Powrót na stare śmieci – recenzja książki „Juliet, naga” Nicka Hornby’ego
Nick Hornby „Juliet, naga”
ocena: 7,5 / 10
Twórca literatury obyczajowej, pozbawiony wyraźnych narzędzi do czarowania odbiorcy jak strach, kryminalna zagadka czy dramatyczne zwroty akcji, musi szukać innych środków, żeby zaskarbić sobie serce czytelnika.
W przypadku Nicka Hornby’ego – jednego z najpopularniejszych współczesnych pisarzy angielskich – kluczem do sukcesu okazały się sympatyczne postacie, inteligentny humor wymieszany z ironią, bohater oddający głos obecnemu, niedojrzałemu pokoleniu 30, 40-latków oraz silnie rozbudowane, popkulturowe tło na czele z footballem i muzyką. A więc wyznaczniki stylu wczesnych, kultowych już książek autora, zekranizowanych na dużym ekranie („Futbolowa gorączka”, „Wierność w stereo” , a także „Był sobie chłopiec”).
Dopóki Hornby poruszał się po pewnym gruncie, dopóty było świetnie. Gorzej zrobiło się wtedy, gdy zaczął szukać nowych dróg. Odejście od sprawdzonej formuły i dobrze znanych pisarzowi tematów okazało się ślepym zaułkiem. Kolejnym książkom zabrakło pomysłu, polotu i głębszego smaczku, który osiąga się za pomocą aromatycznych przypraw. Były albo wymuszone i przerysowane jak „Długa droga w dół” czy „Jak być dobrym”, albo dobrze skrojone ale przeciętne jak „Wpadka” i jej główny bohater – wyluzowany nastolatek jeżdżący na deskorolce (zapożyczonej przez pisarza z internetu, a nie z własnego doświadczenia), którego jedynym psychologicznym problemem pozostawał fakt rychłego, nieplanowanego ojcostwa.
Na szczęście, w „Juliet, nagiej” Hornby wraca na stare śmieci co równa się powrotowi do formy. Z jednej strony mamy tu parkę wkraczającą w wiek średni, pomiędzy którą stoi muzyka, jak to miało miejsce w „Wierności w stereo” – zakochanego w nieistniejącym już zespole rockowym, wiecznego chłopca Duncana i niezadowoloną z jałowego pożycia z nim Annie. Zaś z drugiej strony duet prawie jak z „Był sobie chłopiec” – trawiącego czas na nic nie robieniu, przebrzmiałego piosenkarza Tuckera i jego błyskotliwego synka Jacksona. Katalizatorem akcji oraz łącznikiem wszystkich postaci jest odgrzewane dzieło Tuckera, obiekt westchnień Duncana, a zarazem „bohaterka” pierwszej recenzji Ann – tytułowa płyta „Juliet, naga”.
Wszystko pięknie. Tylko czy za tą odgrzewaną muzyką oraz bohaterami nie stoi przypadkiem wtórność? Z daleka i na pierwszy rzut oka – być może… tak. Z bliska i w szczegółach, absolutnie nie. „Juliet, naga” to jedna z powieści, współtworzących rozpoznawalny styl Hornby’ego, a przy tym utwór osobny, ukrywający pod podobną skórką oryginalne wnętrze, które trzeba rozpracować. „Juliet…” nie jest bowiem taka naga, na jaką wygląda. Posiada wielowymiarową problematykę. I choć to literatura rozrywkowa, a nie traktat moralny, uruchamia niejedną szarą komórkę. W lekki i zabawny sposób podejmuje ważne tematy jak przemijanie, jałowość egzystencji czy samotność. Prześwietla środowisko internetowych forumowiczów, kondycję angielskiego społeczeństwa, pogrążonego w apatii i niechęci do zmian, a także fizjonomię procesu twórczego. Głównym, kładącym piętno na całej powieści zagadnieniem jest jednak demitologizacja. Obalenie pucharu ojcostwa i wielkich idoli a także książkowych słów, które przegrywają w starciu z prawdziwym życiem, wypełnionym „paszportami, szkolnymi wywiadówkami oraz formularzami ubezpieczeniowymi”. Bo sztuka to jedno, a życie to drugie – chciałby nam powiedzieć Hornby – i żeby żyć, czasem trzeba zejść na ziemię, przedkładając miłość jako abstrakcyjny stan ducha na zwyczajne bycie razem. Zaś w dziele – nie szukać „prawdy”, tylko ekspresji, aluzji oraz ukrytych znaczeń.
Paradoksalnie, w „sztuce” Hornby’ego zamiast wielkich słów siedzi właśnie to prawdziwe życie. Zwyczajne, szare, bez burzliwych romansów ani uniesień – między bohaterami wręcz słabo iskrzy – a jednak warte zachodu i godne naszej uwagi.
Jak to bywa w życiu, również zakończenie jest mało spektakularne. Ciche, otwarte, choć możemy domyślać się, co Ann zrobi. Hornby nie chce bądź nie umie stawiać wyraźnej kropki nad „i”, w czym wyręczają go częstokroć twórcy filmowi. Wystarczy porównać zakończenie „Był sobie chłopiec” z jego wersją kinową, ewidentnie hollywoodzką, ale bardziej zapadającą w pamięć. W „Juliet, nagiej” happy end ukryty jest w cudzysłowie, w coverze kawałka Dona Williama z nowej płyty Tuckera, o którym – tęskniący za eksdziewczyną Duncan – wolałby jednak nie wiedzieć.
Emilia Dulczewska-Maszota
TweetKategoria: recenzje















