowe odrzucenie ze względu na nietypową urodę, niepoddawanie się mimo przeszkód itp.), ale spojrzałem łaskawszym okiem na książkę, gdy Barbra doszła do momentu kręcenia „Zabawnej dziewczyny” z Williamem Wylerem. Mam więc dość ambiwalentne odczucia, bo są tu momenty naprawdę zajmujące, ale znajdą się też takie, które bezlitośnie należałoby wyrzucił w trakcie redakcji. Jeśli jednak Barbra Streisand jest artystką, którą cenicie i chcecie dowiedzieć się o niej więcej, to z pewnością nie znajdziecie lepszej pozycji. Przygotujcie się jednak na to, że będziecie mieć do czynienia z lekturą potrafiącą wystawić cierpliwość na próbę.

Jan Sławiński

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje