Jednoosobowe reality show onanisty Joego Matta

18 stycznia 2015

spustJoe Matt „Spust, czyli pamiętnik onanisty pasjonata”, wyd. Timof i cisi wspólnicy
Ocena: 8 / 10

Trzech zaprzyjaźnionych nieudaczników z Ameryki Północnej przemieniło swoje słabości i obsesje w sukces, tworząc dzieła wykraczające swoją intymnością daleko poza to, do czego przyzwyczaiły nas mainstreamowe media. Po Chesterze Brownie, który z rozbrajającą otwartością opisał swoje doświadczenia z prostytutkami w „Na własny koszt”, Gregorym Gallancie znanym szerzej jako Seth, który rozbierał na kawałki swą introwertyczną naturę w „Życie nie jest takie złe, jeśli starcza ci sił”, przyszła wreszcie kolej, abyśmy poznali ostatniego reprezentanta tej osobliwej trójcy, Joego Matta. Wydany nakładem oficyny Timof Comics „Spust” opowiada o próbach poradzenia sobie autora z uzależnieniem od wstydliwej przyjemności, której dopuścili się w życiu prawie wszyscy (przynajmniej chłopcy), ale nie lubi rozmawiać o niej prawie nikt. Chodzi o masturbację.

Onanizm od lat jest przedmiotem zainteresowania największych tuzów literatury. Już w 1879 roku podczas spotkania amerykańskich artystów i pisarzy w jednym z paryskich klubów Mark Twain wygłosił wykład na temat samozadowalania się, radząc zgromadzonym mężczyznom, aby „nie zabawiali się zbyt często swoją ręką”, a wyrośniętą „kolumnę Vendôme sprowadzali do poziomu w innym sposób”. Zaleceń tych najwyraźniej jednak nie wzięli zbyt głęboko do serca najsłynniejsi bohaterowie XX-wiecznej prozy, ponieważ oddawali się tego typu praktykom nad wyraz zapamiętale. Leopold Bloom z „Ulissesa” z lubością przyglądał się flirtującej z nim na odległość nastolatce Gerty MacDowell, a „wówczas rakieta śmignęła w górę i z hukiem wystrzeliła i Och!”. Z kolei Alex z „Kompleksu Portnoya” nie był „absolutnie w stanie opanować rąk”, kiedy jego „ptak dawał o sobie znać w okolicy brzucha”, a perypetie, często przekomiczne, związane z owym niepohamowaniem znajdziemy w rozdziale o wszystko mówiącym tytule „Trzepanie”. A przecież byli jeszcze: stary lubieżnik Hank Chinaski, faulknerowski dziwak Darl Bundren, czy nieco już zapomniany, choć ze wszech miar kultowy Ignatius J. Reilly, który dogadzał sobie, fantazjując o ukochanym psie z dzieciństwa.

spust-rys1

Autor „Spustu” poszedł o krok dalej niż wielcy twórcy pomnikowych postaci wymienionych powyżej. Nie podjął próby ukrycia mniej lub bardziej osobistych doświadczeń pod maską bohatera, co zapewniłoby mu bezpieczną furtkę na wypadek zbyt dociekliwych pytań ze strony przyjaciół, dziennikarzy, czytelników. Postawił na pełny ekshibicjonizm. Oto nie kto inny, jak Joe Matt, zawodowy rysownik i kolorysta, który równie często, co przybory kreślarskie, trzyma w ręku coś innego. Powiedzieć jednak o nim onanista byłoby głęboko niesprawiedliwe. To prawdziwy pasjonat sztuki autoerotyzmu, koneser pornograficznej kinematografii o dość radykalnie sprecyzowanych gustach, co powoduje, że godzinami ślęczy przy kasetach magnetowidowych, edytując wersje filmów, w których nie uświadczymy niepotrzebnych ujęć aktorów bądź mało podniecających dłużyzn. Wyłącznie „czyste złoto”, jak sam to określa. Myliłby się ten, kto by sądził, że tak przemożna pasja to wynik naturalnie rozwijanego zainteresowania tematem. Mówimy o seksie, wszystko więc, co przybiera formę kompulsywną, może świadczyć o zaburzeniach i mieć swoje źródło gdzie indziej. W chwilach słabości Joe zaczyna dostrzegać powagę problemu, nie zamierza jednak rezygnować ze „zniewolenia tyrańską namiętnością”, jak określiłby upodobania rysownika francuski lekarz sprzed dwustu lat, wróg onanizmu Jacques Louis Doussin-Dubreuil. Trudno zrezygnować z czegoś, co daje tyle przyjemności i przekłada się na profity pod postacią spływających regularnie od lat zysków ze wznowień rzeczonego komiksu.

spust-rys2

Wbrew pozorom „Spust” nie posłuży amatorom masturbacji za podręcznik unikalnych technik samozaspokajania się. O wiele więcej wiedzy w tej dziedzinie może dostarczyć „Kompleks Portnoya”, w którym Roth zdradza, jak spędzić miło chwile samotności w towarzystwie przepoconego stanika starszej siostry bądź kilograma wątróbki zakupionej w pobliskim sklepie mięsnym. Joe Matt podąża jednak w inną stronę: swym pamiętnikarskim, nieco prześmiewczym i do bólu szczerym komiksem udowadnia, że własne problemy to kapitalny materiał na opowieść, którą można przedstawić w dużo ciekawszej formie niż konwencja ustawionych i przekłamanych reality show. Panuje mylne przekonanie, że współczesna telewizja przekracza wszelkie granice. Kiedy więc pewnego dnia zobaczycie na ekranie wyczerpanego onanistę otoczonego nie wianuszkiem dziewczyn, lecz przemoczonych zwitków papieru toaletowego, to wspomnijcie, że Joe Matt był pierwszy.

Artur Maszota

Tematy: , , , , ,

Kategoria: recenzje