banner ad

Mroczny thriller w duchu tragedii antycznej – recenzja książki „Boginie” Alexa Michaelidesa

6 grudnia 2021

Alex Michaelides „Boginie”, tłum. Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik, wyd. W.A.B.
Ocena: 8 / 10

„Boginie”, drugi – po dobrze przyjętej „Pacjentce” – thriller psychologiczny Alexa Michaelidesa, to opowieść o zbrodni i karze. O obsesji i namiętności. O miłości do sztuki, poezji brytyjskiej i tragedii antycznej, ale też o typowo ludzkiej tendencji ulegania pozorom.

Kiedy w Cambridge znika bez wieści studentka należąca do tajnego studenckiego stowarzyszenia „Bogiń”, psychoterapeutka Mariana postanawia zaangażować się w jej odnalezienie. Tym bardziej że zaginiona jest bliską przyjaciółką jej ukochanej siostrzenicy. Poza tym Cambridge to jej wspomnienie z młodości, najszczęśliwszy okres, tam bowiem poznała męża, który później tragicznie zmarł. Wyprawa w mury wiekowego uniwersytetu jest więc poniekąd misją quasiratunkową nie tylko dla siostrzenicy i jej zaginionej koleżanki, ale też dla samej bohaterki, która próbuje – niczym ochoczo przywoływany w powieści Tennyson – zmierzyć się z cierpieniem po stracie w miejscu, gdzie owa strata będzie odczuwana najdotkliwiej. Poza tym Mariana wierzy, że zna tożsamość zabójcy. W jej przeświadczeniu to uniwersytecki wykładowca, charyzmatyczny Edward Fosca. I kobieta nie cofnie się przed niczym, by to udowodnić.

Alex Michaelides w „Boginiach” sięga po konstrukcję zbliżoną do formuły tragedii antycznej, gdzie postać główna zwyczajowo skazana była na porażkę, niezależnie od drogi, którą wybrała. Mariana miota się, byle tylko odkryć prawdę, ale niezależnie od wyniku „śledztwa” poniesie niepowodzenie. Nie oszukujmy się, nie ma dla niej nadziei. W klasycznej tragedii antycznej dostrzegamy ten paradoks już na wstępie, w „Boginiach” zrozumiemy to dopiero, poznając zaskakujące skądinąd zakończenie. A droga do finału jest długa, zawiła i pełna zwrotów, które co rusz wywracają nasze kruche wyobrażenie o tym, iż mamy pełne pojęcie o skonstruowanej przez pisarza zagadce.

Autor może niewątpliwie poczytywać to sobie za sukces. Z jednej strony podaje nam domniemanego sprawcę od pierwszych stron, ba – nawet zdań, by z czasem dekonstruować nie tyle w głównej bohaterce, co w nas samych to poczucie przeświadczenia, że znamy prawdę. Mariana jest przekonana, iż zna tożsamość zabójcy młodych studentek skupionych wokół tajemnego stowarzyszenia „Boginie”. Im bardziej jednak jest pewna słuszności swoich założeń, tym my jako czytelnicy mocniej zaczynamy podejrzewać, że już zaraz, na kolejnej stronie, kryje się jakiś zaskakujący zwrot, który wywróci do góry nogami całość fabuły. Takie jest bowiem prawo thrillera, zwłaszcza takiego z półki „dobrych”. Michaelides świetnie radzi sobie z podtrzymywaniem tej niepewności, ale też umiejętnie gra klimatem wybranej przez siebie scenerii. Wiekowe, legendarne na swój sposób mury Cambridge plus wielka fascynacja antyczną tragedią dają co najmniej interesujący miszmasz stylistyczny i wykraczają nieco poza utarte schematy, jakie spotykamy w obecnych na rynku thrillerach.

Nieudolność Mariany w prowadzeniu prywatnego dochodzenia jest, szczerze mówiąc, rozbrajająca, ale z drugiej strony dodaje jej autentyczności. Ona nie ma przecież żadnego doświadczenia w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek, więc błędy, które popełnia, wypadają naturalnie, zwłaszcza jeśli dodamy do tego oczywisty w obliczu sytuacji stres i osobiste, emocjonalne zaangażowanie.

Kreacja postaci wypada o tyle udanie, że w dużej mierze patrzymy na nie oczami głównej bohaterki, a więc filtrowane są przez jej wrażliwość, sympatie i antypatie. A mimo że takie osobiste spojrzenie zwykle bywa tendencyjne – a w przypadku głównego podejrzanego, Edwarda Fosci, wręcz z gruntu nacechowane pejoratywnie – to jednak nadal pozostają spójne i logiczne wewnętrznie. Mariana jest zagubiona, wciąż cierpi po stracie ukochanego męża, czego nie zdołała jeszcze do końca przepracować. Zagrożenie ze strony napastliwego pacjenta z jej własnej grupy terapeutycznej, a także nadopiekuńczość względem młodocianej podopiecznej – bezpośrednio narażonej przez samą choćby przynależność do „Bogiń” – to wszystko dodatkowo buduje atmosferę niepewności i niepokoju.

Całość daje co najmniej interesujący efekt, z pewnością wyróżniający prozę Michaelidesa na tle thrillerów psychologicznych. Widać wyraźnie odbicie osobistych doświadczeń, związanych ze studiami filologicznymi i psychologicznymi w Cambridge, ale też mocne przywiązanie do rodzimej kultury – wszak Michaelides z pochodzenia jest Grekiem. W „Boginiach” nie tylko tworzy obraz mrocznych, rodzinnych sekretów, ale też składa hołd klasycznej greckiej tragedii, stanowiącej faktycznie swoiste dziedzictwo kulturowe jeśli już nie jego samego, to jego przodków z pewnością.

Mariusz Wojteczek

Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: recenzje