banner ad

Koleje robotniczych losów – recenzja książki „Mater 2-10” Hwang Sok-yonga

21 maja 2026

Hwang Sok-yong „Mater 2-10”, tłum. Dominika Chybowska-Jang, wyd. Bo.wiem
Ocena: 7 / 10

„Mater 2-10” Hwang Sok-yonga to brawurowa, napisana z szerokim rozmachem powieść opowiadająca proletariacką historię Korei od początku okupacji japońskiej aż po bratobójczą wojnę domową. Reperkusje przedstawionych zdarzeń odciskają wyraźne piętno na współczesności. Kilkupokoleniowa saga o pracownikach kolei i buntownikach zdaniem giganta koreańskiej prozy wypełnia ważną lukę w rodzimej literaturze. Brakowało mu w kraju powieści robotniczej z prawdziwego zdarzenia.

Tytułowy Mater 2-10 to oznaczenie seryjne starej, zardzewiałej lokomotywy znajdującej się obecnie w Parku Imjingak w Paju-si w Korei Południowej, siedem kilometrów od strefy zdemilitaryzowanej DMZ. Lokomotywa nosi liczne blizny wojenne i stoi na fragmencie torów w przeszłości biegnących z północy na południe, brutalnie przerwanych w roku 1950. Kolej jest motywem przewodnim książki Hwang Sok-yonga. W czasach Generalnego Gubernatorstwa Korei (1910-1945) szlak kolejowy łączący Półwysep z resztą Azji stał się zarówno symbolem związanej z postępem industrializacji, jak i ekspansji japońskiego imperializmu, która wiązała się z eksploatacją zasobów naturalnych i ludzkich podbitych terenów. W posłowiu do książki autor pisze: „Podczas pracy nad powieścią chciałem zgłębić, jak zmieniały się i legły w gruzach marzenia koreańskich robotników, którzy w ciągu stulecia doświadczyli okupacji, podziału, a także globalizacji pod znakiem kapitalizmu”. Istotnym problemem w społeczeństwie koreańskim jest – zdaniem Hwang Sok-yonga – brak świadomości klasowej, przemilczenie historii systemowo uciskanych robotników. „Mater 2-10” jest zatem książką o bardzo silnej socjalistycznej wymowie, co nie dziwi, gdy weźmie się pod uwagę nie tylko całokształt twórczości pisarza, ale i jego bogate opozycyjne doświadczenie. Hwang Sok-yong pragnie ochronić pamięć klasową przed zatarciem przez neoliberalizm gospodarczy.

W latach 60. Sok-yong, który służył w Wietnamie w korpusie koreańskim wspierającym wojska Amerykanów, przekonał się na własnej skórze, z czym wiąże się kapitalistyczna mocarstwowość. Po powrocie do kraju walczył – choć już nie z karabinem w rękach – z rządem trzeciego prezydenta-dyktatora Korei, którym był Park Chung-hee. Po tym, jak na własną rękę udał się do Korei Północnej i spotkał z Kim Ir Senem, aby wznowić dialog między krajami, trafił na pięć lat do więzienia (skazany został na siedem za pogwałcenie praw związanych z bezpieczeństwem narodowym, ale dzięki amnestii za rządów nowego prezydenta, Kim Dae-junga, szybciej wyszedł na wolność). 50-letni wówczas, ceniony w kraju pisarz przeprowadził w więzieniu aż 18 strajków głodowych, walcząc o prawa osadzonych. Nietrudno odnaleźć echa tych wydarzeń w historii jednego z protagonistów.

Hwang Sok-yong (fot. © Paik Dahuim)

Lee Jin-o to bohater, którego poznajemy już na pierwszych stronach powieści. Mężczyzna od 100 dni okupuje pomost gdzieś wysoko na kominie na przemysłowych przedmieściach Seulu, strajkując przeciwko grupowym zwolnieniom w fabryce, w której pracował.

„Zakłady poupadały, a pracowników zwalniano losowo, zasłaniając się niejasnymi hasłami, takimi jak: ‘elastyczność’ czy ‘restrukturyzacja’. Nawet ci, którym cudem udało się uniknąć usunięcia ze stanowiska lub przymusowego przejścia na emeryturę, nie mieli innego wyjścia, jak zgodzić się na przeniesienie do zakładu w innej części kraju i znosić niepewną egzystencję, pracując na niekorzystnych warunkach – jako robotnicy tymczasowi albo na śmieciówkach. A kiedy myśleli, że najgorsze za nimi, fabryki zaczęły pakować manatki i przenosić się za granicę, gdzie koszty były niższe” – czytamy w książce.

Żyjąc w namiocie, wciągając na górę paczki z żywnością i spuszczając na dół te nieczystościami, Lee Jin-o zamierza spędzić na kominie tyle czasu, ile tylko będzie potrzebne, żeby zarząd firmy zaczął negocjacje ze strajkującymi. Dobrze jednak wie, że to może potrwać. Potrzebuje medialnego szumu, ale dziennikarze z reguły zaczynają się interesować strajkującymi dopiero jakoś po roku.

Gdyby pisarzowi udało się utrzymać czytelnika w napięciu przez ponad 500 stron, opisując losy pięćdziesięciolatka gimnastykującego się za dnia i drżącego z zimna nocą na kilku metrach wolnej powierzchni kilkadziesiąt metrów nad ziemią, byłoby to niebagatelne osiągniecie. Koreańczyk niestety nie podjął się tego wyzwania. Lwią część książki zajmują bowiem retrospekcje przenoszące nas prawie 100 lat wstecz. Poznajemy m.in. dziadka i stryja strajkującego, Lee Il-cheola oraz Lee I-cheola. Te dwie postacie, choć nazywają się niemal tak samo, ukazują, jak skomplikowane i odmienne mogą być relacje podbitych z zaborcą. Il-cheol pracuje na kolei i doświadcza awansu społecznego, zostając maszynistą. Jego młodszy brat, I-cheol, podąża inną drogą. Wiąże się z koreańskim podziemiem antyjapońskim, a później współtworzy związki zawodowe i współpracuje z komunistyczną międzynarodówką (autor świetnie ukazuje wewnętrzne skłócenie komunizujących ruchów robotniczych oraz potrzebę dominacji jednych organizacji nad drugimi). W bohaterze rodzi się silna świadomość klasowa. Wrogiem okazuje się nie tylko Cesarstwo, ale i międzynarodowy kapitał. Działalność w ruchach zagrożona jest drastycznymi represjami. Podejrzani o udział w antyimperialistycznym podziemiu poddawani są rozmaitym formom przemocy, w tym torturom takim jak pojenie wodą z płatkami chili i bicie do nieprzytomności.

Hwang Sok-yong (fot. © Kwon Hyouk-jae)

Opowieść snuta przez pisarza przez kilkaset stron wiedzie do odzyskania przez Koreańczyków niepodległości. Jak nietrudno się domyślić, znając sytuację, w której znalazł się Lee Jin-o – wolność okazała się nie taka, o jakiej bohaterowie marzyli. Choć jeden imperializm padł, zastąpiły go kolejne, amerykański i sowiecki. Gdy przyszło zjednoczyć się w kolejnym akcie walki o suwerenność, często okazywało się, że Koreańczyków o odmiennych poglądach dzieli już przepaść, której w tym i obecnym pokoleniu nie uda się zasypać. Szczeliny zamieniły się bowiem w transzeje.

„Mater 2-10” to książka politycznie zaangażowana, ukazująca szczegółowo realia życia na Półwyspie Koreańskim w pierwszej połowie XX wieku, dzieło o dużej wartości historycznej. Jej osobność, która każe przenieść punkt zainteresowania z Zachodu na Wschód, jest jednocześnie wielką zaletą, jak i pewną wadą. Niestety dla osoby, która nie przywykła do czytania literatury koreańskiej, książka może okazać się trudna w odbiorze. Bariera kulturowa jest silna i uwidacznia się już na poziomie imion. Chwila nieuwagi wystarczy, by bohaterowie stali się postaciami bez twarzy, ponieważ pogubiliśmy się, kto jest synem kogo i jaka jest jego rola w tej historii. Na szczęście z tyłu książki znajdziemy drzewo genealogiczne, który służy pomocą w kryzysowych momentach, choć i z nim niekiedy nie jest łatwo. To oczywiście paskudna, europocentryczna perspektywa, ale jednak.

Problem mam również z odwołaniami do konwencji realizmu magicznego, który naznacza naturalistyczną relację narratora pewną dozą niesamowitości. Bohaterom od czasu do czasu towarzyszą duchy przodków albo gadające ryby. Choć proza ma wyraźny południowoamerykański vibe, brakowało mi wyrazistych zwrotów akcji, jak choćby u klasyka gatunku, Márqueza, przez co historia niekiedy wlokła się boleśnie. Ponownie jednak – jest to moje subiektywne wrażenie. Osoby przepadające za niespiesznym budowaniem postaci i miarowym, usypiającym, ale i hipnotyzującym stukotem kół osobówki będą wniebowzięte. Nie ma wątpliwości co do tego, że „Mater 2-10” to literatura wysokiej próby, może jednak niekoniecznie dokładnie taka, jakiej szukam. Wielkość jest ciężarem, który – jak widać – może przygniatać, nie tylko pisarza, ale i jego czytelników.

Jacek Adamiec

Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: recenzje