banner ad

Opowieść połyka świat – recenzja książki „Atramentowa krew” Cornelii Funke

13 sierpnia 2025

Cornelia Funke „Atramentowa krew”, tłum. Jan Koźbiał, wyd. Kropka
Ocena: 7,5 / 10

W „Atramentowej krwi” Cornelia Funke wciąga czytelnika w sam środek stworzonego przez siebie świata – i to najzupełniej dosłownie. Druga odsłona serii to bowiem opowieść o tym, co się dzieje, gdy fikcja zaczyna żyć własnym życiem.

Po dramatycznych wydarzeniach z „Atramentowego serca”, w trakcie których bohaterowie zmierzyli się z realnymi skutkami przenikania fikcji do rzeczywistości, w „Atramentowej krwi” Cornelia Funke odwraca schemat. Znane nam już z pierwszej części postacie, ze Smolipaluchem, Faridem, Meggie i jej rodzicami na czele, trafiają do Atramentowego Świata – krainy stworzonej z potęgi słów i spisanej na kartach powieści, ale od pewnego czasu całkowicie niestabilnej. Przed nimi zadanie zapanowania nad historią, która wymknęła się spod kontroli swojego twórcy i pisze się na nowo, podążając w całkowicie niespodziewanym kierunku.

Już sam początek „Atramentowej krwi” wyraźnie wskazuje na to, że będziemy mieli do czynienia z książką dojrzalszą i bardziej rozbudowaną od tomu pierwszego. O ile „Atramentowe serce” opierało się głównie na świeżości pomysłu (bohaterowie czytani z książek, słowa ożywiające fikcję), to w części drugiej Funke idzie o krok dalej i w pełni zanurza nas w tym uniwersum, a każdy rozdział odkrywa nowe miejsca, postacie i konflikty. Atramentowy Świat nie jest już tylko tłem, lecz staje się samodzielną, złożoną i rozbudowaną rzeczywistością: z precyzyjnie określoną geografią, historią i – uproszczoną dla młodszego czytelnika, ale jednak – geopolityką.

Funke prowadzi fabułę wielotorowo i radzi sobie z tym najzupełniej sprawnie. Poszczególne historie płynnie zazębiają się, tworząc bogatą i pełnokrwistą narrację. Obok stanowiących trzon wydarzeń wątków dotyczących Meggie, Mo, Resy i Fenoglia największym zaskoczeniem jest rozwój Smolipalucha. Z bohatera kierującego się głównie własnym interesem zamienia się on bowiem w postać tragiczną: rozdwojoną między potrzebą bliskości a lękiem przed utratą kontroli nad własnym losem. To miedzy innymi dzięki niemu powieść zyskuje emocjonalną głębię i wyraźnie przesuwa się w stronę bardziej dojrzałej literatury młodzieżowej.

Elementów wskazujących na taki stan rzeczy jest zresztą więcej. W „Atramentowej krwi” autorka otwarcie podejmuje tematykę śmierci, przemijania, poświęcenia i odpowiedzialności za czyny. Pyta, gdzie kończy się wolność, a zaczyna fatum. To już nie tylko historia o tym, jak słowa mogą tworzyć rzeczywistość, ale także o tym, jak trudno jest panować nad skutkami swoich decyzji. Doskonałym przykładem może być wspomniany Fenoglio, który z kreatora staje się bezsilnym obserwatorem. Jego próby poprawienia świata przez dopisywanie nowych wersów przynoszą katastrofalne efekty – jak choćby w przypadku wskrzeszonego Cosimo, pierwotnie rycerza o nieskalanym sercu, który okazuje się martwą skorupą, pozbawioną duszy i osobowości. To gorzki komentarz do idei wszechmocy autora i unaocznienie, jak fikcja może zbuntować się przeciwko swojemu twórcy. W „Atramentowej krwi” dobro nie zawsze zwycięża, a decyzje bohaterów niosą za sobą konsekwencje, których nie da się odwrócić.

Na tle wszystkich tych atutów największą bolączką okazuje się duża objętość książki (ponad 650 stron). Nietrudno odnieść wrażenie, że redakcyjne nożyce mogłyby tylko pomóc „Atramentowej krwi”. Tym bardziej że niektóre wątki – jak historia Elinor i Dariusza pozostających w naszym świecie i mierzących się z Orfeuszem – wydają się albo całkowicie zbędne, albo niepotrzebnie rozciągnięte, ze znikomą wartością dla rozwoju fabuły. Ponarzekać można też na antagonistów. Wprawdzie świat i bohaterowie zyskują na złożoności, to jednak złoczyńcy grzęzną w schematach. Basta to klasyczny „zły do szpiku kości”, którego motywacje są proste, a obecność w historii ogranicza się do wygłaszania monologów objaśniających złowieszcze plany tuż przed tym, zanim ktoś je pokrzyżuje. Żmijogłowy, który miał być większym zagrożeniem, pozostaje zaś niemal całkowicie w tle. Wszystko to prowadzi do braku autentycznego zagrożenia dla bohaterów, wobec czego finał – jakkolwiek nadal dramatyczny – sprawia wrażenie raczej długiego wstępu do trzeciego tomu niż satysfakcjonującego domknięcia tego etapu historii. Osobiście nie jestem również fanem tego, jak autorka zdecydowała się poprowadzić wątek uczuciowy dwunastoletniej Meggie. Całowanie się dzieci i traktowanie tego jako coś zupełnie normalnego przez dorosłe postaci wyraźnie zgrzyta z resztą fabuły i trudno to usprawiedliwić nawet konwencją baśniowej opowieści.

Mimo tych niedoskonałości „Atramentowa krew” to nadal niebywale interesująca lektura. Książka pokazuje, jak bardzo rozwinęła się autorka – zarówno pod względem stylu, jak i narracyjnej odwagi. Historia wciąga, świat tętni szczegółami, a postacie – choć nie zawsze równo napisane – mają ten rodzaj emocjonalnej szczerości, która każe z niecierpliwością oczekiwać, co Cornelia Funke zaplanowała dla nich w wieńczącym trylogię (ale jak już wiemy, nie całą przygodę!) tomie.

Maciej Bachorski


Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje