Kraj kwitnącego kapitalizmu – recenzja książki „Dylematy kobiet pracujących” Fumio Yamamoto
Fumio Yamamoto „Dylematy kobiet pracujących”, tłum. Anna Horikoshi, wyd. W.A.B.
Ocena: 8 / 10
Japonki i Japończycy słyną nie tylko z długowieczności, ale też cudownej zdolności do zachowania młodości przez długie dekady. Dlatego nic dziwnego, że licząca ćwierć wieku książka Fumio Yamamoto, autorki, która niestety nie dołączyła do grona nestorów, umierając w wieku 59 lat, jest świeża niczym w dniu premiery. „Dylematy kobiet pracujących” to zbiór pięciu życiowych, antykapitalistycznych i głęboko feministycznych opowiadań o japońskich kobietach rozpędzających się do skoku. Może być to skok w bok lub skok w nieznane, może być to skok adrenaliny. W każdym przypadku będzie on aktem buntu.
Trzeba zacząć od tego, książka Fumio Yamamoto przełożona przez Annę Horikoshi (tłumaczkę, której zawdzięczamy m.in. przekłady Ogawy, Murakamiego i Kawakami, czyli światowej sławy japońskich pisarzy i pisarek) to kultowa – przynajmniej w Japonii – książka feministyczna. Sprzedała się w tym kraju w ponad 500 tysiącach egzemplarzy. Mimo to dopiero w 2025 doczekała się przekładu na angielski. Opowiadania z niej pochodzące traktują o kobietach wyzwalających się z uścisku patriarchatu. Brzmi to dość sztampowo i ogólnikowo, nieprawdaż? Takich książek mamy od groma. Takie książki są popularne również w Polsce i to od dłuższego czasu, a zainteresowanie tematem dodatkowo podsycił wielki sukces „Chłopek” Joanny Kuciel-Frydryszak. Już sam tytuł zbioru Yamamoto, „Dylematy kobiet pracujących”, zdaje się obiecywać podjęcie tematów poruszanych przez polską badaczkę – wyzysku kobiet, zmuszanych do bezpłatnej, niewidzialnej pracy. I rzeczywiście wątki te – podobnie jak kwestia wyzysku w kapitalizmie – przewijają się w pięciu angażujących opowiadaniach pełnych wielowymiarowych, wyrazistych postaci.
Dwudziestoczteroletnia Haruka zachorowała na raka piersi. Bezzwłoczna amputacja była jedynym wyjściem. Po rekonstrukcji piersi – która stanowi jej kompleks – mogłaby wrócić do porzuconej codzienności, jednak wcale nie zamierza. A może nie potrafi? Oczywiste jest to, że jej uporządkowany, wręcz pedantyczny chłopak nie może znieść faktu, że dziewczyna z nowotworu i onkonarracji uczyniła element swojej tożsamości.
Do tego Haruka jest bezrobotna, prowadzi nieuporządkowane, próżniacze życie. Zarówno jej partner, jak i gospodarka kapitalistyczna wymagają od niej bezwzględnej produktywności. „Moje ciało znów może pracować. Dlatego powinnam o wszystkim zapomnieć” – tłumaczy znajomej. „Ale wiesz, że na przykład teraz bardzo swędzi mnie w środku tej sztucznej piersi?” – dodaje. Poczucie obcości we własnym ciele, rutyna zastrzyków hormonalnych i badań nie pozwala jej jednak wrócić do normalności. Nie zaszła w niej również żadna wyczekiwana przez społeczeństwo przemiana. Nie pokochała życia, nie traktuje go jako najcenniejszego daru. Czuje się wyobcowana. Wszystko zmienia się, gdy podczas jednej z wizyt w szpitalu poznaje pewną piękną, tajemniczą kobietę.
Wyobcowana czuje się również Izumi, która po rozstaniu z mężem żyje z oszczędności i oddaje się pasji szydełkowania, czym maskuje wypalenie i depresję. Zaczyna się od zwierzątek, a kończy na pokemonach. Gdy to ją nudzi, zaszywa się w mangowych kawiarniach i czyta kolejne komiksy. „Zauważyłam, że mangi zostawiały mnie z niczym, bez wspomnień i bez refleksji” – wyznaje. W ten sposób zabija czas. Wcześniej, pracując w firmie męża, nie miała go dla siebie ani trochę. Teraz ma w nieograniczonych ilościach, ale potrafi go jedynie marnować.
Gdy z „bezrobotnej lat trzydzieści cztery” przeobraża się w „bezrobotną lat trzydzieści sześć”, przyswaja brak zajęcia jako element swojej osobowości. Podobnie jak zrobiła to Haruka z rakiem. Z marazmu niespodziewanie może wydobyć ją Mały Ken – twarz z przeszłości, która zamienia się w czułego kochanka. Czas znowu może nabrać znaczenia.

Fumio Yamamoto (fot. ANN News)
A skoro mowa o czasie – czterdziestoletnia (z hakiem) Katō, bohaterka opowiadania „Tu i teraz”, przez lata wypełniała go troską o gospodarstwo domowe. Niestety utrata dobrze płatnej pracy przez męża i rosnące wydatki domowe zmusiły ją do brania nocek w pobliskim supermarkecie. Śpi po trzy godziny na dobę. Musi opiekować się nie tylko nastoletnią córką (która od czterech dni nie wraca na noc do domu) i synem na studiach, ale też starą matką. No i są jeszcze obowiązki domowe. Mąż, jak wielu innych, zrobi to, o co się go poprosi, ale nic z własnej inicjatywy. Eksploatująca praca pozbawia Katō dobrych wspomnień, narusza jej psychikę. Ale kobieta nie może pozwolić sobie na oddech, gdy na konta zaglądają raty kredytu mieszkaniowego. Niespodziewanie wymęczoną Katō zaczyna się interesować o wiele młodszy kolega z pracy. Czy to zapowiedź zmian?
Jeśli Katō możemy nazwać zubożałym niebieskim kołnierzykiem, białym powinniśmy nazwać Mito, narratorkę „Dylematu więźnia”. Młoda kobieta pracuje w technologicznej korporacji wprowadzającej na rynek interfejsy przyszłości i żyje w białym związku ze swoim chłopakiem, obiecującym doktorantem na uniwersytecie. W łóżku nie ma między nimi ani grama chemii, dlatego obojgu zdarzają się skoki w bok. Kobiecie dużo częściej. Z radością odkrywa, że może czerpać satysfakcję z seksu z osobami, których nie darzy uczuciami romantycznymi. To początek emancypacji. Narasta w niej niezgoda na to, że całe wspólne życie z Asaoką podporządkowane jest jego karierze naukowej. Ma dość dominujących mężczyzn – takim mężczyzną był jej ojciec – a w szczególności dominujących mimo nieporadności życiowej. Konfrontacja okazuje się nieunikniona.
W ostatnim opowiadaniu autorka dopuszcza do głosu przetyranego przez życie mężczyznę o imieniu Makoto, świeżo upieczonego właściciela baru typu izakaya. „To nie miała być wykwintna restauracja czy snobistyczny bar, ale miejsce, w którym ludzie tacy jak ja mogliby ukoić zszargane nerwy” – tłumaczy. W położonym na przedmieściach miasta barze z długimi tradycjami – przejął go po wcześniejszym właścicielu – poznaje pewną na oko trzydziestoparoletnią kobietę. „Ta kobieta zachowywała się w moim barze jak klientka, ale nią nie była. A to dlatego, że obecnie mieszkała razem ze mną” – wyznaje na początku opowiadania. Gościnni baru nie przychodziła się napić, przychodziła wróżyć pijącym z dłoni, gdzieś w kącie z tyłu baru, za kontuarem. Sumie, bo tak jej na imię, fascynuje mężczyzn, potrafi owinąć ich wokół palca. Taki los spotyka także naszego bohatera. Gdy ten dowiaduje się, że wróżka jest bezdomna, przygarnia ją do siebie. Romans okazuje się naturalnym następstwem spontanicznej bliskości. Gdy Makoto, rozwodnik z nastoletnią córką, decyduje się spróbować ułożyć sobie życie na nowo z Sumi-chan, okazuje się, że kobieta wcale nie chce dać się okiełznać i stracić niezależność. I tu pojawia się konflikt światopoglądów.
Żadna z tych zwyczajnych historii nie byłaby tak angażująca, gdyby nie jej bohaterki i bohaterowie. Yamamoto przedstawia wiarygodne postaci o rozbudowanej konstrukcji psychologicznej. Ma tę zdolność, że już po kilku strona postaci wydają się nam bliskie, co – podkreślam – nie jest znowu tak oczywiste, bo przecież akcja umiejscowiona jest 9 tysięcy kilometrów od Warszawy, a więc moglibyśmy spodziewać się znacznych różnic kulturowych czy obyczajowych. Bez wątpienia swoje zrobiła jednak globalizacja, która jest jednym z następstw drapieżnej ekonomii neoliberalnej. A historie z „Dylematów…” stanowią przecież aż nazbyt dobitny manifest antykapitalistyczny. Warto uwzględnić tu kontekst społeczny krytykowanego kultu zapierdolu – rocznie aż 10 tysięcy Japończyków ponosi śmierć z przepracowania, czyli karōshi. U Yamamoto pracują zarówno nastolatki, jak i starcy.
Atrakcyjność opowiadań Yamamoto tkwi jednak również w tym, że poza swoją wymową uniwersalną, zachowują – proszę nie oskarżać o orientalizację – swój egzotyczny powab. Nie przejawia się on wbrew pozorom w ludowości. Wręcz przeciwnie – wrażenie robi zaawansowanie technologiczne społeczeństwa japońskiego i fascynacja elektronicznymi nowinkami. Przypominam, że jest rok 2000, a bohaterki bardzo swobodnie korzystają już z infrastruktury internetowej, nie ma co wspominać o wszechobecnych telefonach komórkowych. Normą jest też coś, co w Polsce w tym czasie mogłoby wydawać się luksusem garstki, czy klimatyzatory z ekranem LCD. Nawet robótki szydełkowe Haruki, Charmandery, Bulbasaury i Togepi to przecież cyfrowe stwory z Game Boya. Japonia z utworów Yamamoto z perspektywy Polski z początku XXI wieku to odległa przyszłość. Ukazując technoentuzjamz, który towarzyszył ludziom na przełomie tysiącleci, Yamamoto zdołała również zobrazować Japonię w tradycyjnej odsłonie. Pisze o wannach, w których po dawnemu podgrzewa się wodę, powierzchni pomieszczeń określanych matach tatami. Kuchnia pachnie przygotowywanym na wyjście bentō; do mięsa, choćby serwowanego w knajpach yakitori, podaje się pastę z pochrzynu; na deser dobrze wybrać wegańską galaretkę yōkan. Przy tej konkretności wnętrzarsko-kulinarnej zaskakuje niski poziom szczegółowości w innych kwestiach. Nie ma w tych opowiadaniach zbyt wielu nawiązań do japońskich tekstów kultury (może z wyjątkiem mang jak „Maison Ikkoku” czy „Budda”, albo wymienienia dwojga aktorów oraz poety), do marek (samochód to samochód, firma to firma, telefon to telefon itd. – może to szpileczka wbita w kapitalizm), nie ma szczegółów topograficznych. Tego ostatniego akurat bardzo mi brakowało, bo przestrzeń okazuje się dość umowna. A przecież był taki potencjał, by tchnąć w to Tokio nieco więcej życia! Z pewnością jednak jest to przestrzeń przepastna, o czym świadczą pokonywane przez postaci odległości.
Powyższy mankament nie osłabia jednak bardzo pozytywnych wrażeń płynących z lektury „Dylematów…”. Książkę polecam nie tylko osobom poszukującym literatury zaangażowanej w popowym wydaniu, ale też innym czytelnikom i czytelniczkom gustującym w dobrej literaturze obyczajowej. Nie ma tu niespodziewanych zwrotów akcji czy suspensu. Zamiast tego otrzymujemy naturalność prozy, wiarygodność zdarzeń i postaci, możliwość wzruszeń i humor przydający całości lekkości. „Dylematy…” z pewnością zapewnią też gładkie wejście do prozy japońskiej. Warto promować te opowiadania, żeby polskim czytelnikom niezaznajomionym z literaturą z Dalekiego Wschodu (ach, ten europocentryzm) nazwisko Yamamoto kojarzyło się nie tylko z wybitnym admirałem Japońskiej Cesarskiej Marynarki Wojennej.
Jacek Adamiec
TweetKategoria: recenzje
















