Latynoska Szeherezada – recenzja książki „Opowieści Evy Luny” Isabel Allende
Isabel Allende „Opowieści Evy Luny”, tłum. Ewa Zaleska, wyd. Marginesy
Ocena: 7 / 10
„Opowieści Evy Luny”, oryginalnie wydane w 1989 roku, nie tylko tytułem nawiązują do starszej o dwa lata głośnej powieści Allende. Tytułowa bohaterka „Evy Luny” objawia się w niej ponownie w specyficznej roli współczesnej Szeherezady, tym razem snującej opowiadania dla swojego kochanka.
Dwadzieścia dwa opowiadania zebrane w tej książce zabierają czytelnika w kurs po latynoamerykańskiej historii ostatniego stulecia. Historii odrealnionej i otoczonej mgłą legendy w stylu, którym Chilijka zdążyła już w tamtym czasie uwieść międzynarodową publiczność. Miłość, śmierć, pożądanie, przemoc, poświęcenie przeplatają się w duchu magicznego realizmu, a indywidualne, nierzadko tragiczne historie bohaterów silniej kreślą losy całego regionu niż polityczne i społeczne tąpnięcia zachodzące na dalszym planie.

Isabel Allende (fot. © Lori Barra)
Siłą tych historii, oprócz momentów niekłamanej urody języka autorki, jest właśnie galeria postaci. Cwani oportuniści zderzają się z idealistami skazanymi na pożarcie, podczas gdy kobiety zniewolone przez system i konwenans zdobywają się na niezależność… lub ulegają zagładzie. Poznajemy księdza o nieprzejednanie lewicowych poglądach doświadczającego cudu z niezachwianą pogodą i dziarskością („Dyskretny cud”), nauczycielkę starającą się pogrzebać ciało swojej ofiary – człowieka odpowiedzialnego za śmierć jej syna („Gość nauczycielki”) czy marnego szansonistę, dla którego seksualne awanse jedenastolatki stają się źródłem życiowej obsesji (skądinąd mogąca być dziś kontrowersyjnie odbierana „Rozpustna dziewczynka”). No i wreszcie bodaj najsłynniejsza bohaterka tego zbioru, mistrzyni słowa Belisa Crepusculario, której niecodzienny talent zapewnia wielką polityczną karierę groźnemu watażce („Dwa słowa”).
„Opowieści Evy Luny” pełne są wszystkiego, za co jedni kochają Isabel Allende, a inni poddają ją krytyce. Jednych zachwyci liryzm, magiczna aura i niewątpliwa wrażliwość, innych może razić skłonność do sentymentalizmu i stylistycznego efekciarstwa. Nikogo jednak nie powinny pozostawić obojętnym, zwłaszcza kiedy na samo zakończenie dostajemy rzecz tak przygniatającą emocjonalnie, jak porażające „Z błota powstaliśmy”.
Sebastian Rerak
TweetKategoria: recenzje














