Na głodzie – recenzja książki „Żarłok” A.K. Blakemore
A.K. Blakemore „Żarłok”, tłum. Urszula Gardner, wyd. Mova
Ocena: 8 / 10
Budzi obrzydzenie, strach i fascynację. Może pożreć 75 jajek, martwego szczura albo żywego kotka. I nigdy nie przestaje być głodny. Czy jest kanibalem? Mordercą? „Żarłok” to turpistyczny, mroczny horror osadzony we Francji w przełomowym momencie historii – wraz z upadkiem francuskich Burbonów i ancien regime kończy się nowożytność. Losy nieszczęśliwego freaka o nieposkromionym apetycie splatają się z gorączką Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Zostanie on przez nią pożarty.
Tarrare, tytułowy żarłok, to postać historyczna, a jednocześnie postać niczym z folkloru. Albo legend miejskich, ale w stylu Rabelaisa – sowizdrzalska, umoczona w fekalnym i płciowym sosie. A.K. Blakemore, opisując losy francuskiego wieśniaka o olbrzymim apetycie, który na skutek serii wydarzeń został członkiem złodziejskiej kompanii, później freak showmanem, pacjentem poddawanym eksperymentom medycznym, a ostatecznie żołnierzem i szpiegiem wojsk republiki, opiera się na jednym źródle historycznym. Jest nim praca doktora Pierre’a-François Percy’ego opublikowana w pewnym francuskim periodyku medycznym w 1804 roku kilka lat po śmierci tajemniczego pacjenta polifaga. To właśnie w „Mémoire sur la polyphagie” przyszły chirurg w armii Napoleona zawarł zarys biografii Wielkiego (apetytem, choć nie posturą) Tarrare’a. Autorka zaznacza jednak w posłowiu, że władzę nad tą historia przejęła fikcja literacka.
Dzięki temu dowiadujemy się choćby, że Tarrare – półsierota bez ojca zatłuczonego przez pijanych wieśniaków w dzień jego narodzin – nie miał łatwego dzieciństwa. Musiał choćby pochować malutką, zmarłą z chłodu siostrzyczkę w płytkim leśnym grobie. Bywało i tak, że leżał w łóżku, w którym w tym samym czasie jego matka prowadziła działalność z zakresu seksworkingu. A to wszystko z biedy, którą rodzicielka wraz konkubentem próbowała przezwyciężyć nielegalnym handlem solą. Takim handlem jak w serialu „1670”. Tylko że tu wszystko było na serio. I gdy pewnego razu nastoletni Tarrare nieopatrznie powiedział jedno słowo za dużo znajomemu o imieniu Herve (pierwszy obiekt homoerotycznej fascynacji), ten wraz ze zbirami napadł na chatę bohatera, upokorzył jego matkę i ukradł nieco soli. Kiedy po powrocie do domu ojczym Nollet dowiedział się, do czego i dlaczego doszło, udał się z bohaterem po chrust do lasu. Tarrare, wpatrując się w przyrodę na polecenie ojczyma, z ulgą przyjął spodziewany cios obuchem siekiery w potylicę (przypominają się „Myszy i ludzie” Steinbecka). A potem kolejne. Był gotowy na śmierć, bo czuł, że jest zbyt dziwny jak na ten świat, zbyt głodny, zbyt niepotrzebny.

Fragment pracy poświęconej polifagii, w której doktor Pierre-François Percy opisał przypadek swojego pacjenta, Wielkiego Tarrare’a (fot. Bibliothèques d’Université Paris Cité)
Tak się jednak składa, że mimo bardzo poważnych obrażeń Tarrare nie umiera. A może nawet rodzi się na nowo – to bowiem wtedy w stłuczonym i pewnie permanentnie uszkodzonym mózgu budzi się demoniczna potrzeba pożerania. Tarrare staje się uzależniony od jedzenia, ale nie tak, jak uzależniony jest każdy z nas. On uzależnił się jak Sid Vicious, Kurt Cobain czy Ryszard Riedel od heroiny – bez reszty, kompulsywnie i destrukcyjnie. Będąc na głodzie, czy po prostu będąc głodnym, albo też zwyczajnie ku uciesze gawiedzi, jest w stanie zjeść wszystko: zepsute podroby, trawę, korek od butelki. Wylizywać rany i brudne bandaże. Zastanawia się, czy człowiek może posilić się własnymi, wyszarpanymi z ramion, mięśniami.
Talenty Tarrare’a do pochłaniania materii dostrzega trupa złodziejaszków-sowizdrzałów. To właśnie wśród nich bohater realizuje schemat opowieści inicjacyjnej, poznając seks (chłopiec jest biseksualny, co potęguje jego odmienność), przygodę, występek, a w końcu śmierć. Ci weseli, gardzący utrwalonym przez prawo królewskie i boskie porządkiem świata nicponie postanawiają monetyzować jego dziwność, wystawiając go na widok publiczny. To przecież: „Medyczny dziw nad dziwy. Był szczytem rzadkiego, przykuwającego uwagę okropieństwa – nawet w czasach, gdy ulicami noszono odcięcie głowy, wiwatując i sypiąc groszem”.
Wraz z rozwojem wydarzeń Tarrare przestaje być w naszych oczach dziwadłem, a zostaje nawet nie trybikiem w machinie rewolucji, ale jednostką przez nią przemieloną. Zjedzoną, przetrawioną i wydaloną. Robotniczy zryw (choć sterowany przez wykształconych przywódców, oderwanych od problemów maluczkich), który miała wziąć w opiekę takich jak on biedaków, nie uwzględnił w swoich planach istnienia wymykającego się naukowemu poznaniu kuriozum. Gdy w poszukiwaniu wiktu, po rozstaniu się z dawnymi kompanami, Tarrare trafia do armii republiki wojującej z Prusami, tylko umacnia się w swoim wyalienowaniu. Wiecznie głodny, oddaje swoje ciało towarzyszom broni w zamian za ich racje. Obywatel, który je za kilku, musi zostać wyeliminowany przez rewolucję. Gdyby oświeceniowa wiara w racjonalizm zawodzi, do głosu dochodzi zabobon, stygmatyzacja inności i chęć linczu.

Wielki Tarrare nie był jedynym polifagiem, który prezentował swoje umiejętności przed publicznością – na rycinie przedstawiony został Jacques de Falaise podczas podobnego pokazu (rys. Louis-Marie Lanté/Gallica Digital Library)
Opowieść o nadnaturalnym żarłoku ma formę szkatułki. Bohatera poznajemy w szpitalu prowadzonym przez siostry zakonne, gdzie traktowany jako morderca-kanibal szykuje się do odejścia z tego świata z widelcem w trzewiach. Zanim jednak opuszczą go resztki sił, odurzony laudanum młodzieniec opowie swoją historię siostrze Perpetui, jedynej, która dostrzega w nim nie tylko monstrum, ale i człowieka.
Tarrare jest zarówno do bólu ludzkim nieszczęśnikiem, dla którego supermoc stała się przekleństwem, jak i wieloznacznym literackim symbolem. Jest ucieleśnieniem piątego grzechu głównego w katolickiej Francji. Głodem doświadczanym przez 25-milionowy lud kipiący gniewem przeciwko monarchii. Nieumiarkowaną konsumpcją lepiej urodzonych pozwalających sobie na nieprzerwane „wielkie żarcie” kosztem biedoty konającej w przydrożnych rowach. Głód Tarrare’a to w końcu rewolucyjna żądza krwi i łaknienie ofiar. I dlatego właśnie ta postać jest tak interesująca. Dostrzega to Blakemore, snując opowieść nie tylko o nienażartym „potworze”, ale też o ścieraniu się klas i o tym, że najedzony nigdy nie zrozumie głodnego. I na odwrót.
„Żarłok”, którego poznajemy dzięki tłumaczeniu Urszuli Gardner, napisany jest bardzo sugestywnym, naturalistycznym językiem, ze szczególnym naciskiem na bodźce podlegające percepcji węchowej, smakowej i dotykowej. Bo właśnie z głodu i bólu składa się Tarrare. W pamięć czytelnika zapadają zatem nie tylko fragmenty poświęcone konsumpcji, tak odważnie przełamujące różne tabu, ale i te dotyczące cierpienia bohatera, także w jego głęboko egzystencjalnym wymiarze: „Powiedzieć, że ból zawładnął nim w całości niczym ogień, byłoby niedomówieniem, możliwe, że kłamliwym. Powiedzieć, że próbuje otworzyć oczy i ponosi klęskę, byłoby odarciem was z prawdy, którą już poznaliście i o której być może staracie się zapomnieć, tej mianowicie, że w obliczu cierpienia wszyscy jesteśmy kompletnie, nieodwołalnie sami”.
Jednocześnie narrator nieustannie trzyma nas w pobliżu tkanek i wydzielin, intymnego doświadczenia cielesnego: „[Tarrare] Ostrożnie unosi rękę, by pomacać tył głowy. Sprawia tym sobie ból. Czuje pod opuszkami szczelinę, wgłębienie między dwoma kawałkami kości. W ustach natomiast wyczuwa lukę w miejscu, w którym żadnej luki nie było; szczerbę pomiędzy kłem i przedtrzonowcem. Akurat mieści się w niej czubek języka; Tarrare drażni nim ranę, wywołując słoność”.
Wymowę fragmentów takie jak ten potęguje fakt, że Tarrare to typ dobrotliwego olbrzyma (lub dobrotliwego półgłówka), który odznacza się wielką wrażliwością na krzywdy innych (zwłaszcza zwierząt). Jego wrodzona łagodność nieustannie wchodzi w kolizję z brudnym, złowrogim światem.
„Żarłok” to książka bardzo dobra. Mimo poważnej wymowy zachowuje atrakcyjność powieści przygodowej i powieści grozy, zahaczając o kategorię misery porn. Jej lektura jest bardzo intensywnym doświadczeniem. Tragiczna historia Tarrare’a przypomina mi losy Justyny z „Niedoli cnoty”, która nieustannie wpadała w coraz to gorsze makabryczne tarapaty – choć chciała postępować słusznie, była bita, gwałcona, więziona, przypalana i okaleczona. De Sade zresztą to jedna z wielu postaci historycznych, których nazwisko pada w tej książce (obok choćby Bonapartego). Czy „Żarłok” to książka obrzydliwa? Owszem. I bardzo dobrze. To powieść dla czytelników, którzy wiedzą, czego chcą (czyli literatury pełnokrwistej, bezkompromisowej). Lub pragną przekonać się, czego nie chcą.
Wydawnictwo Mova ozdobiło książkę świetną okładką projektu Tomasza Majewskiego. Widnieje na niej kolaż obrazów holenderskich i flamandzkich malarzy (i jednej malarki) epoki baroku – Fransa Snydersa, Conrelisa de Heema i Rachel Ruysch. Dynamiczne przedstawienie wilków walczących z psami, martwych upolowanych zwierząt i równie martwej natury prezentuje się bardzo efektownie i doskonale współgra z treścią powieści.
Jacek Adamiec
PS Pracując nad tym tekstem, trafiłem na interesujący artykuł na stronie ripleys.com specjalizującej się w różnego rodzaju kuriozach. Autorzy tekstu o Tarrarze poszukiwali medycznego wytłumaczenia kondycji nieszczęśnika. Ekspert, z którym rozmawiali (chiropraktyk?), sugerował m.in. możliwość zaistnienia dysfunkcji podwzgórza mózgu, które odpowiada za poczucie sytości. Fakt, że mimo pochłaniania tysięcy kalorii (gdy akurat nie głodował!) Tarrare nie tył, niejaki dr Moore tłumaczy pasożytem. Inne możliwe przyczyny to zaburzenia hormonalne, niedobory mikroskładników lub zespół Pradera-Williego.
Kategoria: recenzje















