…i Bóg stworzył Conana – recenzja komiksu „Drom” Jessego Lonergana
Jesse Lonergan „Drom”, tłum. Marceli Szpak, wyd. Kultura Gniewu
Ocena: 9 / 10
„Drom” Jessego Lonergana ukazał się po polsku nakładem wydawnictwa Kultura Gniewu w kwietniu 2026 roku. Zaledwie miesiąc później ogłoszono nominacje do tegorocznych Nagród Eisnera, które – najkrócej mówiąc – są tym dla amerykańskiego przemysłu komiksowego, czym Oscary dla Hollywood. „Drom” został wyróżniony w trzech kategoriach: „Najlepszy nowy album graficzny”, „Najlepszy scenarzysta/artysta” oraz „Najlepszy kolorysta”. Pora sprawdzić, czy są to nominacje zasłużone i czym właściwie jest omawiany komiks.
Lonergan jest aktywnym komiksiarzem od 2007 roku. Głównie skupia się na autorskich projektach, które często wydaje samodzielnie lub w niezależnych wydawnictwach, ale w jego bibliografii znajdziemy też prace dla największych wydawców i najbardziej znanych marek (żeby wspomnieć chociażby takie tytuły, jak „Gwiezdne Wojny”, „Wojownicze Żółwie Ninja” czy opowieści ze świata Hellboya). Najbardziej charakterystycznym elementem jego twórczości jest eksperymentowanie z formą komiksu: układem kadrów na stronie, niebanalnymi połączeniami między panelami, często opartymi na wizualnym skojarzeniu, a także nowatorską kompozycją plansz. Nieprzypadkowo polski wydawca w opisie „Droma” umieścił zdanie o „przesuwaniu granic komiksowej narracji”.

W swojej monumentalnej powieści graficznej Jesse Lonergan sięga po elementy różnych mitów, kultur i popkulturowych konwencji. Początek jest wariacją na temat mitu stworzenia – Bóg zsyła na świat pierwszego człowieka, a ten siłą podporządkowuje sobie inne stworzenia. Dla równowagi Bogini zsyła na Ziemię kobietę, która jest w stanie stawić czoła mężczyźnie i zaprowadzić porządek. Do języka przemocy dołącza język miłości – stojąca na czele prymitywnej społeczności kobieta nie chce jednak wiązać się z brutalem, któremu odebrała władzę. W dalszych rozdziałach (a jest ich w komiksie pięć) poznajemy nowych bohaterów, którzy mają wpływ na układ sił. Większość epizodów rozpoczyna się w analogiczny sposób – od boskiej interwencji, która miesza w diegetycznym porządku, zmuszając postacie do adaptacji i walki o przetrwanie.

„Drom” to w sumie prosta opowieść o podstawowych instynktach i emocjach – strachu, pożądaniu, nienawiści, miłości i samotności w świecie pełnym przemocy. Lonergan ze znanych składników tworzy coś monumentalnego – głównie za sprawą fenomenalnej warstwy wizualnej. Zarówno sposób narracji, jak i klimat „Droma” niekiedy budzi skojarzenia z serialem animowanym „Primal” Genndy’ego Tartakovsky’ego. Większość fabuły opowiedziano bez słów. Tym, co naprawdę się liczy, jest przekaz graficzny, i to wyjątkowy na kilku poziomach – od sposobu kadrowania, przez budowanie klimatu za pomocą koloru, po ukazanie zarówno dynamiki, jak i emocji. Nieme, rozpisane na wiele stron sceny akcji, w których każdy ruch bohaterów wydaje się starannie zaplanowany, mogą przywoływać na myśl „Kowboja z Szaolin” Geofa Darrowa (w kilku momentach pojawia się nawet ogromny krab!). Jednocześnie Lonergan nie celebruje przemocy, jatka nie jest tu celem samym w sobie, a sposobem komunikacji postaci, które często nie znają innej drogi.

Ciężko opisać to, co Lonergan wyprawia w „Dromie” z rysunkami, by w pełni oddać mój zachwyt tym komiksem. Kolejne strony przewraca się z niesłabnącym zainteresowaniem, a zabawa środkami komiksowego wyrazu ani na chwilę nie wpływa na czytelność plansz. To spore osiągnięcie, by tak nietypowy album czytało się tak lekko i z takim zaangażowaniem. Autor łączy kreatywność ze sprawnością narracyjną, a każdy wykorzystany patent (od liczby i sposobu rozmieszczenia kadrów na stronie, po ich kształt i wielkość) działa na rzecz opowiadanej historii – wpływa na jej tempo, klimat, intensywność. Mówi się, że jeden obraz wart jest tysiąca słów – Jesse Lonergan w „Dromie” udowadnia po stokroć prawdziwość tego powiedzenia.

„Drom” można rozpatrywać w kategorii niemal biblijnej przypowieści o bogach bawiących się ludzkimi losami. Można na niego spojrzeć jako na wariację opowieści fantasy o bohaterach w stylu Conana Barbarzyńcy. Można wyciągnąć dość gorzkie wnioski na temat ludzkiej natury lub inspirujące przesłanie o sile miłości, która jako jedyna ma szansę przeciwstawić się brutalności świata. Można „Drom” potraktować także jako traktat o strukturyzacji przemocy, która jest tak głęboko zakorzeniona w ludzkiej naturze, że nie da się jej wyplenić – zawsze znajdzie ujście, pytanie tylko, na czym i kiedy się skoncentruje. W tej pozornie prostej historii o walce o władzę Lonergan zawiera mnóstwo tropów i emocji. A fakt, że o większości z nich opowiada praktycznie bez wypowiedzenia słowa, sprawia, że całość jest tym bardziej intrygująca, bo dopuszcza indywidualne interpretacje. Z pewnością warto wracać do tego albumu, bo z każdą lekturą można odkryć w nim coś nowego.
Jan Sławiński
TweetKategoria: recenzje














