banner ad

Magia słów silna jak wcześniej – recenzja książki „Kolor zemsty” Cornelii Funke

18 grudnia 2025

Cornelia Funke „Kolor zemsty”, tłum. Danuta Fryzowska, wyd. Kropka
Ocena: 7,5 /10

Ileż to razy, wracając po latach do naszego ulubionego fikcyjnego świata, stwierdzaliśmy, że wyrosłe na gruncie nostalgii wspomnienia niekoniecznie odpowiadają prawdzie? O dojmujące uczucie rozczarowania tym łatwiej, gdy mowa o świecie głęboko wrośniętym w wyobraźnię. „Kolor zemsty”, długo wyczekiwana kontynuacja „atramentowej” trylogii, pokazuje jednak, że Cornelia Funke potrafi wrócić tam, gdzie zostawiła swoich bohaterów, z taką samą wrażliwością jak przed laty.

Choć akcja nowej powieści toczy się kilka lat po wydarzeniach z „Atramentowej śmierci”, Funke nie próbuje na siłę zerwać z przeszłością. Fabuła naturalnie wyrasta z zakończenia trylogii, a jednocześnie kieruje wzrok w stronę nowych zagrożeń. Punktem zapalnym jest oczywiście Orfeusz, którego obsesja i urażona duma stają się katalizatorem dla wydarzeń popychających historię naprzód. Jego pragnienie zemsty prowadzi do stworzenia niebezpiecznych, zaczarowanych portretów, potrafiących wymazywać ludzi z rzeczywistości Atramentowego Świata. Gdy kolejne postacie zaczynają znikać, Smolipaluch oraz Czarny Książę wyruszają, by ocalić uwięzionych, a ich droga będzie znacznie mroczniejsza, niż mogliby przypuszczać. W tle pojawia się Baldassare Rinaldi wraz ze szklanym ludzikiem Błyszczkiem, mamy też Kobiety z Lasu i towarzyszącego Czarnemu Księciu Jehana – wszyscy są wplątani w intrygę, która rozrasta się jak sieć utkana przez siły, nad którymi nikt nie ma pełnej kontroli.

Największym atutem „Koloru zemsty” jest styl Cornelii Funke, który przez lata zachował swój charakter. To wciąż te same plastyczne opisy, bogactwo detali, wyraziste dialogi, które tworzyły niepowtarzalną atmosferę trylogii. Dla czytelnika, który dopiero co zakończył lekturę poprzednich tomów, przeskok będzie właściwie niezauważalny.

Podobnie ma się sprawa z konstrukcją fabuły: choć od finału „Atramentowej śmierci” minęło wiele lat, historia rozwija się jak naturalne przedłużenie tamtych wydarzeń. Autorka nie wywraca fundamentów do góry nogami – raczej buduje na nich nowe piętro, korzystając z wcześniejszych motywów, ale bez popadania we wtórność. Wprowadzane zmiany są rozsądne, przemyślane i organiczne.

Seria o Atramentowym Świecie (fot. Kropka)

Znacząco zmienia się za to rozkład uwagi poświęconej bohaterom. „Kolor zemsty” to przede wszystkim opowieść o Orfeuszu – postaci, która wcześniej była jednym z antagonistów, ale nigdy nie miała tyle przestrzeni, by w pełni rozwinąć swoją ambicję i mrok. Tutaj jego obsesja rośnie i nabiera nowego wymiaru, napędzając całą opowieść. W centrum narracji stoją Smolipaluch i Czarny Książę, duet działający w cieniu zagrożenia i próbujący odwrócić skutki magii, która w złych rękach stała się narzędziem dominacji. Ich droga – również emocjonalna – nadaje książce dynamiki i wzruszeń, a przy okazji przypomina, że to właśnie poboczni bohaterowie często niosą na swoich barkach najbardziej interesujące wątki.

Wszystko to składa się na historię o ambicji, żądzy władzy i pysze, która domaga się zadośćuczynienia. Funke bardzo wyraźnie zadaje pytania o cenę obsesji, o to, czy zemsta jest warta paktu z siłami, których się nie rozumie, a także o konsekwencje wykraczające daleko poza intencje tych, którzy chcą zapanować nad światem słów i obrazów. Te refleksje nie przytłaczają jednak fabuły – wciąż mamy do czynienia przede wszystkich ze sprawną powieścią przygodową fantasy.

„Kolor zemsty” rozbudowuje więc znany świat i wprowadza nowe elementy, nie burząc równowagi strukturalnej. Stawka jest nawet wyższa niż wcześniej, tempo lepiej wyważone, a fabuła bardziej zwarta niż w trylogii – niecałe czterysta stron w zupełności wystarcza, by stworzyć pełen detali literacki obraz, a jednocześnie utrzymać rytm, który nie pozwala odłożyć książki. W dodatku Funke rozwija wątki tak, by do końca nie było wiadomo, dokąd zmierzają. To rzadkość, by ktoś po długiej przerwie wracał do swojego cyklu z taką lekkością i pewnością ręki.

„Kolor zemsty” to zatem powrót udany i zaskakująco świeży – dowód na to, że niektóre historie dojrzewają wraz z czytelnikami i potrafią po latach wybrzmieć nawet jeszcze pełniej niż wtedy, gdy usłyszeliśmy je po raz pierwszy.

Maciej Bachorski


Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje