banner ad

Nasza zima dobra – recenzja książki „Zima” Ali Smith

12 kwietnia 2021

Ali Smith „Zima”, tłum. Jerzy Kozłowski, wyd. W.A.B.
Ocena: 7 / 10

Woda skuta lodem, drzewa nagie i smętnie chyboczące się na wietrze, ziemia twarda jak skała, mróz szczypie w policzki. Mrok zapada tak wcześnie, że wszyscy cierpimy z powodu braku światła. Trwa i trwa, i wydaje się nie mieć końca – taka właśnie jest zima. Czas oczekiwania i głębokiej analizy, kiedy można spojrzeć na własne życie z dystansu i niespodziewanie zobaczyć wszystko wyraźniej niż kiedykolwiek przedtem. A może nawet odkryć drogę do tego, co opiera się zakusom zimy i pozostaje wiecznie zielone, jak miłość, radość, nadzieja czy szczęście.

„Zima” Ali Smith to drugi po „Jesieni” tom należący do cyklu „Pory Roku” (każdą książkę z serii można jednak z powodzeniem czytać oddzielnie). Na początku spotykamy Sophię. Sophia ma 60 lat i ni z tego, ni z owego zaczyna widzieć w swoim domu głowę – głowę spokojnie unoszącą się w powietrzu, bez reszty ciała, za to z pogodną, dziecięcą twarzą. Na takie zjawisko trudno spojrzeć z racjonalnym spokojem. Problem okulistyczny? Skradające się szaleństwo? Co to może być? Sophia próbuje podstępem wywabić nieproszonego gościa z domu, ale szybko zmienia zdanie. Nie tylko wpuszcza głowę z powrotem do mieszkania, ale czule przygarnia ją do siebie, jakby od zawsze miała się pojawić i jakby stało się to w najlepszym możliwym momencie.

Podczas gdy Sophia kontempluje swoje wizje, jej syn Arthur próbuje wydobyć się z niemałych tarapatów. Jeszcze przed chwilą był w związku – obiecał nawet przywieźć swoją partnerkę, Charlotte, na świąteczny obiad. Związek jednak rozpadł się z hukiem, a Charlotte jest wściekła. Włamuje się na Twitterowe konto Arta i konsekwentnie rujnuje mu reputację, nad którą z trudem pracował, prowadząc przyrodniczego bloga. W tej sytuacji raczej trudno będzie namówić Charlotte na posiadówkę przy indyku i tłuczonych ziemniakach. W odruchu rozpaczy Art zatrudnia do roli swojej dziewczyny przypadkowo poznaną emigrantkę z Chorwacji, Lux. Na miejscu okazuje się, że w lodówce pustki, Sophia nic nie je, a jej stan psychiczny wydaje się niepokojący. Ostatecznie Art i Lux decydują się wezwać Iris – starszą siostrę Sophii, chociaż panie, łagodnie mówiąc, za sobą nie przepadają. Zbytnio się od siebie różnią: Iris rewolucjonistka i Sophia konformistka. To właśnie nieplanowana obecność Lux (czyli „światła”!) pozwoli całej rodzinie zobaczyć pewne sprawy z nowej perspektywy, otworzyć się, nawiązać dialog, a nawet uzupełnić pewne białe plamy. Nie będzie to bynajmniej wielkie odrodzenie uczuć rodem ze świątecznej komedii romantycznej, ale bez wątpienia krok w dobrym kierunku.

Podczas pracy nad „Zimą” Ali Smith czerpała inspirację z konstrukcji dramatów Szekspira, w szczególności tych z późniejszego okresu, ponieważ uważa je za najbardziej kompleksowe i dojrzałe. Bohaterowie odwołują się nawet bezpośrednio do „Cymbelina”. Tragiczny konflikt u Szekspira, zdaje się nam sugerować autorka, ma zazwyczaj jedną podstawową przyczynę – wszyscy kłamią, oszukują nie tylko ludzi wokół, ale też samych siebie, często z takim zaangażowaniem, że szczerze zaczynają w swoje półprawdy wierzyć. I w życiu widzimy dokładnie to samo – zarówno w wykonaniu ludzi stojących u sterów władzy, z przekonaniem wygłaszających banały do kamer, jak i w gronie rodziny przy niedzielnym śniadaniu.

Im więcej lat upływa, tym większe pragnienie, by część minionych doświadczeń upiększyć, podkoloryzować, część drastycznie przeobrazić, a jeszcze inną część całkowicie wykasować. Zwłaszcza jeśli dotyczy to trudnych relacji z bliskimi osobami. Podczas luźnych rozmów z matką i ciotką Arthur przekonuje się, że jego dzieciństwo ma co najmniej trzy wersje. Jego wspomnienia różnią się od wspomnień Sophii, a wspomnienia Sophii nie mają wiele wspólnego z wersją Iris. Sophia wyrzuca z pamięci fragmenty, które mogłyby wpłynąć na jej utrwaloną opinię o samej sobie. Nie byłaby wtedy perfekcyjną matką i zorganizowaną, pewną swojej słuszności kobietą, za którą pragnie uchodzić. Z kolei Iris usuwa z równania rodziców, ponieważ ciąży jej niezrozumienie kładące się cieniem na dawnych relacjach. Równie dobrze może więc istnieć czwarta wersja wspomnień z dzieciństwa Arthura, ta obiektywnie prawdziwa. W gruncie rzeczy nie ma to jednak znaczenia. Najistotniejszy jest fakt, że ta grupa przy świątecznym stole zaczyna opowiadać, przedstawiać swój punkt widzenia. W miejsce przemilczenia wchodzi dialog. Dialog, który – owszem – może prowadzić do konfliktu, ale też zastępuje wreszcie niedomówienia, fałszywe wyobrażenia, przekonania na temat drugiej strony stworzone w oparciu o kruche podstawy. Ktoś kogoś kiedyś źle zrozumiał, coś niewłaściwie ocenił, zaobserwował sytuację wyrwaną z kontekstu i wyciągnął błędne wnioski. Nie zadał pytania, niczego nie wyjaśnił. Dekadę później jest już święcie przekonany, że wszystkie fakty w pełni pokrywają się z jego wyobrażeniami. A przepaść narasta, bliskość zanika coraz bardziej.

Lux, jako osoba z zewnątrz, a zatem bez obciążeń, pełni rolę katalizatora. Ona ma ten luksus, że może przyjąć rolę obserwatora i dostrzegać w swoich rozmówcach cechy inne, niż przyzwyczaili się je widzieć ci przebywający najbliżej. Na przykład ciche pielęgnowanie romantycznych wspomnień tak bardzo przecież nie pasuje do Sophii… a może jednak wcale tak nie jest? Każdemu coś umknęło, jakiś okruch, jakaś prawda. Nawet Arthur w swojej spokojnej łagodności odkrywa siłę, zamiast, jak do tej pory, spowalniającą słabość (ponieważ wreszcie zaczyna odgadywać, skąd ta cecha się w nim w ogóle wzięła). Tymczasem Lux tu dorzuci pojedynczy komentarz, tam zada celne pytanie, a jeszcze gdzie indziej odwoła się do literackiego skojarzenia. Bez presji, bez narzucania tempa, za to ze szczerą sympatią do wszystkich zgromadzonych. I to okazuje się równie skuteczne, jak korowód duchów wigilijnych w wizjach Scrooge’a.

Siostry odkryją, że głośno wyrażana różnica zdań i ciągła wzajemna kontestacja to dla nich najlepszy sposób na pielęgnowanie więzi. Arthur bez trudu wejdzie w skórę moderatora, jako że wreszcie nauczył się nie przejmować i pewne rzeczy puszczać mimo uszu. Zima przyniosła obiektywną i surową ocenę. Kiedy jednak wydawało się, że ubywającego światła całkowicie zabraknie – nagle zaczęło go przybywać. Czas na wiosnę.

Karolina Chymkowska

Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: recenzje