Krwawa legenda – recenzja książki „Grób Maggie” Davida Sodergrena
David Sodergren „Grób Maggie”, tłum. Anna Standowicz-Chojnacka, wyd. Akurat
Ocena: 7 / 10
Szkocki pisarz David Sodergren sprawił niemałą radość fanom wczesnych książek Grahama Mastertona czy nawet Guya N. Smitha. Wydana właśnie w Polsce powieść „Grób Maggie” to widowiskowa orgia przemocy wymieszana z absurdem.
Historia rozgrywa się w szkockim miasteczku Auchenmullan, które właściwie już dawno przestało „żyć”, choć formalnie wciąż figuruje na mapie. Liczy zaledwie czterdziestu siedmiu mieszkańców i poza samotnym grobem na zboczu góry nie oferuje niczego, co mogłoby przyciągnąć czyjąkolwiek uwagę. Napis na nagrobku głosi, że pochowano tam Maggie Wall, czarownicę – co starszyzna traktuje jako śmiertelną przestrogę, a młodzież, rzecz jasna, zupełnie na odwrót. Gdy więc garstka narwanych nastolatków doprowadza do znieważenia grobu, i to w wyjątkowo obrazoburczy sposób, żądny zemsty upiór wychodzi z cienia, a miasteczko, które od dekad trwało w martwym uśpieniu, budzi się do krwawego życia.
Czy brzmi to oryginalnie? Cóż, ani trochę. Mroczna legenda, małomiasteczkowe tajemnice, garstka nastolatków sprowadzających na siebie nieszczęście i pragnący zemsty potwór to zestaw, który gatunkowi wyjadacze znają już w różnych konfiguracjach z wielu książek i filmów. Dla Sodergrena to jednak żaden problem. Szkocki pisarz na swoim fachu i gatunkowych prawidłach zna się co najmniej dobrze i widać to już od pierwszych stron. Sięga więc po sprawdzoną taktykę: w prologu bez ogródek pokazuje, jakiej dawki okrucieństw możemy się spodziewać dalej, po czym przechodzi do właściwej akcji i systematycznie podkręca tempo, wprowadzając kolejnych bohaterów, aż wydarzenia wreszcie ruszają z piskiem opon. Autor nie zapomina przy tym o budowaniu klimatu, ale zachowuje odpowiednią dynamikę i doskonale wyczuwa, w którym momencie czytelnik zaczyna się niecierpliwić, by właśnie wtedy zaserwować mu poważniejsze uderzenie. Gdy fabuła rozkręca się na dobre, robi się naprawdę ciekawie.
„Grób Maggie” w żadnym wypadku nie pretenduje do miana pozycji ambitnej. Sodergren serwuje nam wszystko to, co stanowi fundament grozy klasy B: seks, durne decyzje bohaterów, pokaźne ilości płynów ustrojowych i coraz to wymyślniejsze sposoby na wyprawienie kolejnych postaci na drugą stronę tęczy. Próżno tu szukać filozoficznych przemyśleń, kunsztownych metafor czy wielopiętrowych ozdobników i po prawdzie chwała za to, bo w zamian dostajemy (zaledwie, jak na dzisiejsze standardy wydawnicze) trzysta stron horrorowego mięcha bez zbędnego wodolejstwa, okraszonego przy tym dawką smoliście czarnego humoru, którego pełnię docenią ci, którzy dotrą do sceny masowego rytuału. Takie fragmenty tylko utwierdzają w przekonaniu, że Szkot ewidentnie dobrze bawił się przy pisaniu tej książki. Czytelnicy również będą podczas lektury.
Maciej Bachorski
TweetKategoria: recenzje














