banner ad

Melancholia i dojrzałość – recenzja książki „Atramentowa śmierć” Cornelii Funke

24 listopada 2025

Cornelia Funke „Atramentowa śmierć”, tłum. Jan Koźbial, wyd. Kropka
Ocena: 7,5 / 10

Seria o Atramentowym Świecie swego czasu udanie rywalizowała o miano najpopularniejszego młodzieżowego cyklu fantasy z „Harrym Potterem” i podobnie jak u J.K. Rowling bohaterowie Cornelii Funke dorastali wraz z czytelnikami. „Atramentowa śmierć” to najpoważniejszy z dotychczasowych tomów – mroczny, pełen rozczarowań i świadomości, że magia opowieści potrafi być równie cudowna, co zgubna.

Akcja finałowej części trylogii (po latach powstała kontynuacja zatytułowana „Kolor zemsty” – o niej napiszemy niebawem), rozgrywa się niemal w całości w tytułowym Atramentowym Świecie, który coraz wyraźniej wymyka się spod kontroli swojego autora. Fenoglio, niegdyś wszechmocny demiurg, cierpi na niemoc twórczą, a jego miejsce zajmuje Orfeusz, pisarz pozbawiony moralności, który tworzy własną wersję świata, byle tylko zapewnić sobie władzę i nieśmiertelność. Nawet on zachowuje jednak tylko pozory panowania nad sytuacją – poszczególne wątki opowieści rozwijają się same, a uczestniczący w nich bohaterowie częstokroć odgrywają role, których pierwotna historia dla nich nie przewidziała. Dlatego też Mortimer, znany wcześniej jako Sójka, współpracuje z Czarnym Księciem i jego ludźmi, broniąc uciśnionych i coraz bardziej narażając własne życie. Resa, zrozpaczona tym, co widzi, pragnie powrócić do domu, podczas gdy Roksana nie może pogodzić się ze śmiercią Smolipalucha, a Farid służy u chciwego Orfeusza. Po drugiej stronie rzeczywistości Elinor i Dariusz podejmują próbę przedostania się do świata zrodzonego z kart powieści, nieświadomi, jak bardzo ich obecność może wszystko odmienić. Tymczasem sam Atramentowy Świat przeobraża się w krainę, w której coraz silniej rządzi zło. Finalna rozgrywka jest coraz bliżej.

Świadoma tego Cornelia Funke z niezwykłą precyzją doprowadza bohaterów do sytuacji niemal beznadziejnych tylko po to, by zmusić ich do odwagi i działania wbrew rozsądkowi. Jednocześnie czyni zabiegi, by fabuła powoli, niemal leniwie nabierała tempa, kreśląc skrupulatnie relacje i zależności. Choć momentami można by sobie życzyć nieco większej dynamiki, ostatecznie jednak czytelnicza cierpliwość zostaje nagrodzona, bo przekonujemy się, że dzięki temu opowieść zyskuje głębię. Funke nie idzie na skróty, daje swojemu światu i postaciom oddychać, a emocjom wybrzmieć w pełni – nic nie wydaje się tu przypadkowe czy wymuszone, a każde zdarzenie ma swoje źródło w poprzednich decyzjach bohaterów.

Seria o Atramentowym Świecie (fot. Kropka)

„Atramentowa śmierć” jest zdecydowanie najmroczniejszą częścią serii – znikają tu już niemal całkowicie ślady baśniowości, ustępując miejsca światu zbrukanemu krwią i zdradą. Autorka nie patyczkuje się w kwestii śmierci – bohaterowie giną, cierpią, zawodzą siebie i innych. Orfeusz, w dużej mierze pełniący rolę antagonisty, staje się symbolem literackiej pychy: człowieka, który chce być bogiem własnej opowieści, lecz nie potrafi udźwignąć odpowiedzialności za stworzony świat. W tym sensie jego postać jest przestrogą – zarówno dla pisarzy, jak i czytelników – że słowa mają wagę i potrafią nie tylko budować, ale też niszczyć.

W „Atramentowej śmierci” Funke pokazuje dojrzałość, jakiej nie zawsze oczekuje się od literatury młodzieżowej. Bohaterowie, którzy zaczynali jako dzieci zachwycone magią opowieści, muszą teraz zmierzyć się z konsekwencjami wydarzeń opisanych w „Atramentowym sercu” i „Atramentowej krwi”. Świat książek, który niegdyś był azylem, staje się przestrzenią pełną bólu i odpowiedzialności. Dla przykładu, wspomniany wcześniej Mortimer, z rozdziału na rozdział coraz bardziej przypominający postać tragiczną, zaczyna rozumieć, że każda historia ma swój kres, a żadne słowo nie jest w stanie naprawdę pokonać śmierci.

To właśnie w tym gorzkim przesłaniu tkwi siła „Atramentowej śmierci”. Cornelia Funke zamyka pierwotną trylogię nie fajerwerkami, lecz melancholią i dojrzałością, której nie powstydziłby się żaden autor fantasy dla dorosłych. Świat, który powstał z miłości do książek, staje się tu metaforą samego aktu tworzenia, pełnego zachwytu, ale i odpowiedzialności. A choć opowieść o Sójce, Meggie i ich świecie dobiega końca, to wiara w moc słów i to, że opowieści mogą zmieniać rzeczywistość, pozostaje nienaruszona.

Maciej Bachorski


Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje