banner ad

Opowieść o mroku i stracie – recenzja książki „Poławiacz” Johna Langana

22 kwietnia 2022

John Langan „Poławiacz”, tłum. Tomasz Chyrzyński, wyd. Vesper
Ocena: 9 / 10

Weird fiction od kilku lat przeżywa prawdziwy renesans, wyraźnie zaznaczając swoje istnienie na tle szerszej tematycznie, a wcześniej zwykle utożsamianej z nim grozy. Jeśli szukać najznamienitszych międzynarodowych reprezentantów podgatunku, rolę tę doskonale może pełnić nagrodzona Bram Stoker Award powieść „Poławiacz” Johna Langana.

Książka Amerykanina to w pierwszej kolejności historia Abe’a, który po stracie chorującej na raka żony znajduje pocieszenie w wędkowaniu, stopniowo uśmierzając ból kolejnymi „sesjami terapeutycznymi” u brzegów strumieni i jezior. Do mężczyzny wkrótce dołącza Dan, kolega z pracy, którego żona i dwójka dzieci zginęli w wypadku samochodowym. To właśnie on któregoś dnia proponuje wyprawę na zupełnie nieznane, choć potencjalnie obiecujące stanowisko wędkarskie, nazywane przez lokalnych mieszkańców „Potokiem Holendra”. Miejsce to owiane jest wyjątkowo złą sławą – dochodzi tam ponoć do tajemniczych zaginięć ludzi. Słuchając historii opowiadanej przez właściciela przydrożnej knajpy, dwaj wędkarze nie mogą jednak przewidzieć tego, jak wiele ludowe podania i legendy mogą nieść w sobie prawdy…

„Poławiacz” to pełnoprawny reprezentant literatury weird fiction, a zatem takiej, gdzie na pierwszym miejscu stawia się zderzenie odbiorcy z paranormalną tajemnicą, wdzierającą się w rzeczywistość bohaterów bardziej, niż ci mogliby przypuszczać. To właśnie pieczołowite oddanie atmosfery niesamowitości i kreowanie przesiąkniętego mrokiem realizmu magicznego zamiast stawiania na rozlew krwi jest często czynnikiem dyktującym poziom oddziaływania na emocje czytelnika. Powieść Johna Langana sprawdza się w tym zakresie znakomicie i zarazem to dzięki temu trzyma w żelaznym uścisku aż do samego finału.

By uzyskać pożądany efekt, autor nie narzuca forsownego tempa. Już pierwsze strony „Poławiacza” to pełna dygresji ekspozycja nie tylko świata przedstawionego, ale i stanu psychiki głównego bohatera. Dalsze partie również niekoniecznie imponują dynamiką. Zamiast rzucać nas w wir akcji, Langan skupia się na metodycznym nakreślaniu motywacji postaci i odmalowaniu targających nimi emocji, jednocześnie wpierw ledwie zauważalnie, ale z każdym rozdziałem coraz intensywniej narzucając na nie całun niesamowitości. Nieuchronne wprowadzanie elementów grozy przypomina więc bardziej maraton niż sprint, w którym niepokój wywołują nie tyle same wydarzenia, co raczej granica oddzielająca poczytalność od szaleństwa.

Książka Johna Langana jest tego rodzaju literaturą, która wymaga od czytelnika nieco więcej uwagi niż zwykłe czytadło do komunikacji miejskiej. Szkatułkowa forma i kilometrowe partie opisowe sprawiają, że w historii nie tak trudno się pogubić. Zwłaszcza gdybyśmy chcieli przeczytać książkę szybko. „Poławiacz” zdecydowanie bardziej nadaje się na uważną lekturę i smakowanie każdego fabularnego szczegółu, wynagradzając takie podejście przygniatającą atmosferą czyhającego tuż za rogiem niebezpieczeństwa.

Niebagatelne znaczenie w takim odbiorze książki ma świetny, gawędziarski styl autora, który mimo ogromnej ilości detali pozostaje niezwykle płynny i dzięki temu tekst nie sprawia wrażenia rozciągniętego ponad miarę. Langan potrafi też powściągnąć wodze fantazji, a co bardziej fantastyczne elementy historii, nieodmiennie kojarzące się z motywami wprost zaczerpniętymi z uniwersum H.P. Lovecrafta, kontruje przebijającą się nieustannie na powierzchnię melancholijną opowieścią o bólu, stracie i poszukiwaniu rozgrzeszenia.

Dzięki temu „Poławiacz” jest powieścią niezwykle zniuansowaną i właściwie w każdym aspekcie nieoczywistą. John Langan napisał książkę niełatwą, ale taką, która w duszy odbiorcy rezonować będzie jeszcze długi czas po odłożeniu tomu na półkę. Jeśli ktokolwiek potrzebował jeszcze dowodu na to, że groza może być literaturą wybitną – właśnie go znalazł.

Maciej Bachorski


Tematy: , , , ,

Kategoria: recenzje