banner ad

Niech stanie się sztuka – recenzja książki „Polki na Montparnassie” Sylwii Zientek

9 czerwca 2021

Sylwia Zientek „Polki na Montparnassie”, wyd. Agora
Ocena: 8 / 10

Lata osiemdziesiąte XIX wieku. Urodzona w Złotopolu Anna Bilińska właśnie zjechała do Paryża, aby studiować malarstwo w Académie Julian. W rodzinnym kraju nie miałaby szans na to, by rozwijać się artystycznie tak, jak tego pragnęła. Anna nie ma praktycznie grosza przy duszy, wynajmuje mikroskopijną pracownię, tęskni jak szalona do mieszkającego we Lwowie ukochanego, malarza Wojciecha Grabowskiego, chociaż jednocześnie dręczy ją wątpliwość: jak pogodzić małżeństwo i karierę, czy to w ogóle możliwe? Pracuje bez wytchnienia, nie poddaje się nawet wówczas, gdy spadają na nią kolejne ciosy – śmierć ojca, najbliższej przyjaciółki i wreszcie chorującego na gruźlicę Grabowskiego. I tak krok po kroku, skrawek po skrawku Anna zaskarbia sobie poważanie i opinię dojrzałej, utalentowanej, celującej w realistycznych portretach artystki.

Anna otwiera galerię niezwykłych kobiecych postaci, które u schyłku XIX i w pierwszych dekadach XX wieku szukały dla siebie miejsca w Paryżu, pragnąc żyć inaczej i pełniej, niż nakazywały standardy epoki, wychodząc poza narzucone z góry powołanie żony i matki, szukając własnego głosu, eksplorując artystyczne talenty.

Alicja Halicka mogła przejść do historii jako jedna z pierwszych kubistek, ale lojalnie ustąpiła pola mężowi, który uznał, że „jeden kubista w rodzinie wystarczy”. To ona w chwilach finansowego kryzysu dla dobra rodziny podejmowała się wszelkich możliwych zleceń: ilustracji dla czasopism, projektowania scenografii – ponieważ mąż nie zamierzał się do tego zniżać.

Irena Reno, a właściwie Irena Hassenberg, po śmierci córeczki długo nie potrafiła się podnieść. Szukała wolności, czy może inaczej – wyzwolenia, budząc zgorszenie sąsiadów, opalała się nago na nadmorskich skałach. Zdeterminowana, by dotrzeć do Paryża, zdecydowała się na wyprawę w skrajnie niewygodnych warunkach przez Rosję. Jednak szczęście stale wymykało jej się z rąk.

Olga Boznańska wyrwała się spod kurateli nadopiekuńczego ojca i malowała, malowała bez wytchnienia, a i tak przyszedł moment, gdy przez okrągły rok niczego nie zarobiła na swoich portretach. Jej życie osobiste praktycznie nie istniało, karmiła się pracą – niektórzy spekulują, że źródeł jej niechęci do bliskości fizycznej należy szukać w traumach dzieciństwa.

Mela Muter całe życie szukała spełnienia. Mogłoby mieć formę miłości, ale miłości szczególnej, opartej na porozumieniu dusz. Nie znalazła jej w relacji z mężem ani w namiętnym związku z Leopoldem Staffem. Kiedy w końcu to właściwe uczucie pojawiło się na jej drodze, tak intensywne i prawdziwe, że była gotowa dla niego poświęcić nawet bliską relację z synem – zostało jej błyskawicznie odebrane po tragicznej śmierci ukochanego.

Jest też Tamara Łempicka, która weszła w nową epokę jak burza, nie przejmując się żadnymi konwenansami, malując kobiece akty, uczestnicząc w „nieskromnych” przyjęciach i romansując swobodnie z mężczyznami i kobietami. I chociaż od czasów Anny Bilińskiej do epoki Tamary Łempickiej rysuje się prawdziwa przepaść, jeżeli chodzi o podejście do kobiecej swobody obyczajowej, tego, co wypada i nie wypada, nadal kobiety muszą walczyć z podwójnym zaangażowaniem o swoją pozycję i uznanie, a tworzoną przez nie sztukę wciąż często zbywa się lekceważącym machnięciem ręki.

Nie jest łatwo. Ale z perspektywy czytelnika bez wątpienia niezwykle interesująco.

Książka Sylwii Zientek o pionierkach i indywidualistkach parających się sztuką w złotej epoce paryskiego Montparnasse’u to bardzo intymny, malowany miękką kreską portret. Autorka zanurza się w dokumentach i źródłach, ale nie tylko po to, by chłodno odmalować drogę życiową i zawodową swoich bohaterek. Wręcz przeciwnie: szuka w nich życia, próbuje przejrzeć sekrety osobowości. Zastanawia się, co w danym momencie dokładnie myślały, czego oczekiwały, co nimi kierowało, czego pragnęły. Nawet jeśli zachowały się pamiętniki, zapiski czy listy dające bliższy wgląd w charakter opisywanej osoby, to jednak siłą rzeczy sporo w tym zgadywania, wniosków płynących z refleksji, z pewnej psychologicznej analizy opartej z jednej strony na próbie prześwietlania osobowości, z drugiej zaś na realiach epoki, narzucającej określony sposób postrzegania zjawisk. Ta próba wglądu w sekrety myśli i zachowań zapewne nie wszystkim przypadnie do gustu, być może wielbiciele tradycyjnej formy biograficznej zarzucą autorce pozbawione podstaw i uzasadnienia kuglarstwo. Zabieg ten jest jednak ewidentnie przemyślany i celowy, a cel osiąga autorka w stu procentach.

Postaci Meli, Olgi, Alicji i innych nabierają życia, wychodzą poza słownikowy szkic. Przestajemy myśleć o nich jako o nazwiskach, symbolach, ikonach – a zaczynamy dostrzegać kobiety z krwi i kości. Przed naszymi oczami przewijają się wyraziste, ruchome obrazy: Mela Muter pochylona nad listem od Rainera Marii Rilkego, Olga Boznańska i jej siostra Iza, dwie starsze kobiety spacerujące z psami, pogrążone w nieustannej kłótni, Irena Reno planująca kolejną z niezliczonych podróży, w których wyrażała się jej życiowa pasja. W tle – przełomowe wydarzenia historyczne, kryzysy gospodarcze, przemiany społeczne. Mikroświat Montparnasse’u spod pióra Zientek tchnie autentyzmem i szczerością, dynamizmem i niekiedy ekscentryczną niezależnością. To wrażenie swobody pogłębia jeszcze zabieg, na który zdecydowała się autorka – zamiast opisywać każdą postać po kolei, trzyma się ram czasowych i na przemian powraca do swoich bohaterek, tak jakby wpadała do nich z wizytą, sprawdzając, co słychać.

Reasumując, spotkanie z Polkami z Montparnasse’u to fantastyczna, barwna i niejednokrotnie dająca do myślenia przygoda. Pozostawia po sobie wrażenie niedosytu, co paradoksalnie jest zaletą: obrazuje, jak bardzo wciągająca jest ta książka. Po prostu chciałoby się poznać kolejne intrygujące osoby, dla których siłą rzeczy musiało zabraknąć miejsca, albo usłyszeć nieco więcej o bohaterach drugiego i trzeciego planu.

Zdecydowana większość artystek – bohaterek książki – żyła bardzo długo (Mela Muter zmarła w 1967 roku, przeżywszy 91 lat!). Świadomie zdecydowały się całe życie poświęcić sztuce, chociaż była to wyczerpująca walka, często naznaczona biedą, kryzysem i depresją, a także ciągłą samotnością i poszukiwaniem. Niektóre zmarły w zapomnieniu i nędzy, a ich prace doczekały się uznania dopiero wiele lat później, o innych mało kto dzisiaj słyszał. Wykuły ścieżkę i przetarły szlaki, jak wiele pionierów, nie zdobywając za to uznania i nie mając nawet świadomości, jak wiele osiągnęły. W jaki sposób odpowiedziałyby dziś na pytanie – czy było warto? Możemy się tylko domyślać, ale biorąc pod uwagę całą determinację, z którą żyły i tworzyły, z dużym prawdopodobieństwem można chyba założyć, że odpowiedź brzmiałaby: tak.

Karolina Chymkowska

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje